Tak mi sie przypomniało na wesoło. Kiedy przywiezlismy Natalkę do domu nie
mogłam sie doczekać dumnej parady z wózkiem. Pogoda nie pozwalała, wiec młoda
zażywała swieżego powietrza przy balkonie. Az wreszcie zaświeciło słoneczko.
Wydawało mi się, ze mała zmarznie i zsinieje przy kazdym powiewie wiaterku,
zwłaszcza że zawsze miała zimne raczki. Wiec opatuliliśmy ją w 2 pary
śpiochów, koszulke, kaftan, bluzę, czapkę, polarowy kombinezon z kapturem, na
ręce skarpetki, dzidziuś w rożku, przykryty kocem, pod
zasuniętym "wiatrochronem" od wózka (był maj

). Kiedy po kilku minutach
spacerku zajrzałam do wózka, żeby sprawdzić, czy małej nie zimno, zobaczyłam
spływające potem, rozpalone do czerwoności dziecko. Na sygnale wialiśmy z
powrotem!
Od tej pory młoda nie nosi na sobie ani jednej zbędnej rzeczy. Jakoś nie
zamarzła

))