Dodaj do ulubionych

przeżywanie żałoby

06.02.07, 21:08
Smutny temat. Ale życie nie zawsze jest wesołe.

Chcę zapytać, czy może ktoś z Was orientuje się, jak powinno się radzić sobie
w sytuacjach opłakiwania Kogoś/Czegoś. Może ktoś z Was ma za sobą takie
przeżycie i uważa, że poradził sobie z nim?
Czy przemagać się i wychodzić do ludzi, chociaż najchętniej wyłoby się z
bólu w łóżku? Czy właśnie pozwolić sobie na to wycie? Pamiętam z wykładów z
psychologii, że każda żałoba ma etapy - i chociaż ludzie są różni, to te
etapy są takie same, choć oczywiście u różnych ludzi mogą trwać krócej lub
dłużej, mogą być mniej lub bardziej intensywne. Pierwszym etapem jest
niedowierzanie, nieprzyjmowanie do wiadomości, że właśnie mnie się to
przydarzyło, nie do wiary: wczoraj był - dziś go nie ma, to przecież
niemożliwe. Drugim (chyba) etapem był bunt - dlaczego właśnie ja, tylu jest
szczęśliwych... Nie pamiętam, jak to dalej było (może ktoś wie), dopiero
gdzieś na szarym końcu było wreszcie pogodzenie się.
Ale jak przeżywać poszczególne etapy? Gwałcić samego siebie i cieszyć się na
siłę? Wyjść, choć wyjść nie chcę? pomijam takie sytuacje, kiedy ktoś
potrzebuje naszej pomocy a my jej możemy udzielić - wtedy jakoś należy się
zmobilizować. Ale jeśli ktoś chce się spotkać na pogaduchy, a my na pogaduchy
nie mamy ochoty ani głowy?
Mader napisała mi, żebym pozwoliła sobie na łzy. Ale ileż można? Można?
Czy myśleć, czy myśli rozpędzać? Ale one same garną się do głowy - zatrzymać
się przy nich, skoro są, czy na siłę myśleć o czym innym, skoro tamte myśli
bolą? Iść na te pogaduchy przy kawie i starać się mózg przestawić, jeśli
nawet kawa przypomina to co się utraciło?

Pytam o to wszystko, bo trzeba żyć.
Obserwuj wątek
    • mamaadama4 Re: przeżywanie żałoby 06.02.07, 23:41
      Nie wiem, kogo straciłas - pewnie zbyt dorywczo wpadam na forum.
      Żałobę każdy przeżywa po swojemu i nie można się tutaj kierować książką.
      Oczywiście przechodzi się te wszystkie fazy, o których wspomniałas, ale ich
      długość jest sprawą indywidualną. I to jest normalne. Jeżeli nie masz ochoty
      sie zkimś spotkać, to się nie spotykaj. Na pewno nic nie nalezy robić na siłę,
      od ciebie zależy, czy nadszedł już czas wyjścia do ludzi.
      Moja córka zmarła prawie 9 lat temu. przez pierwsze miesiące - pomimo, że
      pracowałam, czułam się jak za szybą i niewiele z zewnątrz do mnie docierało.
      Myślę, że udało mi się przez to przejśc głównie dlatego, że kierowałam się
      własnymi uczuciami i odczuciami, dałam sobie czas, niespecjalnie przejmowałam
      się tym co myślą inni i co piszą w ksiązkach. Jeżeli masz ochotę płakać to
      płacz, może być też tak, że łzy nie chcą płynąc. Mnie się udało wyjść z żałoby,
      chociaż na początku wydawało się to niemozliwe. jeżeli mogę ci pomóc, to pisz.
      • mamalgosia Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 09:06
        Śmierć córki... Boże... Różne tragedie spotykają ludzi, ale ja uważam, że nie
        ma nic gorszego niż śmierć wlasnego dziecka. Mnie to nie spotkało. Bardzo,
        bardzo podziwiam Cię, że jakoś ciągniesz ten wózek zwany życiem.

