Chcę poruszyć dwie sprawy, ale łączą się, więc w jednym wątku.
Rozmawialiśmy już o tym, czy chrześcijanin może mieć depresję. A teraz pytam:
czy chrześcijanin może mieć kompleksy? Czy może myśleć, że jest brzydki,
głupi i beznadziejny? Może, oczywiście. Ale czy mu wolno?
Myślę sobie, że wierzący powinien dostrzegać w sobie podobieństwo do Boga -
jako posiadający tę cechę nie może więc być brzydki, każdy jest piękny tym
podobieństwem do Stwórcy. Ale dlaczego nie pamiętam o tym patrząc w lustro?
Bóg każdemu dał rozum, inteligencję, spryt - na miarę jego potrzeb, na miarę
miejsca w Bożym planie. Oczywiście dary te nalezy rozwijać, kształtować itp,
ale trzeba mieć na uwadze fakt, że Bóg wie, co dla nas najlepsze. Więc
dlaczego uważam, że jestem idiotką, a nie pomyślę, że to taka "mądrość
inaczej"?
Kompleksy na pewno mają różną genezę, powoduje je wiele uwarunkowań, ale czy
dla chrześcijanina nie oznacza to, że ma zbyt małą wiarę?
Druga rzecz: pewność siebie a zarozumialstwo. Gdzie granica? Człowiek pewny
siebie więcej osiąga i ogólnie ma się lepiej. Jak więc wychować dziecko pewne
siebie, ale nie zarozumiałe? Jak nauczyć dziecko czegoś, czego się samemu nie
umie? I jak nie przegiąć, nie nauczyć go, że jest naj na świecie, a wszyscy
inni mogą służyć tylko za podnóżki pod jego stopy?
Dzisiaj zapytałam jedną z moich uczennic, dlaczego nosi opaskę we włosach. Bo
ta opaska nie trzymała włosów, wszystko się spod niej wysuwało. W swoim
konserwatyzmie byłam przekonana, że opaska ma coś opasać

Na to ta
dziewczyna: "w ten sposób ładnie wyglądam" - no i zagięła mnie. Aż jej
pozazdrościłam.
Mój syn uważa, że wszysy go kochają. Zarozumiały czy pewny siebie? A może po
prostu obiektywny?