Dodaj do ulubionych

Turystyka na Pogórzu Przemyskim

17.06.10, 01:06
Do Admina: czasem zerkam na to forum, można wiele się stąd dowiedzieć, podziwiam też pańską miłość do tego b.ciekawego regionu, którego nigdy nie widziałem. Ale właśnie planujemy wyjazd rowerowy w tamte strony i drapię się po głowie bo jest tu chyba mniej kwater i noclegów niż gdzie indziej na wschodzie. Czy mógłby Pan polecić jakąś stronę internetową, gdzie znalazłby się jakiś dobry spis?
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts Prywatne kwatery w gminach Bircza i Fredropol 17.06.10, 07:33
      No, z tymi kwaterami to nie jest aż tak źle. Poniżej zamieszczam w
      miarę aktualny spis gospodarstw agroturystycznych w gminach Bircza i
      Fredropol, zrzeszonych w Lokalnej Organizacji Turystycznej "Wrota
      Karpat Wschodnich". Skan można powiększyć klikając w umieszczony pod
      nim odnośnik "Pokaż oryginał".

      fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/2307819,2,1,LOT-Wrota-Karpat-Wschodnich.html


      P.S. Pozdrawiam i szczerze życzę udanej, rowerowej wyprawy, bo sam
      jestem wielkim zwolennikiem turystyki na dwóch kółkach!
    • dymek25 Re: Turystyka na Pogórzu Przemyskim 17.06.10, 08:12
      Gratuluję pomysłu.Okolica: Bircza-Rybotycze-Arłamów, to raj dla rowerzystów.
      W Birczy nocowaliśmy kiedyś u przesympatycznej[i wspaniale karmiącej] pani Wilguckiej.

    • bastekss AgroTurystyka na Pogórzu Przemyskim 17.06.10, 12:44
      Ja proponuje w Makowej u Pani Zakrzackiej
      Jedzenie super wszędzie blisko ceny też przystępne.
      • enfer Podziękowanie 19.06.10, 14:30
        Bardzo dziękuję wszystkim za rady i szczególnie za ten spis! Wyjazd za tydzień - nie omieszkam podzielić się wrażeniami. Pozdrawiam.
        • enfer Moje pierwsze wrażenia z Pogórza Przemyskiego 14.07.10, 22:09

          Wróciłem z wyprawy rowerowej do regionu, którego nie znałem, albo znałem – ale tylko z lektur, między innymi na tym forum. Z tego wyjazdu powstanie reportaż, który ukaże się jesienią w pewnym miesięczniku rowerowym, ale będzie on raczej poświęcony kwestii „jak nie planować wyprawy rowerowej w tereny górzyste” – gdyż popełniliśmy kilka błędów. Wyjaśniam, że w planie było tylko Pogórze, lecz moja ambitna partnerka zamarzyla o dotarciu do Słowacji (na Przełęcz Nad Roztokami), czyli doszły zachodnie Bieszczady. Zrobiliśmy ok. 400 kilometrow, a nasza trasa wyglądała tak:

          Warszawa (pociąg) - Przemyśl- Krasiczyn – Chyrzyna/Krzywcza – Dubiecko- Słonne – Pawłokoma – Ulucz – Hłomcza – Sanok – Łukawica – Lesko – Hoczew- Średnia Wieś – Polańczyk –Terka – Cisna- Roztoki – znowu Terka/Bukowiec – Rajskie – Chrewt – Polana - Czarna – Rabe – Hoszów – Jałowe- Bandrów Narodowy – wzdłuż Królówki i Stebnika do Krościenka – Liskowate- Jureczkowa- Kwaszenina – Arłamów- Makowa- Kalwaria Pacławska- Hujsko – Sierakośce – Fredropol i Przemyśl (skąd powrót pociągiem do Warszawy).

          W gruncie rzeczy widzieliśmy więc raczej granice Pogórza niż jego centrum (za które uważam Birczę i okolice). Dwie pierwsze uwagi cisną mi się usta: komentarzowa rada w sprawie noclegu w Makowej u pani Zakrzackiej (ze względu na jedzenie) była prawdziwa (jedzenie było b.dobre), ale nie ze względu na koszta. W czasie polskich wypraw zatrzymujemy się wyłącznie w kwaterach agroturystycznych i znakomicie znamy ceny. Pani Zakrzacka ma absolutnie najwyższe ceny w Polsce, za jedzenie kazała nam zapłacić tyle, co w dobrej warszawskiej restauracji. Nabrała nas dość bezczelnie, nigdy więcej się u niej nie pojawię. Ale, druga uwaga, na Pogórze z pewnością wrócę, bo to niezwykle piękna ziemia, która zauroczyła mnie niemal od początku.

          Było to (jak planowanie) zresztą przyczyną serii nieszczęść. Pierwszego dnia zaskoczył nas Przemyśl, a potem często zatrzymywaliśmy się by smakować krajobrazy Doliny Sanu, i w rezultacie byłem w Uluczu, a nie widziałem cerkwi! Dotarliśmy tam dopiero o 12 w nocy – zmierzch zapadł już w Pawłokomie, jechaliśmy kawał drogi w zupełnej ciemności. Po drodze zabłądziliśmy i licznik wybił prawie 90 kilometrów. Następnego dnia nie było czasu na cerkiew, trzeba było jechać dalej (do Cisnej) – jeśli mieliśmy się trzymać naszego pomylonego planu.

          Wyjaśniam dodatkowo, że do tej pory byliśmy rowerzystami wyłącznie nizinnymi, jeśli nie liczyć wzgórz na północnej Suwalszczyźnie. Kiedy za Hoczewem zaczęły się góry musieliśmy pchać nasze rowery obciążone sakwami, bo na niektóre wzniesienia wjechać się dało. Wyzwanie turystyczne zmieniło się w wyzwanie fizyczne. Moja partnerka wymiękała i chciała porzucić plan (zatrzymać się gdziekolwiek), lecz ja (złośliwie?) parłem do przodu.

          Kiedy wróciliśmy do Warszawy mój ukraiński przyjaciel (z Wołynia) powiedział ze śmiechem „to był rajd wokół Zakerzonii” i – trzeba powiedzieć – miał sporo racji. Tylko nieliczne świątynie, które spotkaliśmy po drodze, były przed wojną katolickie. Kiedy czytam Krycińckiego mam wrażenie, że wszystkich „zakerzońskich” Polaków wymienił po nazwisku - właścicieli rozległych majątków. A reszta? Pozostaje tak samo niewidzialna jak wsie, których nazwy podaje się w nawiasach. Na miejscu rośnie las i najczęściej nigdy bym się nie domyślił, że kiedyś mieszkali tam ludzie. Dziwna, tajemnicza kraina.

          Tereny, które przejechaliśmy zasadniczo różnią się od polskiego wschodu. O ile powiedzmy wzdłuż granicy litewskiej i białoruskiej prowincja jest jeszcze drewniana, tutaj region wydał mi się „zachodni”, murowany i strzyżony, oprócz może takich wsi jak Bandrów Narodowy (swoją drogą: to jest Pogórze czy już Bieszczady?), gdzie jeszcze czuć nieśpieszną „wschodniość”. Ukraińskie cerkiewki są absolutnie wyjątkowym skarbem architektonicznym – trzeba powiedzieć, ze polscy Białorusini mieli najwyraźniej mniej rozwiniętą wyobraźnię stylistyczną (choć i oni potrafili czasem robić cuda). Pierwsza rzecz, którą zrobiłem po powrocie było pokazanie zdjęć moim zachodnim (Francja i Belgia) przyjaciołom: dwóch z nich zatkało i już w sierpniu wybierają się na Pogórze…

          Na koniec mogę powiedzieć jeszcze, ze ten region jest wspaniały rowerowo: przynajmniej jego zachodnia i wschodnia część, którą mogłem wypróbować. Wjazdy (wchodzenie) na górę są oczywiście męczace, ale te zjazdy… czasem wielokilometrowe, jak ten z Arłamowskiego Wierchu do Makowej… wszystko wynagradza piękno krajobrazu, jego łagodność i jakieś ciepło. Wiem ile zbrodni i zła się za nim kryje, ale chyba czas już sobie odpuścić dawne konflikty. Tak czy inaczej stałem się fanem Pogórza. Pozdrawiam admina. Dzięki tej podróży lepiej zrozumiałem jego miłość do tej niełatwej ziemi.






          • bastekss Moje pierwsze wrażenia z Pogórza Przemyskiego 15.07.10, 09:38
            Witam
            Enfer, dosyć ostro oceniłeś agro u pani Zakrzackiej, mnie się tam
            podobało, a ceny ( nocleg 25-30; pełne wyżywienie do 40 ) to chyba
            nie za wielkie, chyba że Wy płaciliście inaczej.
            Wybieram się tam znowu to może jakaś podpowiedź - ile płaciliście ?
            Nie umawialiście się wcześniej co do ceny ?

            Nie chcę być złośliwy ale czy przyznaliście się że jesteście z W-wy
            • enfer Re: Moje pierwsze wrażenia z Pogórza Przemyskiego 15.07.10, 20:10
              Dzień dobry bastekss, to była Twoja rada :-)! No cóż może mieliśmy pecha. Pani Stefania nie zyskała jednak naszej sympatii. Po pierwsze, mimo potwierdzonej rezerwacji, kiedy dotarliśmy tam wieczorem, oświadczyła nam, ze jej wylecialo z głowy i nie ma żadnego miejsca i najlepiej żebyśmy poszli gdzie indziej, do sąsiadów. Kiedy tam się zainstalowaliśmy nagle zmieniła decyzję i okazało się, że pokój ma. Za samą kolację (dobrą, ale przecież bardzo prostą) zapłaciliśmy 48 zł i w takiej cenie były posiłki... (nasz błąd, że nie zapytaliśmy o cenę na początku, ale kto by się spodziewał). Wszystko to byłoby do wybaczenia, ale gospodyni buszowała po naszym pokoju w czasie naszej nieobecności... nic nie rzekliśmy, ale to już trochę za dużo. Czyżby to wszystko dlatego, że od razu powiedziałem, że jesteśmy z Warszawy? O co chodzi? Nigdzie nas nic podobnego nie spotkało...
          • bastekss Moje pierwsze wrażenia z Pogórza Przemyskiego 15.07.10, 21:50
            Dzięki enfer
            no to wydaje mi się też za dużo i zachowanie nie fair
            ale czasem można się przejechać

            Pozdrawiam i miłego podróżowania
          • tawnyroberts O noclegach i wrażeniach 16.07.10, 13:13
            Wielkie, wielkie dzięki za tę relację! Rad jestem, że "Zakerzonnia"
            przypadła Ci do gustu, ale wcale nie jesteś jakimś wyjątkiem.

            Na początku odniosę się do noclegów u pani Zakrzackiej i kwater
            agroturystycznych w ogóle. Po pierwsze, wypoczywając na Pogórzu czy
            w Bieszczadach nigdy nie przyznawaj się, że jesteś z Warszawy. No,
            chyba, że zajedziesz tam wozem na stołecznych blachach i jest to
            oczywiste. Dlaczego? Ano dlatego, że turyści z Warszawy nie mają u
            nas najlepszej opinii. To oczywiście stereotyp, ale pewnie jakoś
            sobie na niego w przeszłości zapracowali. Poza tym jest regułą, że
            warszawiak płaci automatycznie razy dwa, w najlepszym razie razy
            półtora. Stąd te ceny u pani Zakrzackiej były horrendalnie wysokie.
            Z tym buszowaniem po pokoju to może było tak, że gospodyni chciała
            tylko posprzątać i wyrzucić śmieci. W każdym razie chyba nic nie
            zginęło? Poza tym warto zawsze na początku ustalić "reguły gry", w
            tym ceny, żeby potem uniknąć przykrych niespodzianek. Tak czy owak,
            pani Zakrzacka podejmując gości powinna liczyć się z tym, że opinia
            o niej trafi później do internetu, a internet to w temacie wyboru
            miejsc noclegowych prawdziwa potęga.

            Nie do końca zrozumiałem istotę Waszej wycieczki. Kwaterowaliście
            stale w Makowej, czy Makowa była tylko jednym z miejsc noclegowych,
            ale tylko ją opisałeś? Jeśli to drugie, to może napisz coś o
            wrażeniach z pobytu w innych gospodarstwach.

            Co do samej trasy, to wygląda to bardzo ciekawie, ale tego Ulucza to
            Ci chyba nie daruję. Być w Uluczu i nie obejrzeć cerkwi - przyznaję,
            że spotykam się z takim zjawiskiem po raz pierwszy. Mimo to,
            koniecznie podaj jakieś namiary na ten artykuł w czasopiśmie
            rowerowym, gdy się już ukaże.

            Podsumowując, bardzo się cieszę, że w jakiś sposób przyczyniłem się
            do zaszczepienia w Tobie miłości do Pogórza. Właśnie taka jest idea
            tego forum, a nie wzniecanie narodowych konfliktów. Tak jak
            napisałeś, piękno krajobrazu, jego łagodność i jakieś ciepło
            wynagrodzą wszystkie niedogodności związane z poznawaniem Pogórza
            (co tam jakaś pani Zakrzacka!). A tragiczna historia tych ziem to
            jakby siostra tej urody. Nie sposób pisać o jednej, pomijając drugą.
            W każdym razie byłoby to nieuczciwe...
            • piotrzr Re: O noclegach i wrażeniach 16.07.10, 15:27
              na pogórzu P. nie muszę korzystać z gosp. agro. Wiadomo - z Rzeszowa rzut
              beretem. Natomiast co do roli internetu - od lat kilku 6-7 - przy wyborze
              pensjonatu - z reguły korzystam z internetu. Sprawdzam wymogi - cena, standard
              (pokój z łazienką, dostępem do kuchni, opcjonalnie wyżywienie, miejsc garażowych
              itd). Zimą i latem
              I nigdy nie zaliczyłem wpadki - dotyczy to pensjonatów i agro w różnych
              miejscach - Krynica Morska, Zawoja, Wola Sękowa, Sienna -czarna Góra,
              Szczawnica, Ustrzyki Dolne, Krynica Górska - wszędzie trafiłem i w godziwą cenę
              i warunki.
              a więc "internet prawdę Ci powie" :)
              No pewno że lepiej upewnić się na wstępie, dogadać ceny i opłaty.
              A pogórze ?? jest cudowne.
              A być w Uluczu i na Dębnik się nie wspiąć ??
              Jak ro mówią młodzi ? "Wtopa na całego" :))

              I jeszcze uwaga - koleje PKP na Podkarpaciu upadają na całego - wczoraj pokazano
              jak to w Krośnie padła linia do Zagórza - goście z rowerami, którzy do Ostrowca
              chcieli z tego Krosna wracać - dowiedzieli się że jest tylko komunikacja
              zastępcza autobusami.
            • enfer Re: O noclegach i wrażeniach 16.07.10, 18:51
              Dzień dobry Tawnyroberts,

              Twoje forum czytuję od mniej więcej roku – do tej pory jednak niczego na nim nie pisałem. Z pewnością należy do najbogatszych forów regionalnych w Polsce – jest prawdziwą kopalnią wiedzy i – oczywiście – ilustracją żywotności dyskusji i sporów historyczno-narodowościowych, charakterystycznych dla Pogórza.

              O pani Z. z Makowej napisałem właściwie tylko dlatego, że jej nazwisko padło wcześniej w tym wątku. Zapewniam, że nic nie zginęło – jestem jak najdalszy od tego typu oskarżeń, ale jednocześnie zapewniam, że buszowanie gospodyni po pokoju w czasie naszej nieobecności nie miało nic wspólnego ze sprzątaniem. Kiedy przedstawiła mi rachunek ścisnęło mnie w gardle, ale nie wykłócałem się – wprost przeciwnie – jak zwykle uprzejmie podziękowaliśmy za gościnę, gdyż uznaliśmy też własny błąd (nie ustaliliśmy cen na początku). Sama kwestia „antywarszawskości” jest ciekawa. Klasyczny, rzymski podział na „metropolię” i „prowincję” – w sensie socjologicznym – istnieje w całej Europie: z reguły jednak ogranicza się (a i to tylko na pewnym poziomie) do niegroźnego – czasem żałosnego - wzajemnego pokpiwania. Z mego doświadczenia wynika, że tych, którzy mają zamiar nabierać turystów, nie specjalnie obchodzi ich pochodzenie. Ale oczywiście i to – w niektórych wypadkach może mieć pewne znaczenie. W każdym razie do tej pory (a odbyliśmy naprawdę wiele podróży po wschodniej - płaskiej!- Polsce), nie mieliśmy do czynienia z tak wyraźnym finansowym przełożeniem tego zjawiska. Podkreślam, że to w żaden sposób nie wpływa na moją ocenę regionu: choć – jako rowerzysta – nie spotykałem się z tym dotąd, wiem, że do takich sytuacji może dojść wszędzie.

              W czasie naszej podróży na noclegi zatrzymaliśmy się w 4 miejscach: w Uluczu, Cisnej, Bandrowie i Makowej. Wszędzie, poza Makową, było normalnie. Najlepiej – pod względem przyjęcia - wspominam Ulucz i Bandrów. W tym ostatnim jedzenie było równie dobre jak w Makowej, ale 3 razy tańsze.

              Oczywiście bardzo żałuję, że na własne oczy nie zobaczyłem cerkwi w Uluczu, ale, jak mówiłem wyżej, padliśmy ofiarą własnego, nierozsądnie ambitnego planowania. Dziś traktuję to z humorem, anegdotycznie, jako nauczkę. Mam nadzieję, że nasze doświadczenia przydadzą się innym „nizinnym” rowerzystom, kiedy je opiszemy. Reportaż ukaże się w październiku lub listopadzie, na pewno dam znać. A do Ulucza z pewnością wrócę. Naszą podróż traktuję jako wyprawę próbną, rozpoznawczą. Był to może pobieżny, ale wspaniały kontakt z krajobrazami, które długo pozostają „pod powiekami” . Więcej „wtop” raczej nie będzie…

              Kilka zdjęć (mapa przebiegu naszej trasy, Liskowate, Bandrów, Hłomcza, Bieszczady):

              commondatastorage.googleapis.com/static.panoramio.com/photos/original/37860094.jpg
              commondatastorage.googleapis.com/static.panoramio.com/photos/original/37732216.jpg

              commondatastorage.googleapis.com/static.panoramio.com/photos/original/37623130.jpg
              commondatastorage.googleapis.com/static.panoramio.com/photos/original/37623127.jpg
              commondatastorage.googleapis.com/static.panoramio.com/photos/original/37623100.jpg
              Pozdrawiam serdecznie.


    • enfer Reportaż już się ukazał: 01.10.10, 15:52
      Dzień dobry, w kioskach jest już najnowszy, październikowy numer miesięcznika Rowertour z naszym reportażem z wyjazdu na Pogórze Przemyskie i w Bieszczady:

      www.rowertour.pl/?page=artykul&id=995
      Jesli admin nie ma nic przeciwko, mogę wkleić cały tekst. Pozdrawiam
      • tawnyroberts Reportaż w "Rowertour" 01.10.10, 23:19
        Oczywiście nie mam nic przeciwko wklejeniu całego tekstu. Wręcz usilnie do tego namawiam, tym bardziej, że pewnie niewielu bywalców "Nad Sanem i Wiarem" będzie miało okazję zapoznać się z relacją zamieszczoną w rowerowym periodyku. Tekst tekstem, ale może dla Waszych zdjęć z Pogórza warto jednak zaopatrzyć się w ten numer gazety? Przyznaję, że już panorama Makowej z internetowego wydania "Rowertouru" robi spore wrażenie. Takie piękne może być tylko Pogórze Przemyskie...
        • enfer Reportaż w "Rowertour": tekst i zdjęcia 02.10.10, 00:45
          Dobry wieczór, poniżej zamieszczam tekst. Co do zdjęć, największa część z wykonanych w trakcie wyjazdu znajduje się tutaj (miniatury można powiększać najpierw do wielkości średniej, a kolejne kliknięcie daje duży rozmiar):

          www.panoramio.com/user/1814405/tags/Trip%20to%20Podkarpackie
          Wszelkie uwagi mile widziane
          Serdecznie pozdrawiam





          Pogórze Przemyskie i Bieszczady

          Jak Chińczyk z dwiema szafami na rowerze

          Tekst: Anna Sidoruk, Jerzy Szygiel
          Zdjęcia: Jerzy Szygiel

          AS: W 1973 roku amerykański pisarz Paul Theroux wsiadł do legendarnego Orient Expressu i wyruszył w trwającą cztery miesiące podróż przez Azję. Po powrocie napisał książkę Wielki bazar kolejowy, dziś zaliczaną do klasyki literatury podróżniczej.

          Theroux nie krył swojej niechęci do autorów, którzy podróż sprowadzają do atrakcji turystycznych i opisują tylko radosne strony wojaży, pomijając milczeniem „chwile rozpaczy, pożądania czy strachu”. On sam skrzętnie zapisywał zarówno te najbanalniejsze zdarzenia, jak i przeżycia ekstremalne.

          Myślałam o tej książce podczas naszej wyprawy, która okazała się najtrudniejszą z dotychczasowych. Założyliśmy sobie ambitny plan. Ambitny jak na rowerzystów amatorów, którzy lubią zatrzymać się na polnej drodze i cieszyć wzrok otaczającymi widokami. W ciągu siedmiu dni mieliśmy okrążyć Pogórze Przemyskie i dotrzeć do Bieszczadów. Granica polsko-słowacka miała stanowić najdalej wysunięty na południe punkt trasy.

          Zaczęliśmy od Przemyśla, do którego dotarliśmy koleją. Miasto onieśmieliło mnie swoim położeniem. Pagórzystość terenu w zestawieniu z lekko obładowanym rowerem sprawiła, że początkowo prowadziłam swój środek lokomocji z zachwytem przypatrując się mijanej architekturze. Austriacka elegancja budynków wystawionych na działanie czasu, wąskie, strome, brukowane uliczki, stare szyldy sklepów i punktów usługowych podbiły moje serce. Ciężko było opuścić to miejsce. Ale przed nami droga była długa, stroma i kręta, a czasu mało.

          Ulicą Sanocką wydostaliśmy się na trasę na drogę nr 28, do Krasiczyna. Już po kilku kilometrach dostaliśmy próbkę tego, co miało nas czekać przez resztę podróży - długi, stromy podjazd. Tyle, że na początku mieliśmy sporo sił. Niezrażeni pedałowaliśmy zatem dalej aż do Krasiczyna, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. A potem szosą aż do gładkiej, bo nie wyeksploatowanej jeszcze, drogi do Chyrzyny. Tutaj czekała nas przeprawa promem przez San. Byliśmy jedynymi pasażerami; usadowiliśmy się wygodnie i po kilku minutach przybiliśmy do drugiego brzegu. Za Babicami z ogromnym trudem wspięliśmy się na Babicką Górę, a potem za Dubieckiem ponownie zjechaliśmy nad San w miejscowości Słonne. Posuwając się wąską, podwieszaną kładką, przekroczyliśmy rzekę. Byliśmy już solidnie zmęczeni. I wtedy zaczął się horror.

          JS: To nie była moja wina! Planowałem podróż wyłącznie po Pogórzu Przemyskim, ale połowa uczestników zechciała dojechać aż do Słowacji. Wyszedł z tego rajd wokół „Zakerzonii” (od nazwiska Wicekróla Indii lorda Curzona, który wyrysował słynną linię, która stała się podstawą dzisiejszej wschodniej granicy Polski), jak Ukraińcy nazywają ziemie na wschód od Sanu, jeszcze do wczesnych lat powojennych zamieszkałe głównie przez ludność grecko-katolicką. Przeszłość ukraińską regionu widać po architekturze katolickich kościołów: wiele z nich to dawne cerkwie, przejęte po powojennej „wymianie ludności” między Polską a ZSRR, i po akcji „Wisła” z 1947 roku.

          Za Przemyślem jechaliśmy doliną w górę Sanu, przez małe wsie nad rzeką – Mielnów, Chołowice – mijaliśmy cerkiewki wśród łagodnie pofalowanego krajobrazu. Przeprawa promowa w Chyrzynie była miłym wstępem do piekielnego podjazdu, który mi uzmysłowił, że nie będzie tu łatwo, oj nie. Ten wysiłek wynagrodził widok ze skarpy w Babicach na olśniewającą dolinę Sanu. Byliśmy w świetnych humorach, choć zauważyłem, że jest już późno, a do Ulucza, gdzie mieliśmy nocować i gdzie znajduje się jedna z najstarszych i najpiękniejszych cerkwi w Polsce, było jeszcze daleko. Horror zaczął się w Słonnych, po przejściu przez wiszącą kładkę nad Sanem. Zaraz za nią wybrałem złą drogę. Wciągaliśmy nasze rowery z sakwami po stromej ścieżce, która powoli zamieniła się w las bez ścieżek, aż w końcu znaleźliśmy się wśród paproci, między jarami strumieni spadających do Sanu. Już z początku czułem, że coś z tą drogą nie tak, ale – błędnie - wykoncypowałem z mapy, że to będzie „skrót”. Musieliśmy zawracać, już nieźle wykończeni. Anna rozpłakała się przed gałęziami zagradzającymi jej drogę, ale pokonała je.

          Straciliśmy dobrą godzinę, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Górę Winną zdobywaliśmy w zachodzącym słońcu – trzeba było przez nią przejechać, by dostać się do Pawłokomy. Podjazd był tak długi i ostry, że trzeba było pchać rowery. Dyszałem jak parowóz na maksimum mocy i wyobrażałem siebie jako Chińczyka, którego widziałem kiedyś w Pekinie: spocony prowadził pod górę rower, na którym tkwiły dwie szafy z lodówką na wierzchu, oprócz różnych tobołków… To podjazd, a nie widoki zapierały mi dech w piersiach, ale i one nie umknęły mojej uwadze – ich harmonia i łagodność kontrastowały z naszą sytuacją.

          Do Pawłokomy dotarliśmy późnym wieczorem. Chciałem tu obejrzeć pomnik kilkuset ukraińskich mieszkańców wymordowanych w 1945 roku, ale było już za późno. Noc gęstniała błyskawicznie, a nam zostały jeszcze dziesiątki kilometrów. Do Ulucza dotarliśmy o północy jadąc w zupełnych ciemnościach. W świetle rowerowej lampki widziałem przed sobą tylko kilka metrów kwadratowych szutrowej drogi. Na miejscu licznik pokazał 90 kilometrów.

          AS: Wieś spała już od dawna. W oknach nie paliło się żadne światło, a latarnie służyły wyłącznie jako ozdobnik, który w nocy i tak trudno było docenić, skoro nie spełniał swojej funkcji. Zaczęliśmy dzwonić do naszego gospodarza, ale zasięg się urywał. Po kilku nieporozumieniach cudem znaleźliśmy nasze miejsce noclegowe. Byłam wykończona i wystraszona przeprawą w ciemnościach. Tej nocy spałam ciężko.

          Następnego dnia wstaliśmy tak wcześnie jak to było możliwe po przygodach poprzedniego dnia, czyli koło południa, i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem była Cisna w Bieszczadach. Przeprawiliśmy się przez most koło Dobrej i obraliśmy kierunek na Sanok i potem Lesko, przez Załuż. W Lesku musieliśmy wybrać między dwiema trasami do Polańczyka nad jez. Solińskim. Miejscowi spod sklepu poradzili nam, żeby jechać przez Hoczów, miało być mniej górzysto… ale po kilku kilometrach spokojnej jazdy wzdłuż Sanu zaczęły się góry.

          Nad Jezioro Solińskie dotarliśmy około 19.00. Miałam już dosyć ciągłego wspinania się i byłam gotowa poszukać noclegu we wsi. Ale Jerzy się uparł. Nie pamiętam jak dotarliśmy do Terki, pamiętam jedynie niecierpliwość, z jaką przemierzałam kolejne serpentyny, i zmęczenie, kiedy droga zaczynała piąć się w górę i trzeba było wprowadzać rower na przewyższenia. Goniliśmy dzień, ale byliśmy bez szans. Zmierzch zastał nas utrudzonych, ale ciągle nie było widać naszego celu. Krajobraz stawał się górzysty i monochromatyczny, a wsie coraz bardziej oddalały się od siebie. Jechaliśmy i jechaliśmy aż w końcu pojawiły się światła Cisnej.

          JS: Na miejscu byliśmy o 22.00… znowu prawie 90 kilometrów. To był ciężki dzień, z chwilami słabości, ale i wielką porcją pięknych pejzaży. Fotografuję cerkwie w Dobrej, Hłomczy, niebywały kościół w Średniej Wsi i wieczór zapadający nad jeziorem. Polańczyk i Wołkowyja sprawiają wrażenie typowych miejscowości turystycznych, dużo ruchu i smażalni ryb. Późniejsza pusta droga wzdłuż Solinki, wśród zapadającej nocy, górskiego chłodu i leśnych odgłosów, stanowiła radykalną zmianę dekoracji. Przystając jedliśmy krówki z wiejskiego sklepu i patrzyliśmy w milczeniu na rzekę w dole.
          • enfer Re: Reportaż w "Rowertour": tekst i zdjęcia - cd. 02.10.10, 00:46
            Było jasne, że jednak przesadziliśmy z dystansami. „Nizinne” planowanie wyjazdu w góry dało nam w kość. Dlatego następnego dnia w Cisnej postanowiliśmy zdobyć jedynie Przełęcz Nad Roztokami, oddaloną o raptem 10 kilometrów. Pedałując w górę, ale bez sakw, mijaliśmy dymiące retorty do wypalania węgla drzewnego obsługiwane przez samotnych mężczyzn w przekrzywionych czapkach. Za Roztokami Górnymi do przełęczy jedzie się przez bukowy las. Po słowackiej stronie widok na góry otwiera się nagle, aż chce się oddychać. Czuliśmy się jak zdobywcy. Później przekąsiliśmy co nieco na drewnianym mostku nad leśnym potokiem i zjechaliśmy do Cisnej.

