Dodaj do ulubionych

Milosc a "to cos"

06.05.07, 18:18
Ostatnio rozmawialem z kolezanka na temat zwiazkow i milosci. Ona jest z
partnerem od x lat, pobieraja sie i tak rozmawiajac zaczelismy sie
zastanawiac nad sensem "tego czegos" Mowi sie ze on,ona ma to cos, cos co nas
pociaga, nie mozemy tego wytlumaczyc itp. Jednak na moje pytania czy ona
nadal to czuje, nie potrafila jednoznacznie udzielic odpowiedzi. Ten watek
nie ma zamiaru skupienia sie na niej, lecz chcialbym poznac pogdlad innych
ludzi odnosnie zwiazku, tego czegos, milosci. Czy po kilku latach jest to
naturalne ze przestajemy to cos czuc, czy to cos przeradza sie w inna forme
(przyzwyczajeni,moze uzaleznienie od siebie) czy zwiazek ma przyszlosc gdy
jedna ze stron juz tego czegos nie czuje ale nadal kocha swojego partnera?
Obserwuj wątek
    • beata825 Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 19:17
      to oczywiste ze po kilku latach bycia razem nie ma juz w nas tego dreszczyku
      emocji ktory był sobie tam kiedys na poczatku,
      nasza miłosc ewoluuje, rozwija sie i przeradza w inna, moim zdaniem lepsza
      formę,
      nie ma tych " motyli w brzuchu" ale jednak tesknimy za ta osoba, chcemy z nia
      byc i spedzac czas bo nadal ja kochamy, a moze nawet i bardziej...
      milosc staje sie bardziej dojrzalsza i osiaga ten stan nazywany tez przez P.
      Coelho AGAPE,
      zle jest wtedy kiedy jest to juz tylko typowe przyzwyczajenie, kiedy nie
      tesknimy za ta druga osoba a nawet czasem jej obecnosc zaczyna nas denerwowac
      • yagiennka Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 20:28
        To coś to moim zdaniem tylko albo aż chemia (czyli nieuchwytne świadomie
        zmysłami zapach, gesty, mimika które nam odpowiadają czy też gdzies się
        wpasowują). Po latach zwiazku sie do niej po prostu przyzwyczajamy i już nie
        czujemy.
    • beton123 Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 21:41
      hmm czyli w przypadku gdy partner mowi do partnerki badz na odwrot, ze tego
      czegos juz nie czuje ale nadal kocha to nie oznacza nic zlego w zwiazku? moj
      kolega z ktorym rozmawialem na ten temat, jest od 5 lat szczesliwy z kobieta i
      twierdzi ze u niego z kazdym rokiem to cos i cala milosc sie umacnia, ze z
      kazdym rokiem coraz bardziej teskni i kocha. Stad moje pytanie gdyz jedna osoba
      raczej sklania sie ku temu co napisalyscie, ze poprostu zmienia to cos swoja
      forme, a druga osoba twierdzi ze to narasta. Moze poprostu u jednych
      przycbhodzi to szybciej a u innych wolniej.... :)
      • cala_w_kwiatkach Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 21:48
        ale co to jest to 'cos'? ja mam w zwiazku wszystko, niczego mi nie brakuje
        nie jest jak przy pierwszych spotkaniach, ale akurat to uwazam za plus
      • senim80 Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 21:52
        Ludzie przeciez sa tak rozni..
        U mnie "to cos" dawkuje od czasu do czasu samo zycie. Tesknota po rozstaniu,
        spokojny dzien po nerwowym tygodniu i braku czasu, slodkie pogodzenie po
        sprzeczce, wspolna radosc po nawet najdrobniejszym sukcesie. Takie sytuacje na
        nowo nas zblizaja. Wtedy czuje, ze plone, gdy widze Jego oczy, czuje Jego
        skore, gdy patrze na Niego z duma i podziwem, bo cos np: osiagnal.
        Ostatnio poczulam te motylki w brzuchu, gdy wrocil od fryzjera i zalozyl nowa
        koszule i krawat. Taka mala odmiana od kapci i rozciagnietego dresu, a juz jak
        dziala. :D
        Z kolei moja kumpelka "to cos" definiuje poprzez dreszcz emocji, nerwowosci i
        niewiadomej. Dopoki odczuwa obawy, wstyd, nie zna ciala partnera i ma w glowie
        sto znakow zapytania, dopoty sa te motylki. Potem juz to uczucie znika, a
        pojawia sie dopiero przy kolejnym partnerze. Wiec nie sadze aby "to cos" to
        byla czysta chemia, chociaz po czesci napewno tez.
        • beton123 Re: Milosc a "to cos" 06.05.07, 22:40
          O wlasnie, trafilas w samo sedno. Mam identyczne zdanie i odczucia jak ty.
          Kazdy z nas inaczej to odczuwa i inaczej definiuje. Dla jednych jest to ta
          niepewnosc i pewnego rodzaju przygoda przy poznawaniu sebie nawzajem, dla
          innych to wlasnie malutkie zmiany w wygladzie, codziennosci. tylko co w
          przypadku gdy jedna ze stron mowi ze juz tego nie czuje aczkolwiek nadal kocha?
          czy oznacza to koniec zwiazku czy tylko jego transforamcje?a moze to wogole nam
          nie jest potrzebne, moze to tylko efekt poczatkowego zauroczenia, poczatku
          milosc... wiele pytan nasowa mi sie do glowy
          • senim80 Re: Milosc a "to cos" 07.05.07, 00:37
            Chyba nie ma reguly, czy to koniec czy transformacja. Tu Ci chyba forum nie
            pomoze.
            Pewne tureckie powiedzenie mowi: "Zaprzyjaznijcie sie. Pokochacie sie pozniej".
            A nasz polski (chyba) wierszyk brzmi tak:
            "Milosc jest krzykiem a ginie jak mgla.
            Przyjazn jest milczeniem a wiecznie trwa."

