Dodaj do ulubionych

rzecz o małżeństwie/nie moim...

20.09.07, 12:28
zdażyło sie i mnie czytać książeczkę o tematyce religijnej,
flamandzkiego księdza Phila Bosmansa ... dostałam w prezencie.
otóż jest tam m.in akapit:
"obrączka śluban jest znakiem miłości i wierności. niestety czasem
miłość i wierność mogą sie w burzę zamienić. w każdym małżenstwie
nadejść mogą dni bardzo krytyczne, kiedy wydaje się, ze wszystko juz
stracone. [..] wówczas pozostaje jedyny ratunek - otwarcie sie na
światło przez pojednanie w przebaczeniu."
przebaczenie i pojednanie - postawa bardzo szlaczetna, i o ile w
przypadku jakiś drobniejszych konfliktów, nieporozumień, kryzysów
małżenskich mniejszego kalibru rozumiem i popieram, to - i tu moje
pytanie - czy żona, przez lata maltretowana psychicznie i fizycznie,
molestowana, bita, poniżana, traktowana jak pomiotło i służąca,
zastraszana, wyzywana najgorszymi wyrazami, na oczach dzieci, którym
czasem również sie oberwało... od męza/ojca ma próbować mu wybaczyć
i sie pojednywać??? czy są jakieś granice tych naszych wzniosłych
uczuć pojednania i przebaczenia??? czy w perwnym momencie, po
pewnych czynach z drugiej strony mamy prawo powiedzieć nie, aby
ratowac swoje zdrowie i psychikę, i wyzwolić dzieci od
przemocy??? ... do tego wcale nie mamy pewności czy maż sie zmieni,
i czy jego nagłe "nawrócenie" nie jest li tylko wynikiem strachu
spowodowanym krokami żony zmierzającymi do przecięcia owej ślubnej
obrączki... tak mi przy lekturze przyszło na myśl, a rzecz nie o
moim małzenstwie ale prawdziwa, zresztą takich jest tysiące...
Obserwuj wątek
    • ula27121 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 14:43
      Ale przecież może od niego odejść w tej skrajnej sytuacji. Nie żyć z nim pod
      jednym dachem a równocześnie przebaczyć mu i się z nim pojednać. Przebaczenie i
      pojednanie nie jest chyba równoznaczne z tym, ze musi z nim nadal dzielić swoje
      życie. Owszem , do końca życia zostaje jego żoną. Chyba, że źle rozumiem słowo
      "pojednanie"....
      • alex05012000 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 15:03
        no, ja właśnie zrozumiałam, ze w małżeństwie różnie bywa, ale trzeba
        prosić o to oświecenie, przebaczyć i pojednać sie, czyli nie rozwód,
        a bycie razem... ale moze to ja źle interpretuję...
        jeszcze jedno, odchodzi i zostaje jego żoną? nie rozumiem???
        jeśli sie nie rozwiedzie nie będzie mogła sie od niego wyzwolić, i
        np związać w przyszłości z kimś innym...
        • kudyn Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 15:17
          alex05012000 napisała:

          > no, ja właśnie zrozumiałam, ze w małżeństwie różnie bywa, ale trzeba
          > prosić o to oświecenie, przebaczyć i pojednać sie, czyli nie rozwód,
          > a bycie razem... ale moze to ja źle interpretuję...
          > jeszcze jedno, odchodzi i zostaje jego żoną? nie rozumiem???
          > jeśli sie nie rozwiedzie nie będzie mogła sie od niego wyzwolić, i
          > np związać w przyszłości z kimś innym...

          Pojednanie nie oznacza że trzeba być razem. Powinna się wyprowadzić, starać się
          o separację. Rozwodu w Kościele nie ma, do śmierci (swojej lub jego) będzie jego
          żoną. A uwolnienia nie daje rozwód, ale właśnie przebaczenie.