            Cisna miała w sobie melancholię przebrzmiałej sławy: w „Siekierezadzie” i wśród sprzedawców w sklepach z pamiątkami panowała senność, przerywana łykiem z butelki. Nazajutrz musieliśmy pojechać wzdłuż Solinki, by dotrzeć do bieszczadzkiej Małej Obwodnicy. Tym razem naszym celem była granica ukraińska w Bandrowie Narodowym. Droga do Bukowca była właściwie miłym, wielokilometrowym zjazdem, ale potem musieliśmy przejechać przez góry. Za Polaną pogawędziliśmy chwilę z brodatym Bieszczadzkim Zakapiorem z Krakowa (jak się przedstawił), by zaatakować pasmo Ostre, odpowiadające swej nazwie – znowu czułem się jak Chińczyk z dwiema szafami na rowerze.
            Za to zjazd do Czarnej Górnej był samą radością. Zatrzymywaliśmy się później jeszcze przed uroczymi cerkwiami w Rabe i Hoszowie, przedarliśmy się przez stado owiec, by znaleźć się na uboczu szlaków, w regionie przemytu nielegalnych imigratów z Azji… może nawet Chińczyków?

            AS: Przynajmniej jednego Azjatę swego czasu gościła nasza gospodyni z przytulonego do granicy ukraińskiej Bandrowa Narodowego, o czym zaaferowana opowiedziała nam podczas kolacji. Jej słowa ledwo do nas docierały, tak byliśmy zaaferowani posiłkiem złożonym z produktów domowej roboty. Jedzenie i klimat wsi podziałały na nas kojąco. Ze spokojem myśleliśmy o dalszej części wyprawy. Bieszczady były już za nami, długie dystanse też.

            Rano zjedliśmy wielkie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy przez dzikie tereny doliny Królówki i Stebnika. Rowery podskakiwały na kamienistej drodze, a oczy napawały się widokami zielonej, anarchicznej roślinności. Zdążyliśmy jeszcze obejrzeć cerkiew w Krościenku i zaraz za wsią schroniliśmy się przed deszczem w przydrożnym sklepie.

            Odcinek między Krościenkiem a Jureczkową był wyjątkowo niewdzięczny. Monotonna asfaltowa droga uparcie pięła się pod górę, ale to było nic, w porównaniu z odcinkiem do Arłamowa. Na szczęście królowały tam urocze widoki. Bujne lasy oplatały pustą drogę, jakby tylko dla wtajemniczonych. Od czasu do czasu sunęły po niej czarne auta gości słynnego hotelu. Zatrzymaliśmy się naprzeciw drogi wiodącej do niego, na polanie. Słońce było w tym punkcie, kiedy kolory stają się najpełniejsze, a cień kładzie się miękko.

            Kolejne osiem kilometrów do Makowej to nieustanny zjazd, pokonaliśmy więc dystans bez żadnego wysiłku. Zimny, wieczorny wiatr owiał mnie za to tak, że przez tydzień miałam obolałe gardło. Tego wieczora zasnęliśmy w Makowej. Lepiej tam nie mówić, że mieszka się w Warszawie, bo płaci się podwójnie…

            JS: Jazda wzdłuż ukraińskiej granicy była trasą nieistniejących, ukraińskich wsi. Ich nazwy na mapach umieszcza się w nawiasach, bo na miejscu nic nie zostało, las je pozarastał. Nazajutrz jedziemy do Nowych Sadów, przygranicznej wsi, która jeszcze pół wieku temu nazywała się Hujsko, by obejrzeć siedemnastowieczną grecko-katolicką cerkiew obronną św. Jerzego. Wygląda na opuszczoną. Ożywa tylko raz w roku, na odpust 15 sierpnia, bo wokół mieszkają sami katolicy. Mamy stąd zresztą niedaleko do Kalwarii Pacławskiej, katolickiego sanktuarium, w którym odbywa się rodzaj odpustu non-stop: sklepy z plastikowymi pamiątkami zajmują plac przed kościołem. Do kościoła, jak i zespołu dziewiętnastowiecznych kaplic rozrzuconych wokół, przybywają liczne pielgrzymki, w tym autokarowe, więc lepiej uważać w czasie zjazdu i wjazdu. Miło jest moczyć nogi w Wiarze, była wspaniała pogoda.

            Z góry widać jak Makowa ładnie umościła się w łagodnym krajobrazie Pogórza Przemyskiego, ale najpierw trzeba na tę górę wjechać. Trochę nas to wypompowało. Następnego dnia musieliśmy wracać do Przemyśla, by złapać powrotny pociąg do domu, więc chętnie ominęliśmy podjazdy wybierając drogę wzdłuż Wiaru, przez Sierakośce. Patrząc na wzniesienia na horyzoncie nie mogłem uwierzyć, że my, rowerzyści zdecydowanie nizinni, przejechaliśmy przez te wszystkie góry. Miałem oczy pełne krajobrazów i czułem się nieco obolały. Ciepły, galicyjski Przemyśl żegnałem przysypiając w pociągu. Do dziś jeszcze dochodzi tu czasem do napięć między katolikami a resztką grecko-katolickich autochtonów, ale czas powoli łagodzi dawne pretensje. Pogórze należy do najpiękniejszych i najciekawszych regionów Polski. Rowerzyści nizinni powinni jednak planować tam dystanse skromniejsze niż zwykle…


            Rowertour 10/2010


          • tawnyroberts Wasza i moje wyprawy rowerowe 19.10.10, 22:30
            Przepraszam, że tak długo nie odpisywałem i zaraz na wstępie gratuluję ciekawego tekstu i udanej wyprawy. Pierwsze dwa dni rzeczywiście wypadły dramatycznie i artykuł nieźle tę dramaturgię oddaje. Dzięki niemu, nietrudno sobie wyobrazić miny zmęczonych i nieco wystraszonych turystów, z rowerami obwieszonymi sakwami, gdzieś na trasie Huta Poręby - Ulucz, prawie o północy. Widok raczej z tych ekstremalnych. Cała trasa moim zdaniem bardzo ciekawa, usiana cudownymi krajobrazami, z licznymi atrakcjami w postaci pamiątek po dawnych mieszkańcach tych ziem - Ukraińcach, choć jeszcze raz ubolewam, że na tej liście zabrakło cerkwi w Uluczu. No cóż, będzie okazja, żeby przyjechać na Pogórze jeszcze raz.

            W sumie, to zazdroszczę Wam takiej kilkudniowej wyprawy, bo sam nigdy się na coś takiego nie zdobyłem. Ja jeżdzę zawsze samotnie i zawsze wracam na noc do domu, chociaż też bywa, że w okolicach północy, ale licznik pokazuje mi wtedy przeważnie 250-300 kilometrów. No i mam tylko jedną niewielką sakwę i nie czuję się jak ten Chińczyk z Waszego tekstu. Największym moim wrogiem nie jest zmęczenie, lecz głód (starzy ludzie mawiają, że głód to wielki pan) i wystrzegam się go jak ognia. Bywa jednak, że się przeliczę (za mało kanapek, nieczynny sklep itp.), a wtedy nie wstydzę się nawet... kraść jabłek z cudzego sadu. Ale to jeden z uroków moich rowerowych wypraw. Obok przejmującego zimna, piekielnego gorąca, gwałtownej burzy bez dachu nad głową i nieodłącznych krzyształków soli na przepoconym ciele. Dobrze, że cerkwie, Pogórze i Bieszczady takie piękne, że i tak stukrotnie wynagradzają te "drobne" niedogodności...

            Pozdrawiam Ciebie i Twoją rowerową partnerkę!
            • bastekss wyprawy rowerowe 20.10.10, 11:20
              no enfer
              opis jest super fajny
              przede wszystkim gratulacje za piękne zdjęcia
              (szczególnie połówki)

              Pozdrawiam
              • enfer Re: wyprawy rowerowe 08.11.10, 23:19
                Dziękuję bastekss, serdecznie pozdrawiam!
          • tawnyroberts Zdjęcia z wyprawy 20.10.10, 20:09
            A dzisiaj na deser zostawiłem sobie obejrzenie Waszych fotek z wyprawy. Są naprawdę rewelacyjne, chociaż trzeba uczciwie powiedzieć, że mieliście sporo szczęścia, bo trafiliście na piękną, słoneczną pogodę. Panoramy rzeczywiście zapierają dech w piersiach, ale jeszcze bardziej zaparło mi ten dech po obejrzeniu dwóch fotek z okolic pasma Działu. Szczerze mówiąc, to do tej pory nie za bardzo mogę cokolwiek z siebie wykrztusić i nawet zaczynam żałować, że jeżdżę rowerem sam. Z taką dziewczyną to na pewno byłoby weselej!

            A tak przy okazji, kiedy dokładnie gościliście na Zakerzonniu? Coś mi się wydaje, że mijałem Was gdzieś po drodze?

            Jeszcze raz bardzo serdecznie pozdrawiam!
            • enfer Re: Zdjęcia z wyprawy 08.11.10, 23:03
              Byliśmy w regionie na przełomie czerwca i lipca i rzeczywiście pogoda była znakomita... niewkluczone, że mijaliśmy się, ale przyznam spotkaliśmy tylko kilku rowerzystów, w tym tylko jednego Polaka. Dziękuję za miłe słowa, serdecznie pozdrawiam i życzę dobrego jedzenia podczas rowerowych wyjazdów! Z pewnością wrócimy kiedyś na Pogórze...
    • tawnyroberts Rowerowy wyprawy Enfera i... 07.11.12, 15:30
      Od Waszej pierwszej rowerowej wyprawy na Podkarpacie minęło już ponad dwa lata. Czy odwiedziliście potem kolejny raz Pogórze Przemyskie i Bieszczady? O ile sobie przypominam, to w tamtym roku byliście na Warmii i Mazurach, a w tym roku gdzie? Bardzo proszę o garść wrażeń z tegorocznej wyprawy.

      Pozdrawiam!

      P.S. Pytania i prośba oczywiście do Enfera.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka