Uwielbiam moja tesciowa. Jest cudowna osoba, ciepla, optymistyczna, ufna,
bardzo prosto i prawdziwie wierzaca.
Ale...
Malzonek dostal propozycje pracy, praktycznie od zaraz. Bardzo atrakcyjna,
stwarzajaca szanse rozwoju. O ile sie w niej sprawdzi. A ja nie moge, no po
prostu nie moge - zwlaszcza teraz, przed wyborami - pojsc na wychowawczy.
Moglabym nie miec gdzie wracac.
Moi rodzice pracuja. Poszukiwac opiekunki na lapu-capu nie chcielismy.
Malzonek wymyslil zatem sciagniecie z Ukrainy swojej Mamy.
No i, babcia jeszcze nie przyjechala, a juz zaczely sie klopoty.
To trudno zdefiniowac, ale generalnie rodzina mojego meza (z nim wlacznie)
odznacza sie dosyc charakterystycznym wschodnim wdziekiem, polegajacym na
podejsciu pt. "jakos to bedzie, Pan Bog nas nie ukrzywdzi".
Babcia wybrala sie zatem w podroz (z co najmniej jedna przesiadka we Lwowie),
wczoraj wieczorem, wyposazona w... nieaktualny numer telefonu do nas i... bez
naszego adresu.
Jak dowiedzielismy sie z SMS-a szwagierki, one wyobrazaly sobie to tak, ze
babcia do nas ze Lwowa zadzwoni i powie, na co sie przesiadla, a my wyjdziemy
po nia na dworzec. Z przyczyn podanych powyzej, realziacja tego sprytnego
planu jest niemozliwa. Od rana sprawdzamy wszystkie mozliwe polaczenia
(kombinacji jest milion, mogla pojechac czymkolwiek do Przemysla, a stamtad
czymkolwiek do Krakowa), babcia zniknela.
Zakladam, ze sie znajdzie

)). Ale ten incydent przyczynil sie do tego, ze
wlosy staja mi deba na sama mysl o tym, ze mam jej powierzyc Miniature. Bo
ona jest urocza, ale kompletnie nieodpowiedzialna. A Miniatura, sami wiecie:
rygorystyczna dieta, podawanie lekow, rezimy higieniczne itp. itd.
A moze rzeczywiscie "Pan Bog nas nie ukrzywdzi"?
Macie jakies pomysly, albo pare dobrych slow dla klebka nerwow, jakim
aktualnie jestem?