          • alex05012000 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 15:33
            Pojednanie nie oznacza że trzeba być razem.
            - zapytam przewrotnie skoro mają sie rozstać po co ma sie
            pojednywać ?
            Powinna się wyprowadzić, starać się o separację. Rozwodu w Kościele
            nie ma, do śmierci (swojej lub jego) będzie jego żoną.
            - no ale rozwód cywilny może mieć i w świetle prawa polskiego nie
            jest już jego żoną...
            A uwolnienia nie daje rozwód, ale właśnie przebaczenie.
            moim zdaniem trzeba zacząć od rozwodu, a przebaczenie to dłuuuugi
            proces, trwa latami, czasami dziesiecioleciami... ja zresztą
            wolałabym chyba sie odciąć, nie mieć kontaktów, i zapomnieć...
    • kudyn Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 14:46
      alex05012000 napisała:

      > czy żona, przez lata maltretowana psychicznie i fizycznie,
      > molestowana, bita, poniżana, traktowana jak pomiotło i służąca,
      > zastraszana, wyzywana najgorszymi wyrazami, na oczach dzieci,
      > którym czasem również sie oberwało...

      W tej sytuacji wziąłbym dzieci i się wyprowadził.

      > czy są jakieś granice

      Nie ma takiej granicy, po przekroczeniu której jestem zwolniony od przebaczenia.

      > tych naszych wzniosłych uczuć pojednania i przebaczenia???

      Przebaczenie nie jest uczuciem, jest decyzją której towarzyszą różne uczucia. To
      jest dość istotna różnica która sprawia wiele nieporozumień, podobnie jest z
      miłością.

      Fizyczne odejście nie uwolni od takiej osoby, jeśli jej się nie przebaczy.
      • alex05012000 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 15:19
        W tej sytuacji wziąłbym dzieci i się wyprowadził.
        a nie uważasz, że to męża należałoby "wyprowadzić" za drzwi, kiedyś
        sie mówiło wystawic walizkę...? bo niby gdzie ta maltretowana żona z
        dziećmi ma sie wynieść ? i czemu, ona jako pokrzywdzona ma zostawić
        mieszkanie tyranowi a sama tułać sie nie wiadomo gdzie ?

        napisałam uczuciom, nieco skrótowo... p.s. nie wiedziałm, ze miłość
        jest decyzją? zawsze myślałam że uczuciem, a bycie z kimś to
        decyzja...

        Fizyczne odejście nie uwolni od takiej osoby, jeśli jej się nie
        przebaczy
        nooo, nie wiem...pewnych rzeczy niezmiernie ciężko albo w ogóle nie
        da się wybaczyć, o uwalnieniu pisałam w sensie
        praktycznym/fizycznym,
        a temat przebaczenia to temat rzeka ...
        • kudyn Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 15:53
          alex05012000 napisała:

          > W tej sytuacji wziąłbym dzieci i się wyprowadził.
          > a nie uważasz, że to męża należałoby "wyprowadzić" za drzwi, kiedyś
          > sie mówiło wystawic walizkę...? bo niby gdzie ta maltretowana żona z
          > dziećmi ma sie wynieść ? i czemu, ona jako pokrzywdzona ma zostawić
          > mieszkanie tyranowi a sama tułać sie nie wiadomo gdzie ?

          Dokładnie tak uważam, ale niestety praktyka często jest odwrotna.

          > napisałam uczuciom, nieco skrótowo... p.s. nie wiedziałm, ze miłość
          > jest decyzją? zawsze myślałam że uczuciem, a bycie z kimś to
          > decyzja...

          Nie da się wzbudzić pozytywnych uczuć wobec wroga, a Jezus mówi żeby ich
          miłować. Żonie przyrzekałem że jej nie opuszczę aż do śmierci – czyli bycie z
          kimś – ale również miłość. Jak mogę ślubować komuś uczucie, które jest często
          niezależne od mojej woli.
          A miłości oczywiście towarzyszą uczucia które są niepowtarzalne.

          > Powinna się wyprowadzić, starać się o separację. Rozwodu w Kościele
          > nie ma, do śmierci (swojej lub jego) będzie jego żoną.
          > - no ale rozwód cywilny może mieć i w świetle prawa polskiego nie
          > jest już jego żoną...

          Owszem, ale sakramentalnego małżeństwa nie zawrze. Wtedy związanie z innym
          mężczyzną koliduje z VI przykazaniem.

