jedenastanadranem
07.12.09, 00:19
Internet daje anonimowość.
Jeśli mam zacząć myśleć inaczej, zachowywać się inaczej, muszę powiedzieć to głośno.
Popełniłam błąd pseudowybaczenia- rozgrzeszyłam kogoś z krzywdy, którą mi zrobił. Mydląc sobie oczy chęcią pojednania i pójścia dalej w rzeczywistości wybaczyłam mu dlatego, że ciągle wierzyłam, że on się zmieni. Nie utożsamiałam słowa wybaczam z utrzymywaniem dalszych kontaktów. Złośliwość losu w tej kwestii polega na tym, że on uznał, że jeśli mówię, że wybaczam, to on może dalej bezkarnie być w moim życiu.
Usłyszeć, że wszystko sobie wymyśliłam, że go oszukałam, że on nigdy nie chciał tego, czego chciałam ja, że on nigdy nie myślał, że ja to tak odbiorę- to mnie już nawet nie przeraża. Z tym się pogodziłam.
Powiedzcie, jak poradzić sobie z tym, że przez najbliższe dwa lata jestem skazana na jego obecność w moim życiu- nie mogę wyjechać, nie mogę uciec, nie potrafię odciąć ludzi, którzy nas łączą, bo nie da się nagle wykręcić z grupy osób, jeśli wspólnie się pracuje i spędza się razem kilka godzin dziennie. Nie umiem odciąć się od ludzi, którzy przez dwa lata stali się moimi i jego przyjaciółmi, których szanuję i podziwiam. I to nie tak, że nie próbowałam-3 miesiące wakacji- odwrócilam sie od wszystkich możliwych osób, ktore nas laczyly. dwa miesiące robiłam wszystko, unikałam wszystkich, starałam się robić to, co zrobiłby każdy racjonalny człowiek- próbowałam zacząć od nowa. Stałam się tylko bardziej żałosna i sfrustrowana. Bo walczyłam, walczyłam i w końcu i tak się złamałam i zaczęłam odpowiadać na jego chociażby, co słychać, albo jak weekend. I ziarnko do ziarnka i jestem w punkcie wyjścia- moje pseudowybaczenie zamieniło się w pogardę mieszaną z niezaprzeczalnym faktem, że po tym wszystkim ja dalej widzę w nim kogoś, kim najwyraźniej nie jest. Dalej reaguję wręcz fizycznie na jego obecność.
Nie rzucę studiów, nie zamierzam wziaść dziekanki, daleka już jestem od użalania się nad sobą, a tym bardziej nie chcę załować później żadnej decyzji wiecej, jakie podejmę w tym okresie. Ale nie wiem, co robić. Bo jakbym miała rozdwojenie jaźni- jedna z nas wie, że to żałosne, siedzieć i płakać po facecie, który okazał się świnią i niedorozwinietym piotrusiem panem, poświęcać choć chwilę na myślenie o nim, pozwolić mu się wytłumaczyć i oczyścić, przyjąć na siebie jego winę potwierdzić, wybaczyć i pozwolić pójść dalej. To żałosne. A druga z nas ma reakcję niekontrolowaną na jego zapach, którą przeraża to, że dalej, choć on mi powiedział, że nigdy więcej nie będziemy razem- kończymy za siebie myśli, że robimy te same rzeczy w tej samej sekundzie, której, gdy on patrzy w oczy na chwilę za3muje się świat.
Jak mówiłam. Jestem w punkcie wyjścia.