zdeterminowany1
19.01.07, 12:59
Proszę o ocenę sytuacji.
Teraz mamy oboje ok. trzydziestki.Bylismy razem około 5 lat. Spędzilismy masę
wspaniałych chwil, mamy wspolnych świetnych przyjaciol, znamy dobrze naszych
rodziców. Ona była dojrzalsza ode mnie. Gotowa do powaznego związku,
małżeństwa. Ja się bałem, byłem niezdecydowany, choć ją kochałem - niestety
przez większość czasu nie uświadamiałem sobie tego. Nie składałem żadnych
obietnic. Przyjaznilismy sie, ufalismy sobie, w lozku bylo swietnie. Wszystko
dokoła uznawali, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Kilka razy się rozstawalismy, ale do siebie wracaliśmy. Wiem, że mnie bardzo
kochała. W zeszłym roku formalnie nie bylismy ze soba, ale bylismy więcej niż
koleżeństwem. Ciagle dawała mi znaki, żebym dojrzał i ją wreszcie wziął. Ja
miałem bardzo głębokie przeświadczenie, że to jednak nie jest to, że
popełniam błąd - byłem ciągle niedojrzały do niej. W listopadzie dała mi
ostatni, rozpaczliwy znak. Czułem, że mnie jeszcze kocha. Ja wtedy byłem
niestety zadurzony w innej. Tamten nowy związek szybko się rozpadł, ale
paradoksalnie pomógł mi poznać siebie, wreszcie dojrzałem do świadomości kto
jest dla mnie najwazniejszy. To był strzał pioruna.
2 tygodnie temu zdałem sobie sprawę, że ją krzywdziłem. Pomógł mi jej ostatni
mail, ten rozpaczliwie wołający. Zreflektowałem się. Wreszcie dojrzałem,
wreszcie byłem gotowy. Wiedziałem, że to ona jest kobietą mojego życia.
Wiedziałem, że chcę z nią być na dobre i na złe, w doli i niedoli. To
wspaniała, piękna, mądra kobieta, czułem, że tylko moja!
Więc po dwóch miesiącach milczenia, umówiłem się z nią. Powiedziałem jej
wszystko: że dojrzałem, że wahania emocjonalne są za mną, że ją kocham,
że chcę, aby była moją żoną (1), że się zmieniłem, że jest kobietą mojego
życia. Poczułem wreszcie o co mi chodzi w życiu i jej to wyznałem. Kawa na
ławę. Dojrzałem.
Bylo to na dwa miesiące po tym, gdy ona dawała mi sygnały, że postanawia
zapomnieć. Sygnały świadczące, że jednak ciągle kocha.
Potem: szok. Załamanie.
Odpowiedziała mi, że juz mnie nie kocha, że nic nie czuje, że nic z tego nie
będzie, że za późno. Co więcej, jest zakochana w innym. Od kilku tygodni.
Rozmowa miała byc krótka, trwała 2 godziny, kilka razy wczesniej juz zbierała
się do wyjścia, ale została. Była zdeterminowana w odmowie i nie chciała mi
zostawić żadnych złudzeń. Chłodna, dumna. Cała ona. Chłodna na zewnątrz, ale
dobrze wiem, jak w środku jest wrażliwa i emocjonalna. Nie wiem co czuła w
środku tego dnia, ale na zewnątrz była twarda skorupa odmowy.
Było to 4 dni temu. Wróciłem do domu załamany.
Tego samego wieczoru napisałem jej ręcznie długi list (12 stron), w którym
jeszcze raz wszystko wyznałem, przyznałem się do błędów i głupoty
wczesniejszej, list był bardzo emocjonalny, szczery i jednoznaczny. Wysłałem
kurierem.
Nastepnego dnia mi odpisała mailem, chłodno, jednoznacznie tak jak dzien
wczesniej. Odmowa, zero szans, tamto to przeszlość. Że nie kocha od wielu
miesięcy.
Wieczorem tego dnia byłem pod jej blokiem z kwiatami. Zadzwoniłem z komorki.
Nie chciała przyjąć. Mówiła, że kocha innego, jest szczesliwa (przypominam:
zna go kilka tygodni), czuje się pewnie, nie chce zebym zaburzał jej spokój.
Dostałem się do klatki schodowej, zostawiłem kwiaty (jej ulubione storczyki)
pod drzwiami, zadzwoniłem, odszedłem.
Odpisałem wieczorem na maila. I popełniłem chyba błąd, zareagowałem dumnie,
że "sobie poradze z tym uczuciem". Wspomniałem o przyjaźni. Odpisała rano.
Tonem łagodniejszym, ale ciągle stanowczym. W post scriptum podziękowała
jednak za kwiaty.
Odpisałem dzien pozniej. Znów chyba niepotrzebnie dumnie, że nie oczekuję
między nami przyjazni (nie oferowała jej jednak), że to by bylo dla mnie
cierpienie.
Dziś sie zreflektowałem, że brnę, że ją zniechęcam - napisałem, że wczoraj
uniosłem się dumą, że tak naprawdę bardzo chcę przyjaźni, że może na mnie
jako przyjaciela liczyć w kazdej chwili. Chcę z nia mieć jakikolwiek kontakt
po prostu, pokazać, że to piszę to nie tylko słowa.
Ot i cała historia.
Nie wiem czy jej reakcja to reakcja obronna, strach przed grzebaniem w
zamknietej przeszlosci, jej obawa, że pomimo deklaracji ciagle mnie kocha czy
też rzeczywiscie nic juz do mnie nie czuje.
Czy mozna w ciągu 2 miesiecy zupełnie przestac kochac kogos, kogo sie bardzo
kochało 5 lat? Wiem, czuje się zraniona, że chce zapomniec, ale czy dopuszcza
myśl, że jednak jestem wreszcie taki, jakiego mnie chciała? Na pewno boi się
ryzyka, ale...
Ja nie wierzę, że zupełnie postawiła na mnie krzyżyk, tylko kilka miesięcy
czasu mineło, będą o nią walczył. Nie chcę jej przestraszyć nachalnością,
więc teraz delikatnie, ale konsekwentnie, chcę jej dawac znać, że to nie
wysokok żaden, że na pewno chcę. Chcę się z nią przyjaźnić (pomimo dumnych
deklaracji w mailu wczoraj), pokazać jej, że może na mnie liczyć.
Ona jest kobietą dumną, niezależną, więc jej reakcja nie dziwi. Uciera mi
nosa za rany z przeszłości. Ale co czuje w środku? co w jej głowie siedzi?
Czy się waha? Czego ode mnie teraz oczekuje? Czy mam szanse? Czy tamten facet
rzeczywiscie po kilku tygodniach cos dla niej znaczy? Jak ja przekonać, że to
ja jestem warty jej miłości? Czy nie jest za pozno?
Jak to interpretujecie? Mieliscie coś takiego? Zwłaszcza kobiety...
Z.