Tak mnie dzis naszlo, kiedy caly dzien dlubalam juz cos tam kolo Swiat, robiac ostatnie zakupy, szykujac mieso do pieczenia. W alergicznej rodzinie tej pracy w kuchni jest zawsze wiecej, zeby kazdy mial co jesc i zeby bylo to inne niz na co dzien. I nagle kiedy juz bylam bardzo zmeczona pomyslalo mi sie z radoscia i wdziecznoscia.
Ze mam dla kogo sie starac, ze mam z kim (dzieciaki dzielnie pomagaly najpierw w sprzataniu, a potem w kuchni albo i tak zwyczajnie, a dla moich zmeczonych i lekko juz spuchnietych nog nie do przecenienia -"skocz na dol po ten gliniany garnek", "polec do sklepiku po glowke czosnku").
Wieczor zakonczylam jak zwykle robiac palmy - juz tylko dwie w tym roku, jedna glowna i dla najmlodszej - kiedys kazde z dzieci musialo miec swoja, ale teraz kawalerka mi wydoroslala i z dystansem podchodzi do takich spraw

. Jakos niby mozna kupic gotowa ale ja lubie ten moment od chodzenia po grodzie i wypatrywania co tu juz by sie nadalo, przez ciecie bukszpanu i potem skladanie tego, przymierzanie, przycinanie, poddawanie mezowskiej ocenie.
Jutro bede razem z dziecmi ozdabiac dom, tym co mamy gotowe i tym co jutro wytworza nasze rece. Znowu to bedzie moment odpoczynku, spokojnego bawienia sie malowaniem farbakami witrazowymi, wycinaniem, nawet najstrasi daja sie jeszcze w to w ciagnac - pod warunkiem, ze nie namawiam tylko poczekam na -maamaa a ja moge z Wami??
Potem czeka mnie ciezki tydzien polaczenia pracy zawodowej, gotowania i takiego rozlozenia czasu zeby spokojnie zdazyc na cale Triduum, zjesc po kosciele w Wielki Czwartek wspolna kolacje, a w Wielka Sobote zeby tylko z rana zostalo ostatnie dopieszczenie mazurkow, naszykowanie swieconego i zeby zostal czas przed wieczorna liturgia na wspolne "chodzenie po Grobach".
I zeby sie nie dac poniesc nerwom, o ktore latwo w zmeczeniu i zabieganiu, zeby nie fukac na wszystkich wokolo i nie wybuchac o byle glupote, zeby to wszystko robic z usmiechem i z wdziecznoscia.
Taka modlitwa rekami