            Rozumiem dlaczego kultury Wschodu czy Afryki uznaja malzenstwa z przyjazni za
            wartosciowe. Bo "milosc" definiuja jako potrzebe ciala, a przyjazn jako wyraz
            ducha. "Motylki" w brzuchu moga czuc ludzie mentalnie zupelnie sobie obcy, a
            przyjazn powstaje miedzy ludzmi sobie pokrewnymi. Motylki bywaja krotkotrwale a
            przyjazn to duza szansa na udane lata i harmonijna starosc. Chyba najpiekniej
            starzeja sie malzenstwa, ktore potrafily sie zaprzyjaznic.
            Zachodnia kultura z kolei negatywnie patrzy na zwiazki z przyjazni, bo
            slowo "milosc" stalo sie recepta na wszystko, nadzieja na szczescie i prognoza
            na udane zycie, jak i proba zalatania bolesnej luki samotnosci.
            Ale kiedy tak pomysle, zdaje sobie sprawe, ze gleboka miloscia moge obdarzyc
            mezczyzne, ktory jest dla mnie przyjacielem. A do tego trzeba czasu, czasu,
            czasu.. Bo czas daje szanse na wprawienie w zycie to co "milosc" ubiera w
            piekne slowa (czesto bez pokrycia). Mam tu na mysli oddanie, poswiecenie,
            budowanie zaufania, poczucie bezpieczenstwa, wspolne radosci i plany.
            Tymczasem uwazam, ze ludzie czesto slubuja sobie z powodu owych "motylkow",
            ktore definiuja jako milosc. A wiec przed zaprzyjaznieniem sie i przed etapem
            milosci, ktora dojrzala.

            Ale dosc wywodow na dzis. Dobrej nocy! ;)
    • pendecha Re: Milosc a "to cos" 07.05.07, 00:43
      ale beznadziejny watek, rozkminki przedszkolaka , to juz bylo 1oo razy
    • xtrin Re: Milosc a "to cos" 07.05.07, 00:58
      Ja to rozróżniam semantycznie na zakochanie i miłość.
      Zakochanie to te motylki, to "coś" co czujemy na widok drugiej osoby. Jest to
      miłe, ale do budowania związku to moim zdaniem zdecydowanie zbyt mało.
      Miłość jest uczuciem dojrzalszym, spokojniejszym, bardziej statecznym. Wymaga
      poznania drugiej osoby, zaprzyjaźnienia się z nią. Nie jest to tak efektowne jak
      zakochanie, może mniej romantyczne, ale jak dla mnie - o wiele piękniejsze.

      Choć najszczęśliwsze pary to chyba te, które darząc się ową dojrzałą miłością są
      w stanie nawet po wielu latach także być w sobie zakochane. Ale to chyba bardzo
      rzadkie przypadki.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka