zmagda1
12.07.06, 09:41
Witajcie,
nie mam juz sił, mędrkuje książki, przemyślam wnioski, staram się a z drugiej
strony znowu kontra i zrzucenie winy o wszystkie kłótnie na moje barki (a to
ja zawsze wyciągałam rękę, kłótnie o byle co prowokowane przez mnie lub
niego). Przy byle okazji - przypomnienie, że mu nie zależy, że
nie wierzy, że kiedyś chciał a teraz już nie i znowu ta wyprowadzka słowna
(piszę słowna bo bez czynu). Jak to mówi raz prubuje szydzić, raz widzę w
jego oczach ból. Mam dość, w tych dwóch mies. waga spadła o 7kg, co raz
więcej osób pyta co mi jest, czy mam problemy bo z wesołej żywej kobiety
stałam się jakaś taka nie wyrażna. Ta piątkowa piąta rocznica - chyba nie
dojdzie do skutku, dziś znowu coś mu nie pasowało, nie mówiłam tym tonem co
trzeba i niby od rana miałam focha... i znowu wyprowadzka z jeg ust i że nie
zależy, wnerwiłam się powiedziałam - to się wyprowadzaj, jeszcze dziś. Teraz
nie wiem co dalej...Jestem u kresu sił.
Czy tak można grać uczuciami? Dowiedziałam się, że jego ojciec bił kiedyś
matkę i podporządkował ją sobie całkowicie. My jestśmy młodzi, mamy po 30
lat, w związku całościowo 12 (małżeńskim 5 mijało by w piątek), 2 letnie
dziecko. Było róznie, teraz jest masakra i jego "nie wierzę w nas".Dopilnować
tej jego wyprowadzki (wykańczam się nerwowo, psuje mnie psychicznie), dać mu
czas na nia czy z dnia na dzień niech coś sobie wynajmie, co z kluczami i
cała resztą?
Prosze dajcie jakieś rady, wskazówki, czy ten związek gdzie jedna strona
zapewnia o miłości, a druga jest na nie ma szanse, czy wziąć się w garść i
pognać tatusia gdzie pieprz rośnie??