lamuette
14.05.04, 08:28
Jestem w nieformalnym, szcześliwym związku. Mamy bardzo krótki staż, bo parę
miesięcy zaledwie. Od pięciu m-cy mieszkamy razem. Mieszkamy w jego
mieszkaniu, które mój meżczyzna właśnie kupił i spłaca za niego kredyt. Mamy
wspólne plany życiowe, w przyszłości chcemy stworzyć rodzinę...
Sęk w tym, że ja nie czuje się jak u siebie. Dobrze mi z nim i w tym miejscu,
tylko świadomość, że z chwilą gdy go zabraknie, jego córka dziedzicząc
wszystko może mnie z niego wywalić sprawia, że czuję się trochę w tym
mieszkaniu jak w korytarzu. Zdaję sobie sprawę, że to trochę na wyrost ale...
w życiu nic nigdy nie wiadomo. Przeprowadziłam się do niego z innego
odległego miasta, mam tu pracę. Chce mieszkać tu gdzie teraz z pewnością, że
to mieszkanie potem bedzie moje, bo przecież razem je urzadzamy,
remontujemy...
Rozmawiałam z nim o ewentualnym testamencie. Żeby mi przekazał mieszkanie
wraz z ewentualną spłatą córki. Zgodził się jak najbardziej. I cisza.
Prawde mówiąc głupio mi o tym przypominać, obieram to jako swoistą
nachalność.:( A z drugiej strony męczy mnie to.
A może zbyt dużo się spodziewam po tak krótkim mieszkaniu razem? Chciałabym
być jakoś zabezpieczona... co z tego, że nie mamy slubu? Żyjemy jak
małżeństwo a w chwili jego śmierci, jako konkubina nie mam zadnych praw.
Jego majątek to więcej niż mieszkanie. samochód, polisa na życie... Nie
zrozumnie mnie źle. Daleka jestem od łakomienia się na jego majątek i na to,
co się dziecku należy. Myślę jedynie, że przekazał mi mieszkanie w całości,
gdzie żyjemy razem, wkładamy w nie razem nasze pieniądze i serce, podczas gdy
dziecko ma wszystko inne, o wartości znacznie większej, to czy mogę z nim o
tym porozmawiać? Mam obawy przed tą rozmową, jak to odbierze.