obcy.kana
02.11.14, 13:32
Drogie Forum, już nie raz mogłam liczyć na Wasze trzeźwe spojrzenie i konstruktywne porady.
Tym razem wątek damsko-męski. Od czerwca jestem z chłopakiem, w grudniu zakończył się mój poprzdni, długoletni związek (myślę, że to może być istotne dla sprawy).
Na początku była klasyka gatunku, czyli zaloty, motyle w brzuchu (brzmi strasznie) i wzajemna fascynacja. Chłopak mnie zauroczył, wlaściwie nie było dnia, bym o nim nie myślała. Od początku mi się podobał i czułam się bardzo rada z tego, że ostatecznie zostaliśmy parą (nadal trudno dojść kto kogo uwiódł).
Problem w tym, że zauważyłam, że bardzo często rozmijamy się w naszych potrzebach i postawach. Ja jestem typem księżniczki przyzwyczajonej do tego, że mówiąc metaforycznie, facet roztacza przede mną czerwony dywan, a w tym związku tego nie ma. Przykładowo - dość często zdarzało mi się płacić na naszych pierwszych randkach (dopóki nie przyznałam mu się, że uważam, że to jego obowiązek i że propozycja zapłąty z mojej strony była tylko czystą kurtuazją). Przez 6 lat mojego poprzedniego związku, ani razu nie tłukłam się z dworca z torbą autobusem - mój były za każdym razem przyjeżdżał na dworzec, nierzadko z jakimś kwaitkiem na powitanie. Tutaj na moje wyraźnie okazane niezadowolenie pan zorientował się, że jako mój chłopak mógłby przyjechać po mnie, chociazby autobusem (facet studiuje, naprawdę nie wymagam od niego, żeby po mnie przyjeżdżał autem, zwłaszcza, że mieszka dość daleko od dworca). Ponadto rozmijamy się w potrzebach - ja jak się zakocham, to potrzebuję naprawdę intesywnego kontaktu. Nie jestem babą bluszcz, bardzo cenię sobie męską przyjaźń i szanuję czas mojego faceta. Ale w tym związku czuję się lekko mówiąc... lekceważona. Np. wczoraj umówiliśmy się, że przyjedzie dziś po mnie na dworzec (bylam u rodziców kilka dni). Marudził, że rano (o 9:30 byłam w Wawie), że chciał się wyspać. Samo to sprawiło, że zrobiło mi się trochę przykro, bo nie widzieliśmy się cały tydzień i myślałam, że on, podobnie jak ja, nie może się już doczekać spotkania. Ale okej, powiedział, że przyjedzie. No to mając to na uwadze, postanowiłam wziąć trochę więcej zimowych ciuchów z domu, z myslą, że ma mi kto pomóc z bagażem. Ja durna, jeszcze wyłudziłam od mamy obiad dla niego :/ Ledwo wsiadłam do pociągu, dostałam SMS od niego, że spał źle biedaczyna tej nocy i czy mógłby przyjechać do mnie na 13. Napisałam, że okej, że dam sobie radę (choć miałam ciężką torbę + kontuzję nogi), ale w środku mnie ścisnęło, że najpierw obiecał, potem odwołuje. Aaale, starałam się nic sobie z tego nie robić. Dałam radę dojechać do mieszkania sama. Poleciałam po zakupy z myślą, że jak przyjedzie, to zrobię fajne jedzenie i w ogóle będzie bosko jak dawniej. No i wtedy dostałam kolejny SMS, że mój miły wolałby się dziś nie spotykać, bo coś niewyraźnie się czuje i chyba powinien zostać w łóżku.
Może durna jestem, ale aż się popłakałam. Czuję się przez niego olewana. A z drugiej strony, jak zaczęłam się nad tym racjonalnie zastanawiać, to doszłam do wniosku, że to może egoistyczne z mojej strony i że gdybym go kochała, to nie czepiałabym się tak. No i że on biedny chory leży, a ja bezwględna szuja próbuję wyegzekwować jakieś korzyści dla siebie. Napisałam mu tylko "ok" bo już nie straciłam siłę i cieprliwość.
No nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, może Wy dostrzeżecie coś, czego ja nie widzę lub nie chcę widzieć. Wyjaśnień jest kilka:
a) nie pasujemy do siebie - mamy rozbiezne potrzeby i sposoby okazywania miłości
b) facet mnie olewa
c) nie kocham go, tęsknię za byłym i dokonuję na obecnym chłopaku projekcji własnych uczuć (boję się, że coś w tym może być i że interpretuję jego zachowania jako olewanie mnie, po to, żeby się go czepiać, a w ostateczności rzucić, bo sama nie darzę go uczuciem, że to jedynie zauroczenie i bycie z kimś "bo tak wyszło").
Medal dla tego, kto dobrnął do końca.
Będę wdzięczna za opinie.