        Uderzyło mnie w Twoim poście porównanie do życia "za szybą". To jest własnie
        to. Niby się jest, ale od wszystkiego oddziela niewidzialna szyba - bólu,
        wspomnień, nie wiem, czego jeszcze. Niesamowite. Właśnie szyba
    • warszawianka51 Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 08:46
      Mamalgosiu te etapy oczywiście istnieją i większość ludzi przechodzi przez nie
      wszystkie. Jest to więc etap niedowierzania/zaprzeczania, potem etap
      złości/buntu, potem etap smutku i potem etap rekonstrukcji (napisałam to w
      skrócie). Wiedza o tym pozwala nam na wiarę w to, że kiedyś okres żałoby się
      skończy... ale moim zdaniem na więcej się nie zda. No bo po pierwsze trudno
      jest zdiagnozować samego siebie (o ile w ogóle to jest możliwe - na proces
      introspekcji za bardzo wtedy wpływa wiedza, którą posiadasz i możesz źle
      interpretować swoje zachowania), a po drugie to przechodzenie przez te etapy to
      bardzo indywidualna sprawa - zależy od temperamentu, od wartości, od sytuacji
      życiowej itd. Na pewno mógłby tu pomóc specjalista, zwłaszcza jeśli przedłuży
      się okres smutku (np. pojawi się depresja). To, co piszę wygląda nieco
      obcesowo, ale pytałaś i staram się udzielić w miarę rzeczowej odpowiedzi.
      A teraz moja osobista refleksja. Myślę, że jesteś najlepszym znawcą siebie i
      wiesz, czy masz predyspozycje psychiczne do tego np. aby wpaść w rozpacz, w
      histerię... Ja wiem o sobie, że mam bardzo kruchą psychikę i jeśli pozwolę
      sobie na zbyt długi płacz i myślenie o tym, co mnie boli to rozkleję się
      kompletnie i potem trudno mi się będzie pozbierać. Więc staram się opanowywać
      płacz i nie myśleć o tym, co przysparza cierpienia. Wiem, że dla mnie to będzie
      najlepsze. Ale co jest najlepsze dla Ciebie wiesz tylko Ty. Więc nie rób nic na
      siłę tylko obserwuj samą siebie i spróbuj odnaleźć swój sposób na poradzenie
      sobie z bólem. Może to będzie płacz, może zamknięcie się na świat zewnętrzny,
      może spotkania z ludźmi, którym ufasz a może koncentracja na pracy zawodowej i
      domowej. Nikt Ci nie poda recepty. Możemy jedynie powiedzieć, że jesteśmy tu i
      służymy dobrym słowem.
      Pozdrawiam,
      Agnieszka
      • mamalgosia Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 09:18
        warszawianka51 napisała:

        >
        > bardzo indywidualna sprawa - zależy od temperamentu, od wartości, od sytuacji
        > życiowej itd. Na pewno mógłby tu pomóc specjalista, zwłaszcza jeśli przedłuży
        > się okres smutku (np. pojawi się depresja). To, co piszę wygląda nieco
        > obcesowo, ale pytałaś i staram się udzielić w miarę rzeczowej odpowiedzi.
        warszawianko,
        Tak, wiem, ale na myśl o specjaliście na razie robi mi się słabo, zresztą
        finansowo odpada, a na FZ zapisy na kwiecień. Nie, nie wygląda to obcesowo co
        piszesz, jest to rzeczowe i tak ma być. Dziękuję. Co do depresji, to już ją
        leczę, tak że chyba do bani na całej liniisad

        A co do Twojej osobistej refelksji. Zgadzam się niemalże z każdym słowem, które
        napisałaś, choć są w tym sprzeczności. Bo z jednej strony piszesz, że nie można
        się temu poddać, a z drugiej - że nie można się do niczego zmuszać. Ale
        dokładnie właśnie czuję tę sprzeczność. Nie do pokonania. Nie wiem, czy raźniej
        mi z faktem, że że ktoś odbiera i przeżywa pewne rzeczy tak samo, może trochę
        • alex05012000 Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 10:13
          oj, wiem ci jak coś na ten temat, zresztą już pisałam...
          co do radzenia sobie z ową żałobą, to niestety nic pozytywnego nie powiem, bo
          ja sobie do tej pory - prawie 2,5 roku minęło - nie radzę... nie pogodziłam sie
          z tym oczywistym faktem, i właśnie za tydzien zaczynam seanse u psychologa,
          między innymi w tej sprawie... może wtedy coś więcej powiem...
          co do leczenia depresji to ja chodze do lekarza w ramach NFZ, i na terapię też
          bezpłatnie, z polecenia owego lekarza zresztą, owszem terminy sa długawe, ale w
          tego typu sprawach lepiej sie zapisac do lekarza czy terapeuty na za 2 miesiące
          niz wcale, zresztą proces leczenia moze trwać miesiacami, a nawet latami ... i
          nie ma co liczyć, że po jednej wizycie u doktora magicznie nam się polepszy
          stan ciała i umysłu...
          nie pocieszyłam cię mamałgosiu, ale jestem z tobą myślami, jeśli chcesz napisz
          na priva, zawsze odpisze, trzymaj sie ! maria
          • mamalgosia Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 10:25
            Własnie, ja chyba też z tych, dla których raczej lata a nie miesiącesad
            • mamaadama4 Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 12:36
              Mnie powrót do świata tez zajął trochę czasu, nie były to miesiące. Tym
              bardziej, że pierwszy rok jest takim odnoszeniem się do tego co było rok
              wcześniej o tej samej porze. Nie wiem, być może mnie pomogło to, że chciałam
              żyć mimo wszystko, ból był tak straszny, że chciałam żeby minął.
              Paradoksalnie, wróciłam wtedy do Boga, chociaż wczesniej nie było mi z Nim po
              drodze. Bardzo chciałam znaleźc w tym sens, bo gorsze wydawało mi się tkwienie
              w świadomości, że śmierć mojego dziecka sensu nie ma.
              W pewnym momencie korzystałam z pomocy psychologa, chociaż nie było to
              bezpośrednio wynikiem [rzedłużającej się żałoby a raczej powiązane z lękiem o
              Adasia, który urodził się trzy lata po smierci Hanki.
    • mader1 Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 12:43
      Ja chyba swoje żałoby przeżywam nietypowo. Na pewno widząc mnie w trakcie nic
      nie można wywnioskować.
      Ja sama też nie potrafię nic powiedzieć, nic co by budowało. Cierpię i tyle.
      Żyję "po", choć wydaje mi się, że to wszystko bez sensu. Chyba pomaga mi
      codzienne wypełnianie obowiązków - choć wydaje mi się zajęciem trywialnym i
      nieznaczącym. Pomaga mi też myśl o kimś, kto mnie potrzebuje, jest, kocha mnie.
      Ale ból czuję.
      Pomaga przetrwać po prostu.
      • alex05012000 Re: przeżywanie żałoby 07.02.07, 13:20
        mader pisze: "Ja chyba swoje żałoby przeżywam nietypowo. Na pewno widząc mnie w
        trakcie nic nie można wywnioskować..." - ależ po mnie też nic nie widać...
        mi pomaga niemyślenie, ale jak nie myśle, to sobie wyrzucam, że zapominam tak
        szybko... jak tu myśleć o tej osobie co odeszła bez tego żalu i buntu że już
        jej nie ma??? chcę pamiętać, a ta pamięć boli.... no i ???
        "Pomaga mi też myśl o kimś, kto mnie potrzebuje, jest, kocha mnie" - no, mnie
        też, szczególnie Olka...
        ale życie już nie będzie nigdy takie jak z nią i tego nie umiem przełknąć...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka