Żeby nie było, że ja tylko rzucam hasła a konkretów brak, to może na początek
jakiś temat, który być może rozrusza towarzystwo. Myślę, że tutaj także można
rozmawiać a nie tylko ręce załamywać, i o swojej samotności prawić

Otóż, w celu chłonięcia kultury odwiedzam przybytki tejże. I do rzeczy.
Trafiłam na spektakl, w którym aktorzy zamiast tekstu miło brzmiącego dla
ucha, klęli niczym szewce. Pierwszy taki spektakl przesiedziałam zdegustowana,
w połowie drugiego wyszłam z teatru a trzeci,,,obejrzałam z uwagą do końca
(zjawisko zaczyna być tak częste, że trudno trafić na coś "bezmięsnego"),
chociaż nie było zdania, w którym nie zastosowaliby łaciny kuchennej. Czasem
układ przekleństw był po prostu zabawny, przyznać to muszę. Ale do czego
zmierzam. Otóż zauważyłam, że taka sztuka służy wyśmiewaniu określonych
postaw, czyli ludziska idą do teatru by stwierdzić...no jakie to prymitywne,
ja się z tego śmieję, bo taki/taka nie jestem. W sumie teatr zawsze bawił,
czyli nic się nie zmieniło...może tylko to, z czego śmiejemy, czyli nasze
poczucie humoru, co myślicie?