          > A uwolnienia nie daje rozwód, ale właśnie przebaczenie.
          > moim zdaniem trzeba zacząć od rozwodu, a przebaczenie to dłuuuugi
          > proces, trwa latami, czasami dziesiecioleciami... ja zresztą
          > wolałabym chyba sie odciąć, nie mieć kontaktów, i zapomnieć...

          Fizycznie nie będzie już z tym mężczyzną, ale psychicznie i duchowo nic się nie
          zmieni. Jeśli będziemy walczyć z uczuciami, to na pewno będzie to trwało latami.
          Dosyć często spotykałem się z tym na rekolekcjach. Przyjeżdżają osoby po wielu
          bardzo trudnych problemach typu molestowanie, gwałt, przemoc itp. Kiedy
          zdecydują się przebaczyć, wracają jak nowe osoby. Często musi się to dokonać na
          trzech płaszczyznach: przebaczenie Bogu, sobie i osobie która mnie skrzywdziła.
          I nie ma czegoś takiego jak „cud niepamięci”. Jest to metoda doraźna i
          nieskuteczna, która nie rozwiązuje źródła problemu.
    • sion2 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 16:19
      Przebaczenie zawsze jest mozliwe choc nie zawsz ludzkimi silami.
      Natomiast pojednanie dla mnie to proces obustronny i jesli on nie
      chce pojednania, nie nalezy mu go narzucac. Przebaczenie w sercu zas
      wcale nie musi oznaczac naiwnej wiary w czyjas zmiane, przebacza sie
      to co bylo. I wcale przebaczenie nie zobowiazuje do narazania
      swojego zycia i zdrowia oraz dzieci na przemoc i awantury.
      Przeciez oprocz rozwodow ktorych kosciol nie akceptuje sa jeszcze
      separacje, zawsze mozliwe i popierane przez kosciol wtedy gdy jeden
      z malznonkow zagraza zyciu i zdrowiu innych czlonkow rodziny. Ale
      mozna trwac w separacji i przebaczyc, naprawde to nie koliduje ze
      soba.
    • a_weasley Mat. 18, 21 - 22 20.09.07, 20:58
      alex05012000 napisała:

      > czy są jakieś granice tych naszych
      > wzniosłych uczuć pojednania i
      > przebaczenia???

      Czy aż siedem razy?
    • luccio1 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 21:14
      Jeżeli Twoja przyjaciółka jest głównym lokatorem bądź właścicielką
      mieszkania, może wystawić gnojka za drzwi, a potem wszcząć procedurę
      wymeldowania z urzędu - tak żeby mu został albo powrót do mamuusi
      (jeśli jeszcze żyje), albo dworzec... i niech jako bezdomny pokutuje
      za przeszłe grzechy.
    • reszka2 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 21:49
      Ani przebaczenie, ani pojednanie, nie zakłądają rezygnacji do
      dążenia i realizowania swojej godności. Innymi słowy - przebaczać
      nie jest równoznaczne z pozwoleniem na pomiatanie sobą.
      • mader1 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 20.09.07, 22:17
        chciałoby się rzec - święte słowa smile
        bo czasem przebaczyć jest chyba ogromnie trudno i rzeczywiście może
        to trwać latami, latami. Ale warto próbować.
        Natomiast od niektórych ludzi się trzeba trzymać z daleka.
        • loya2005 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 23.09.07, 19:23
          Czy "przebaczam Ci" znaczy "nie pamiętam Ci tego, co zrobiłeś"?
          czy "pamiętam" ale bez emocji?
          Tak to rozumieć?
          Kiedyś się zastanawiałam, czy udręczona przez męża żona ma traktować
          to jako niesienie krzyża (bo rozwód nie wchodzi w grę), czy po
          prostu rzucić dziada. I ktoś mi powiedział, że przecież ten mąż nie
          ślubował żonie, że ją będzie dręczyć. Hm, teraz już wiem, że
          rozwiazaniem jest nie rozwód tylko separacja.
          • alex05012000 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 08:59
            dla mnie separacja to stan przejściowy, prowadzący do rozwodu...
            • kim5 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 09:07
              Separacja to skazanie się na samotność. Pojawia się wtedy
              pytanie "dlaczego?" Dlaczego udręczona osoba ma do wyboru ból życia
              z dręczącym małżonkiem lub ból życia w samotności?
              • isma Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 09:33
                A samotnosc musi byc bolesna?

                (uwaga - abstrahuje od kwestii samotnosci dzieci)
                • kim5 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 09:40
                  Nie, nie musi, jeśli jest świadomym, zaakceptowanym wyborem.
                  Ale...
                  Kiedy rozwodziłam się, miałam 26 lat. Przerażała mnie wizja dalszego
                  życia w samotności i nie jestem w stanie zaakceptować tego, że
                  warunkiem mojego pełnego uczestnictwa w sakramentach jest brak
                  innego związku. Nie jestem sama, wyszłam ponownie za mąż. Wiem, jaka
                  jest tego cena w Kościele. Nie pogodziłam się z tym.
                  • isma Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 09:53
                    Kim, sciskam. Nie chcialabym, zebys to, co napisze, odniosla do
                    siebie, nie mam prawa oceniac Twojej osobistej sytuacji.

                    Ale: przeciez akceptacja zasady, ze malzenstwo jest jedno,
                    nierozerwalne, i ze zawarcie ponownego zwiazku cywilnego skutkuje w
                    okreslony sposob, natepuje PRZED slubem koscielnym. Ba, akceptacja
                    tej zasady, no, w pewnym sensie warunkuje - nie wchodzac na razie w
                    szczegoly - waznosc sakramentalnego malzenstwa.

                    Ja wiem, ze malo kto mysli na fali euforii zakochania, ze moze
                    stanac wobec okolicznosci, ktore wymusza rozstanie - i malo kto ma z
                    gory jasny poglad na to, jak w takiej sytuacji sie zachowa. Gdyby
                    jednak zalozyc, ze ta nieakceptacja "bolu samotnosci" w razie
                    ewentualnego rozstania byla swiadoma, z gory zalozona, to moze sie
                    warto przyjrzec z kanonicznej perspektywy temu pierwszemu
                    malzenstwu?
                    • kim5 Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 10:02
                      Napiszę trochę przewrotnie, że małżeństwo to rzecz straszna i
                      piękna, a to z powodu następującego: oddajesz swoje życie,
                      przyszłość w ręce innego człowieka. Oczywiście działa to w obie
                      stronysmile Jest to piękne, jeśli z obu stron jest szacunek, miłość,
                      zrozumienie. Gorzej, jeśli ktoś tego nadużywa...
                      Nie wiem, czy inni ludzie zastanawiają się, czy będą w stanie żyć w
                      samotności i czystości, jeśli dojdzie do rozstania po ślubie
                      kościelnym. Ja nawet nie brałam pod uwagę takiej opcji. Moi rodzice
                      są szczęśliwym małżeństwem, nie mieściło mi się w głowie, że może
                      być inaczej, jeśli oboje będziemy chcieć. Biorąc ślub kościelny nie
                      myślałam o rozwodzie, więc nie myślałam też, co będzie ze mną po
                      rozwodzie. To inny pryzmat.
                      • isma Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 10:15
                        kim5 napisała:

                        > Napiszę trochę przewrotnie, że małżeństwo to rzecz straszna i
                        > piękna,


                        Ano: "terribilis est locus iste" wink))

                        a to z powodu następującego: oddajesz swoje życie,
                        > przyszłość w ręce innego człowieka.

                        Troche tak, a troche nie. To prawda, ze okolicznosci mojego zycia sa
                        od moementu slubu ksztaltowane rowniez przez inna osobe. Ale nadal
                        tylko ja sama decyduje, i ja za to odpowiadam, jak sie wobec nich
                        zachowam. Czy w sposob zgodny z tym, co dobrowolnie zaakceptowalam,
                        czy nie.
            • kudyn Re: rzecz o małżeństwie/nie moim... 24.09.07, 09:39
              Zależy z jakiej perspektywy patrzysz.
              Od strony cywilnej - separacja może być stanem przejściowym.
              Od strony sakramentalnej - rozwodów nie ma. Jeśli były jakieś przeszkody, albo
              facet jest niezdolny do życia w małżeństwie w momencie jego zawierania, można
              uzyskać orzeczenie o nieważności małżeństwa.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka