Dodaj do ulubionych

znowu stracił pracę

17.03.11, 23:23
Witam,

Do tej pory nie odzywałam się na zadnym forum, ale po prostu nie mam komu się wyżalić, a muszę wyrzucić z siebie to, co mnie gnębi. Otóż jestem w związku od ponad 7 lat, formalnie jesteśmy zaręczeni, ale nie planujemy ślubu (brak kasy, ale w duzej mierze chodzi o moje wątpliwości), kupilismy razem mieszkanie na kredyt (jeszcze 27 lat do spłaty). Problemem jest to, że mój facet po raz kolejny stracił pracę. Zaczął pracować 4 lata temu, w tej chwili rozstał się z piątą firmą, w której pracował. Dodam, że niestety w 4 na 5 przypadków to jemu wręczono wypowiedzenie, dwa razy powodem były kłopoty finansowe firmy, ale szczerze powiedziawszy nie do końca uważam ten fakt za jedyny powód zwolnienia. Dodam, że pracowal w działach handlowych, dwa spośród tych stanowisk miały charakter typowo telemarketingowy. Zarobki też nie były powalające. W ostatniej pray otrzymywał 1700 zł, no ale w porównaniu do poprzedniej pensji (1300 zł), to i tak było nie najgorzej.Tak naprawdę jedynie pierwsza praca była ok- z perspektywami, dobrymi zarobkami powyżej 2500 zł, na dodatek jeśli chodzi o nawał obowiązków i związanymi z nimi stres wszystko było w normie. Po tem już tylko w dół- praca na kilka miesięcy, często za niewiele więcej niż najniższa krajowa, bez widoków na cokolwiek... No i znowu du...! Nie mam pojęcia, jak szybko coś znajdzie, nie wiem też, czy ma sens żeby znowu szukał pracy w handlu, bo się chyba do tego po prostu nie nadaje. Absolutnie nie mam do niego o to pretensji- sama nie wyobrazam sobie siebie na stanowiskach sprzedażowych. Ale w zasadzie mój facet nie ma innych doświadczeń zawodowych, ani kwalifikacji. Wyksztalcenie średnie (prawdę mowiąc to zawalił ostatni rok studiów i nigdy na nie nie wrócił, nie obronił pracy magisterskiej), znajomość angielskiego na słabym poziomie, od zaledwie dwóch tygodni ma prawo jazdy, nie jest ani ambitny, ani zaradny. Nie wierzę już w to, że będzie lepiej, po prostu nie wierzę... Jakoś dajemy radę finansowo, bo moje dochody starczają na ratę kredytu, rachunki, jedzenie, ale nie ma mowy o czymkolwiek poza tym. Nie pamiętam już kiedy kupiłam sobie jakiś ciuch, buty, książkę, kiedy bylam w kinie, na kawie, w knajpce na piwie, nie wspominając o wakacjach. Liczenie każdej złotówki. Mam 31 lat, chcialabym mieć kiedyś dziecko, ale co będzie, gdy zajdę w ciążę, urodzę je. Nie ma mowy o opiece ze strony dziadków, w rachubę wchodzi jedynie żłobek lub opiekunka, a po prostu nie stać nas na takie wydatki. Jeśli poszlabym na wychowawczy, byłoby jeszcze gorzej. Mam dość biedowania, zamartwiania się o to, czy wystarczy do przysłowiowego pierwszego. Najgorsze jest to, że gdyby nie wspólne mieszkanie i kredyt, to chyba bym już z nim nie była. Wiem, że zawsze mogę się wyprowadzić, wynająć coś sobie, ale szkoda mi mieszkania, poza tym koszty wynajmu wyjdą bardzo podobnie, do obecnych. Nie ma też mowy, że moj facet wyprowadzi się i zostawi mi mieszkanie. W końcu ma rację- kupiliśmy je razem, obydwoje mamy do niego takie samo prawo. Z jednej strony jeszcze mi na nim zależy. Jest dobrym człowiekiem, w wielu sytuacjach był i jest w porządku, wiem, że mnie kocha, że mu na mnie zależy. Nie wiem o żadnych jego zdradach, flirtach, nałogach, nieślubnych dzieciach.... Tylko ten parmanentny problem z pracą. Wstyd mi o tym komukolwiek mówić- ukrywam to przed rodziną, znajomymi, przed wszystkimi... Mieszkamy w dużym mieście z jednym z najniższych w kraju wskaźników bezrobocia. Patrzę na moich znajomych i widzę, jak im się wiedzie w pracy. Nie jest źle- wielu z nich ciągle jest w tych samych miejscach, do których się zaczepili zaraz po studiach, awansują, coraz lepiej zarabiają. A mój facet- szkoda gadać. Nie mam już siły.Nie wiem, czy dam radę kolejny raz uslyszeć, że znowu dostał wypowiedzenie. Nie chcę się z nim kłócić, czy też mówić mu, że jest w tym zakresie do niczego, ani też prowadzić go za rękę. Jest dorosły, niegłupi. Na wszystkich moich znajomych i rodzinie robi wrażenie konkretnego, bystrego i zaradnego mężczyzny. Ale kompletnie nie przekłada się to na sferę zawodową. Probelemem są też jego ambicje. Czasem chciałabym, żeby po prostu poszedł do jakiejś fizycznej roboty, ale przynajmniej stałej, za w miarę normalne pieniądze, ale on na razie nie bierze tego pod uwagę. Największy problem to kredyt mieszkaniowy.... Gdyby nie on.... A tak blokada... Ciągle mi jeszcze na nim zależy, kochałam go bardzo, chyba nadal jeszcze nie do końca uczucia z mojej strony wystygły, ale widzę, że się pogrążam. Coraz częściej żałuję, że nie chciałam widzieć jego wad, miałam klapki na oczach. Trzeba było zostawić go, gdy zawalil studia (obiecywał mi wielokrotnie, że je dokończy, ale nic z tego nie wyszło; teraz nie ma na to szans, bo nawet nie ma na to kasy), a nie ladować się w kredyt. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że kredyt wzięliśmy, gdy wydawalo się, że jest ok, mieliśmy oszczędności, dobre prace obydwoje. Na dodatek wkurzają mnie relacje z jego rodzicami, ale to temat na inną historię. Zresztą, gdyby było wszystko dobrze z jego pracą, to problem rodziców nie bylby tak istotny... Jak mam postąpić, jak rozwiązać problem mieszkania (kompletnie nie opłaca się go sprzedawać)??? Czy mimo wszystko tkwić przy nim, bo może jeszcze wszystko się dobrze ułoży i wyjdziemy na prostą? A może myśleć o sobie i odejść, olać wszystko???
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka