szczesliwamezatka
17.04.09, 14:18
Jak tak sobie siedzę w miłym domku i doświadczam samych radości
płynących z mojego obecnego związku, to aż miło usiąść przed
komputerem i skrobnąć kilka słów nt dawnych znajomości. Człowiek ma
czasami coś takiego, że chce "wypisać" się o tym, co już minęło i,
na szczęście, nigdy nie wróci. A chodzi o mojego byłego partnera.
Chłopak niczego sobie, przystojny, wysoki, ładna twarz. Starszy ode
mnie, 5 lat temu, gdy się znaliśmy miał 37 lat. Ja miałam wtedy 25
lat. Zaczęliśmy się spotykać. Jakoś nie miałam odwagi spytać go o
to, czy jest sam, czy kogoś ma lub miał, bo i tak bym się prawdy nie
dowiedziała, gdyby chciał. (byliśmy z innych oddalonych
miejscowości) Wyglądało na to, że nikogo nie miał, bo spotykaliśmy
się w weekendy i często dzwonił w tygodniu.Po jakichś dwóch
miesiącach znajomości przyjechał smutny i zamyślony. Wyznał, że ma
żonę i jest w rakcie długiego bolesnego rozwodu. Za parę minut
wyznał, że ma 18 - letnią córkę, co już dopełniło kielich goryczy.
Wiedziałam, że nie dam mu już szans. A po co mi taki "ochłap"? Po co
mi brnąć w jego bagno?
Pewnie niektóre panie będą zaraz pisać, że jestem ze średniowiecza
(jak to nie raz, nie dwa było) że im by dziecko partnera nie
przeszkadzało, że trzeba zrozumieć drugiego człowieka. Och, jakie Wy
wspaniałe altruistki jesteście. Ale dlaczego do ch.......ry nie
miałabym (wymagając od siebie) stawiać mu wymagań??? Ja byłam panną,
z własnym mieszkaniem, bez dzieci, bez bagaża złych doświadczeń.
Trzeba siebie samego najpierw szanować, a zresztą jak
takiego "rozumeć?" Niech sobie szuka jakiejś rozwódki z dzieckiem.
Wtedy to jest OK. Ludzie powinni się w ten sposób dobierać, to
wówczas nie byłoby "sprzecznych" poglądów.
To był jedyny, z którym pożegnałam się bez żalu. Kamień mi z serca
spadł.
Jak dobrze, że go "odwaliłam".