wodnik260
04.01.09, 02:11
Cholerne lato w Norwegii wymusiło kolejne opowiadanie, więc teraz
wymyśliłem sobie swoją historię, czyli historię o sobie.
Ludzie zawsze mnie pytali, co to za dziwne nazwisko, wodnik, i
dlaczego z numerem, i czemu akurat 260. No więc prawda jest taka, że
w Beskidy uciekłem od tatusia, który mieszka w Puszczy Noteckiej i
zajmuje się topieniem kłusowników. Nigdy jakoś tego topienia nie
pochwalałem, ale nie mogłem się odezwać, bo tatuś szybki był w
rękach i nie tolerował dyskusji ze smarkaczem. On się nazywa wodnik
259, a dziadziuś wodnik 258, teraz jasne? Był jeszcze pradziadek,
ale już wywędrował na wieczne bagna. Dziadziuś mieszka na Ukrainie,
nad Prutem, czasami wędruje aż nad San, ale on generalnie Ukrainiec,
chociaż kogo to obchodzi w przypadku wodnika. Jak jest w Polsce, to
dzwoni, ja jadę po tatę do wsi o nazwie nomen omen Bagno, i
spotykamy się z dziadkiem na kilka dni w gospodarstwie
agroturystycznym.
Moje miejsce zamieszkania i mój fach to lekka ściema, a już strach
przed wodą to w ogóle, no czego jak czego, ale wody to ja się nie
boję. Tylko u nas w rodzinie tak już się przyjęło, że młodość
spędzamy między ludźmi, najpierw w domu dziecka, potem u przybranych
rodziców, potem sobie wędrujemy po świecie, aż przyjdzie moment
wyboru. Dłuugie życie z dala od ludzi, czy krótsze, pomiędzy nimi.
Mój wybór już się dokonał, i był inny niż taty i dziadka, ale oni to
szanują, zdarza się raz na kilka pokoleń. Chyba się za dużo
naczytałem o ludziach i trochę ich idealizuję, a już kobiety
szczególnie. Różnica jest taka, że wodnik 261 narodzi się z
niewiasty, tak już musi być, bo nowa dawka genów dla dynastii jest
jak łyk powietrza po godzinnym nurkowaniu.
Na szczęście, przyszedł wrzesień i zacząłem znowu sypiać, bo pomysły
na opowiadania mąciły mi już umysł.