tawnyroberts
28.11.08, 17:17
Dynów - niewielkie miasteczko nad Sanem na Pogórzu Dynowskim. Druga
wojna światowa. 13 września 1939 roku - do Dynowa wkraczają pierwsze
niemieckie oddziały. Rozpoczyna się hitlerowska okupacja, a z nią
zagłada żydowskich mieszkańców miasteczka. Po raz pierwszy tej wojny
na tak wielką skalę. Dlaczego właśnie tutaj? Na to pytanie starał
się odpowiedzieć Grzegorz Szajnik w wydanej niedawno
broszurce "Stosunki polsko-ukraińsko-żydowskie w mieście i gminie
Dynów". Bez rezultatu... Ale opisy gehenny dynowskich Żydów, oparte
przede wszystkim na relacjach świadków, przerażające i warte
przeczytania.
"Druga wojna światowa - holocaust"
1 września 1939 roku wybucha druga wojna światowa. Już od pierwszych
jej dni okupant na zajętych przez siebie ziemiach doprowadzał do
wyniszczenia narodowości żydowskiej. Przebywający tylko czasowo w
mieście uciekinierzy z ziem zachodnich wyraźnie opowiadali o tym,
czego hitlerowcy dopuszczają się na Żydach. Wielu więc z chwilą
zbliżania się frontu wolało nie czekać na najgorsze i wyruszyło w
kierunku Przemyśla i Lwowa. Już 7 września słychać było zbliżający
się front. W tym dniu jak i następnym w miasteczku i pobliskim
Bachórzu stacjonowały sztaby Armii Małopolska i Grupy Południe. Od
10 września przez miasto sunęły tłumy ludzi udających się na wschód.
Do nich dołączyła część miejscowych Żydów. Tego dnia ewakuowały się
dynowskie urzędy i część młodzieży.
Trzynastego września do Dynowa wkracza 2 Dywizja Górska gen.
Feursteina i 7 Dywizja Piechoty gen. Otta. Dynów zostaje zajęty.
Rozpoczęły się prześladowania i represje. Przerażeni Żydzi przez
dłuższy czas nie wychodzili na ulice. Prowadzone przez nich sklepy
były zamknięte. Czekali na śmierć. Mimo zapewnień wygłaszanych przez
radio przez gen. Brauchitscha, iż mogą się czuć spokojni, nie
dowierzali.
Był 18 września 1939 roku. Dzień na pozór niczym nie różniący się od
innych. Lecz właśnie ta data stała się najtragiczniejszym momentem w
dziejach dynowskich Żydów. Nic nie zapowiadało tego, co miało się
stać. Najprawdopodobniej tego dnia w Dynowie zjawiła się grupa
Niemców z oddziałów SS. Opowiada Mieczysław Krasnopolski: „Szedłem
obecną ulicą Mickiewicza, kiedy zauważyłem na wysokości budynku
poczty idących w moim kierunku, po przeciwnej stronie, niemieckich
żołnierzy. Odróżniali się od reszty wojska stacjonującego w Dynowie.
W oczy rzuciły mi się niesione przez nich rzeczy - lalkę bez ubrania
i pięknie wyszywany mały zagłówek - zastanawiałem się, po co im to?
Kiedy zbliżyliśmy się do siebie, na ich czapkach zobaczyłem emblemat
śmierci - trupią czaszkę i skrzyżowane kości. Na boku munduru
wyrazisty napis SS. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem esesmani w
Dynowie nie pojawili się. Przyjechali w konkretnym celu, z
konkretnym zamiarem.”
Tuż po południu, około godziny piętnastej, Wermacht pod
kierownictwem SS przystąpił do akcji mającej na celu likwidację
ludności narodowości żydowskiej, przeważnie mężczyzn. W grupkach po
kilku, wpadali do domów, z krzykiem na ustach wypędzali z nich Żydów
na ulicę. Te wrzaski hitlerowców i bitych Żydów, słychać było z
różnych części miasta. Przerażenie zapanowało na jego ulicach.
Relacjonuje jedna z mieszkanek - Helena Szajnik: „Daty dnia, kiedy
nastąpiła pierwsza masakra dynowskich Żydów nie jestem sobie w
stanie po tylu latach przypomnieć. Szłam do kościoła. A bardziej
dokładnie to szłam zobaczyć wywózkę Żydów, a w kościele się
schroniłam. To było po południu. Żydzi zgromadzeni byli na głównej
ulicy Mickiewicza, nie widziałam wszystkich. Wszędzie było pełno
Niemców. Dochodząc do kościoła niemiecki żołnierz z karabinem
krzyknął „halt!" - zatrzymałam się - pokazując na mnie pytał: „Jude,
Jude?” Pokiwałam głowa, że nie i pokazałam, iż idę się modlić do
kościoła. Jak do dziś pamiętam twarze tych ludzi, to było coś
przerażającego.”
I znów Mieczysław Krasnopolski: „Jako ciekawski młodzieniec
wyglądałem ostrożnie na ulicę, widziałem, jak do małego sklepu w
sąsiedztwie, prowadzonego przez brodatego i niskiego wzrostu Żyda,
weszli dwaj żołnierze. Chwilę później rozległy się niemieckie
wrzaski, a opierający się Żyd, kopnięty czy uderzony wypadł przez
drzwi, pomijając schodki, aż na środek jezdni.”
W niedługim wręcz czasie plac obok kościoła przy „starej szkole"
wypełnił się mieszkańcami narodowości żydowskiej, których strzegło
wojsko. Wieczorem, szosą biegnąca w kierunku Brzozowa, przeszedł
pochód maszerujących czwórkami Żydów pod silną eskortą wojska. Po
raz ostatni spoglądali na miasto swych narodzin, swego dzieciństwa i
wieku dorosłego.
Kiedy zaczął zapadać zmrok, samochodami wywozili Niemcy swe ofiary
na miejsce egzekucji. Dziś u styku ulic ks. J. Ożoga i Podgórskiej.
Tu na niewielkiej łące, z tyłu której znajdował się wysoki na około
1,5 metra brzeg, przy pomocy broni maszynowej pozbawili życia około
dwustu Żydów. Tu również ich pogrzebano i przysypano ziemią. Te
wydarzenia relacjonuje naoczny świadek Zofia Łukaszewicz: „Szłam do
przyjaciółki na Przedmieście Dynowskie. Po chwili usłyszałam warkot
silników samochodowych, krzyki i piski przerażonych ludzi.
Wyprowadzanych z samochodów prowadzono na łąkę i ustawiano w
rzędach. Zapadłą, przeraźliwą ciszę przerwały serie z karabinów
maszynowych. Nie wiem, ile osób straciło wówczas życie. Uciekałam
jak najprędzej, żeby i mi się nie dostało.” Przez wiele miesięcy
miejsce to odstraszało. Kiedy padały deszcze, spływała ziemia
przesiąknięta krwią o ciemnobrunatnym kolorze. Spod ziemi ku górze
wydobywały się bąbelki gazów rozkładających się ciał. Dziś na
miejscu mordu znajduje się nowe osiedle i teren ten wygląda zupełnie
inaczej.
Około stu Żydów zamordowano w lesie zwanym Żurawiec, leżącym za
Dynowem na trasie do Brzozowa. Tu również Niemcy pogrzebali swe
ofiary. Miejsce to wygląda tak samo do dnia dzisiejszego. Relacja
Mieczysława Krasnopolskiego: „W 1940 roku dzięki staraniom
brzozowskich Żydów, najprawdopodobniej za niemałe pieniądze, Niemcy
zezwolili na ekshumację. Zwłoki ofiar przeniesiono na cmentarz
żydowski przy dzisiejszej ulicy Karolówka. Pochowano ich w kilku
masowych grobach. Pamiętam z opowiadań, jak na obity blachą wóz
wkładano po kolei rozkładające się ludzkie zwłoki. Widok ten był
straszny, a swąd rozkładających się ciał nie pozwalał swobodnie
oddychać. Widoku tego nie jest człowiek w stanie opisać. To trzeba
było przeżyć, widzieć.”
Po wojnie wszczęto śledztwa mające wyjaśnić kulisy tej zbrodni.
Zgodnie z poleceniem wydanym przez Sąd Grodzki w Dynowie, we
wrześniu 1945 roku zrobiono oględziny grobów. Niestety mimo
wszelkich czynności śledczych do dnia dzisiejszego liczba
pomordowanych i pochowanych tam ludzi nie jest znana, a szacunkowo
podaje się około 400 Żydów.
Relacjonuje Janina Kokot: „Jako młoda dziewczyna, razem z ojcem
pasłam krowy w pobliżu lasu Żurawiec. Wtedy mieszkałam niedaleko
tego miejsca, na Karolówce. Ciszę przerwał warkot samochodów. To
Niemcy przywieźli nimi żydowskich mieszkańców miasta i popędzili w
las. Ciekawość nie dawała mi spokoju, poszłam podglądnąć. Najpierw
rozdali im łopaty i kazali kopać dół lub dwa doły. Potężne, duże.
Kiedy skończyli, na polecenie jakiegoś żołnierza w czarnym mundurze,
z trupią główką i skrzyżowanymi kościami na czapce, wojsko, przy
pomocy broni maszynowej, pozbawiło ich życia. Nie jestem w stanie
powiedzieć, ilu Żydów było, ale bardzo dużo. Kiedy skończyli
egzekucję, zawołali mnie, ojca i jeszcze kogoś i powiedzieli, że
możemy sobie pościągać z Żydów obuwie, ubranie. Nikt się do tego,
mimo biedy, nie kwapił. Podeszliśmy bliżej. Nie wszyscy byli martwi,
część jeszcze żyła. Przysypano ich żywcem. W człowieku odezwał się
moralny obowiązek pomocy tym ludziom, większość z nich znaliśmy. Ale
zadawałam sobie pytanie, jak im pomóc?