Dodaj do ulubionych

Rodzice w szpitalu

29.03.04, 21:51
No własnie - jak to było/jest u was?
Przez okres choroby Hanki byłam praktycznie przy wszystkich zabiegach -
wyjątek punkcje lędźwiowe i zakładanie wejścia centralnego. To ostatnie było
wykonywane na bloku operacyjnym, więc sprawa oczywista.
Natomiast przy wszystkich innych byłam. Mozna powiedzieć, że musiałam o to
mocno powalczyc, ale być może dlatego mi na to pozwalano, bo potrafiłam być
pomocna - przynajmniej dla uspokojenia dziecka.
Jestem pewna, że dzięki temu wiele przykrych i bolesnych doświadczeń Hanka
zniosła o wiele spokojniej niz gdyby mnie tam nie było.
A jak to było u was?
danka
Obserwuj wątek
    • melka_x Re: Rodzice w szpitalu 29.03.04, 22:53
      Ja już pisałam o tym w wątku dotyczącym pomocy rodzicom, ale powtórzę. W
      szpitalu im. W. Orłowskiego w Warszawie niemal każde wejście do córki było
      wybłagane i okupione dłuuugim czekaniem pod drzwiami. Nie pozwalano mi
      wykonywać żadnych zabiegów pielęgnacyjnych, przewijać, karmić (sondą), o
      kangurowaniu można było pomarzyć:(. Oczywiście nie było mowy o towarzyszeniu
      córce przy zabiegach medycznych (drobnych jak np. zakładanie wenflonów), mimo
      że widać było, że Natalia słysząc mój głos bardzo się uspakaja, przestaje
      płakać... a na głos pielęgniarek krzywi się, podkula pod siebie nóżki i rączki,
      zaciska pięści, cała się spina. Wypraszano mnie również przy obchodach.

      W IMiDz mogłam być przy wszystkich czynnościach i zabiegach(wenflony, usg,
      rentgen - ten ostatni oczywiście w odpowiedniej odleglości), tam wręcz do tego
      zachęcano, dodatkowo można było dzieci myć, przewijać, smarować oliwką, mierzyć
      temperaturę. Nikt nie limitował czasu spędzanego przy dziecku, poza snem
      mogłam być przy niej niestannie.

      Początkowo pomna tresury (celowo nie biorę tego w cudzysłów) z Czerniakowskiej
      gdy zaczynał się obchód sama wycofywałam się, ale dość szybko zatrzymała mnie
      szefowa neonatologii mówiąc, że powinnam zostać, w końcu to moje dziecko.

      Nie byłam jedynie przy zabiegu wkłuwania się do żyły centralnej (pełna
      antyseptyka) oraz co zrozumiałe na bloku operacyjnym przy trzech kolejnych
      resekcjach jelita cienkiego.
      Nie byłam przy niej również gdy przytrafiła jej się tamponada serca (powikłanie
      po wkłuciu do żyły centralnej), ale wtedy sekundy mogły przesądzić o jej życiu
      i trudno żebym plątała się pod nogami lekarzom, którzy robili wszystko żeby
      jej sercu przywrócić prawidłowy rytm.

      Dzięki lekarzom z instytutu Natalia umarła na naszych rękach, dano nam również
      czas na pożegnanie się z nią po śmierci, nikt nas nie poganiał, ciało zabrano
      gdy powiedzieliśmy że jesteśmy gotowi. Niestety wiem, że to ciągle nie jest
      powszechna praktyka.

      Dwa warszawskiego szpitale i kompletnie dwa różne światy.
      Magda
    • anuteczek Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 15:27
      Witam was serdecznie,
      Obecność mamy czy taty w szpitalu to pierwszorzędna sprawa dla dziecka. Piszę
      to z własnego doświadczenia. Kiedy miałam 14 lat musiałam przejść skomplikowną
      operację kręgosłupa, do której przygotowaniem był dwutygodnoiwy wyciąg
      czaszkowo-udowy. Doświadczenie bardzo bolesne, tym bardziej, że jestem
      strasznym alergikiem i był problem z lekami przeciwbólowymi. Mama była przy
      mnie non-stop. Była obecna nawet przy premedykacji przed zabiegami. Po operacji
      pozwolono jej być na OIOM-ie, tak, że kiedy się obudziłam była przy mnie i
      przez całą noc czuwała, zmobilizowała mnie do wysiusiania się, dzięki czemu
      uniknęłam cewnikowania. Nikt wówczas nie przypuszczał, że już zaatakowała mnie
      paskudna choroba - zakrzepowe zapalenie żył. Najpierw się okazało, że mój
      organizm odrzucił jeden z implantów - rana zaczęła ropieć i mimo starań lekarzy
      wpadłam w sepsę.
      Dopiero, kiedy straciłam swoje dziecko zrozumiałam, co przeżywała wówczas moja
      mama. Nie dała nawet tego po sobie poznać - zawsze uśmiechnięta i zadbana, cały
      czas była przy mnie i praktycznie zmuszała do życia.
      Pierwsze objawy zapalenia żył zauważyła właśnie ona i natychmiast wszczęła
      alarm. Powiedziano jej wtedy, że może się liczyć z najgorszym, nie dała się i
      środku nocy, sprowadziła z Krakowa do Zakopanego hematologa i leki. Wówczas
      jeszcze z zagranicy.
      Wywalczyła założenie dojścia centralnego, żeby mnie nie kłuć - bo i tak już
      wyglądałam jak narkoman.
      Nie odchodziła ode mnie na krok, mimo iż miałam naprawdę świetną opiekę
      pielęgniarek. Wszystkie zabiegi pielęgnacyjne wykonywała moja mama, myła,
      karmiła, oklepywała.
      Oczywiście była przy wszyskich zabiegach (oprócz operacji) i to pozwalało mi
      przetrwać ból. Znała moje reakcje na leki i dokładnie wiedziała co można i
      podać, a czego nie. Wiedziała, że np. po Augumentinie będę wymiotować, ale
      amotax mogę już brać (ta sama substancjia czynna), itd. kiedy bardzo
      gorączkowałam lekarze pytali co najlepiej zbija mi temperaturę.
      Kolejne dwie operacje (pierwszą po 3 miesiącach, drugą po roku)przeszłam już
      bez większych atrakcji - ale z mamą przy boku.
      Dziś wiem, że tylko dzięki jej obecności i walce przeżyłam. Z perspektywy
      ponad 10 lat doceniam nie tylko ją, ale też personel SZRODiM w Zakopanem, który
      wyprzedził akcję szpital przyjazny dziecku o ponad dekadę. Wiem, że maluszki
      mogły nawet spać z mamami.
      Dlatego apeluję do wszystkich mam i całego personelu medycznego: obecność mamy
      jest dziecku niezbędna.
      Podziwiam Was wszystkie Mamy, które trwacie przy łóżeczkach. Powinno się Wam
      wystawić pomnik. Wasze wysiłki nigdy nie są bezowocne i nawet jeśli nie uda się
      uratować Waszego skarbu, to przynajmniej z wami przy boku będzie mniej
      cierpiał.
      pozdrawiam was i życzę duużo siły
      andzia
      • mamaadama4 Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 16:13
        Musze przyznać, że bardzo poruszyła mnie twoja wypowiedź - od strony dziecka,
        które ma za soba takie doświadczenia. Moja córka była już spora dziewczynką
        miała 4-5 lat podczas choroby. Właściwie to chciałabym wiedzieć jak postrzegają
        to dzieci. Unikałam z hanką pewnych tematów - nie rozmawiałam z nią o śmierci.
        O chorobie tak, nawet sporo wiedziała. Ale tego najważniejszego tematu nie
        poruszyłam - trochę jakbym chciała "pozaklinać" los. Ale to już temat na inny
        wątek.
        danka

        • anuteczek Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 17:04
          Danko,
          Z perspektywy dziecka to wygląda tak - szpital, ból, stres. Nie wiesz co Cię
          może spotkać, pomimo, że zdajesz sobie sprawę z choroby. Przeżyłam tzw. dwie
          krytyczne noce, pierwszą sepsową, drugą - zator. Dzięki obecności mamy byłam
          spokojna, wiedziałam, że ona nie dopuści, aby stało się coś złego. Miałam do
          niej bezgraniczne zaufanie. Zaklinanie nic nie daje. Ja pamiętam, że tej
          pierwszej nocy zapytałam mamę, czy ja umrę. Odpowiedziała zgodnie z prawdą, że
          nie wie, ale, że mam się nie bać i się nie bałam.
          Dzieci na pewno wyczuwają nieszczerość i ukrywanie prawdy. W "ostatecznych"
          chwilach raczej nie myśli się o sobie, martwi się o rodziców, rodzeństwo,
          zwierzaki. Dlatego ważne jest, aby nie rozpaczać przy dziecku, ale też nie
          udawać, że wszystko jest ok.
          pozdr
          ania



































          • mamaadama4 Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 17:14
            My też przeżyłyśmy "sepsową noc". Udało sie wtedy.
            Hanka nigdy nie zadała pytania czy umrze, dlatego ja nie poruszałam tego
            tematu. Poza tym wszystko stało się nagle i nic tego nie zapowiadało. Wiem
            tylko, że ona cos przeczuwała w ostatnim dniu. Dużo by pisać.
            Nie starałam się być zbyt dzielna, ukrywać czy kłamać. Jakoś tak samo
            wychodziło, że nie musiałam przy niej hamować łez, bo płakać mi sie nie
            chciało. Jeden, jedyny raz - w ostatnim dniu. Rano, jak sie obudziłam,
            popatrzyłysmy na siebie i pierwszy raz od początku jej choroby łzy poleciały mi
            po twarzy. Powiedziała mi, żebym nie płakała i usmiechnęła się.
            Pamietam to do dziś. A to był taki piekny wiosenny dzień.
            danka
            • anuteczek Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 18:56
              Wiesz co Danko, ja pamiętam jedne łzy mamy - było to, dosłownie chwilę przed
              podaniem mi "głupiego jasia", przed drugą operacją (usunięciem jednego
              implantu). Strasznie się o nią wtedy martwiłam, pamiętam, że też się
              poryczałam, bo nie mogłam patrzeć jak ona płacze. Łzy rodziców są najgorsze do
              zniesienia. To trochę tak jak w tej historii o dzieciach w niebie - łzy i
              cierpienie matki nie pozwalały dziecku być radosnym i ciągle gasiły światełko.
              Dobrze, że mała nie zadała Ci tego pytania, tylko byście się obie niepotrzebnie
              zamartwiały. Te ostatnie chwile mogłby być wtedy zupełnie inne...
              Do Agi, dobrze, że przygowałaś zdrową córkę na to, co stanie się z jej siostrą.
              Będzie miała czas, żeby się oswoić. Jestem zaś przeciwniczką mówienia chorym
              dzieciom o ich śmierci, dopóki same o to nie zapytają- bo po co mają się
              zamartwiać na zapas. Rozmawiać trzeba o chorobie, żeby dziecko miało pełną
              świadomość tego, co się z nim dzieje. Śmierć kojarzy się dzieciom z cierpieniem
              najbliższych, a one nie chcą żeby ktoś przez nie był smutny
              pozdr.
              Andzia
          • aniao3 Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 23:27
            Aniu!
            dzieki za opis "z drugiej strony" tego co przeszlas. Mysle ze warto byloby bys
            wyslala to takze do Fundacji Rodzic Po Ludzku, ktora prowadzi akcje
            uswiadamiajaca "Maly pacjent - wielkie prawa".
            Sciskam
            anka
            • agablues Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 23:47
              to ja podam link:
              www.malypacjent.pl/
              • anuteczek Re: Rodzice w szpitalu 31.03.04, 15:04
                Dzięki za link, już wkleiłam na forum, niestety na tym forum jest aż jeden
                użytkownik :(
                Mam nadzieję, że może dzięki temu jakiś baran wyrzucający rodziców ze szpitala
                zrozumie.
                A tak swoją drogą dziewczyny, może oswoimy też tamto forum? Czekam na wasze
                posty tam.
                Jeszcze jedno, w wakacje zawsze wyjeżdżam jako wychowawczyni na kolonie. W tym
                roku przydarzył się dość nieprzyjemny wypadek - jeden sześciolatek (najmłodszy
                w mojej grupie) zaczął notorycznie krwawić z nosa i wylądował w szpitalu. Bał
                się niesamowicie, więc lekarz sam zaproponował, żebym przy nim została.
                Wyobraźcie sobie, że mnie obcej osobie pozwolono (zaproponowano) zostać dopóki
                mały nie zaśnie. Przy reszcze grupy zastąpiła mnie koleżanka, mały był spokojny
                został nawodniony i rano mógł wrócić do reszty grupy.
                Szpital mieści się w Krynicy Zdroju i jest super kolorowy i z pewnością
                przyjazny dziecku.
                Zdziwiła mnie tylko jedna rzecz - mało rodziców, za to pielęgniarki uwijały się
                jak w ukropie.
                Tym optymistycznym akcentem zakończę,
                trzymajcie się,
                Andzia
                • aniao3 Re: Rodzice w szpitalu 06.04.04, 23:57
                  Przezylam maly szok jak weszlam na to forum maly pacjent...
                  tyle slyszlama o tej akcji, tyle sie mowi a tam TAKA PUSTKA NA FORUM?
                  moze trzeba by na tamtym forum dac post o tym forum tutaj a sowja droga warto
                  by skopiowac dziewczyny wasze posty tam, by ktos to zauwazyl i przecyztal
                  sciskam
                  anka
                  a zatem piszcie swe historie i na forum pacjentowym:
                  www.malypacjent.pl
        • delecta Re: Rodzice w szpitalu 18.05.04, 00:17
          Wiem, że nie na temat, bo na szczęście mnie nie dotyczy, ale Danusiu, dlaczego
          o takiej małej dziewczynusi zawsze piszesz: Hanka - a to przecież Hania,
          Hanusia, Haneczka, Hanulka...
          No chyba, że nie chcesz się rozczulać...
    • agablues Re: Rodzice w szpitalu 30.03.04, 22:59
      Na Działdowską trafiłyśmy w celu diagnostyki genetycznej.Przez cały dzień mogłam
      być przy niej, mogłam robić wszystko. Myślę, ze pielęgniarkom było to nawet na
      rękę, a że ja raczej konfliktowa nie jestem , było ok. Na początku, malutka
      miała robione zwykłe badania - morfologia, gazometria, rtg, ekg itd. kiedy
      zabierali ją do zabiegowego, nie szłam za nią, żeby nie robić zbędnego
      zamieszania, zresztą, wiem, ze jak się patrzy komuś na ręce, wszystko może
      dłużej trwać. Ale kiedy tylko mogłam, chciałam byc z nią. Głupie badanie
      laryngologiczne - zglądanie do uszek, gardła i nosa. Chcieli mnie wyprosić -
      głównie pielęgniarka, która towarzyszyła p dr, ale stanowczo powiedziałam, że
      to ja powinnam tzrymać malutką. Przyznam szczerze, że odczułam satysfakcję,
      kiedy dr się na to zgodziła.

      Potem były bezdechy. Malutkie ciałko ( 2190) na heaterze, respirator - właściwie
      cepap, monitorowanie serduszka i saturacji, czujnik temperatury ciała,
      kroplówki, sonda w żołądku. Byłam przy niej niemal non-stop. Szpital na
      Działdowskiej nie jest przystosowany do nocowania rodziców. Miałam krzesło, było
      trochę za niskie, pozwolono mi wziąć od biurka fotel z regulowaną wysokością
      siedzenia. Wiadome i oczywiste było dla mnie, że zostanę na noc, nikt się temu
      nie dziwił. Pielęgniarki proponowały wygodniejszy fotel z korytarza, ale śpiąc w
      nim byłabym zbyt daleko od malutkiej. W zasadzie spałam z głową opartą na
      heaterze i trzymałam ją za łapki. W nocy pielęgniarki uważały, żeby mnie nie
      obudzić, kiedy przychodziły karmić inne dzieci. Jestem im za to bardzo
      wdzięczna. Same zachęcały do zajmowania się nią nawet wtedy, zachęcały do
      karmienia sondą, sama pilnowałam pory podawania leków, podawałam je, mierzyłam
      temperaturę.

      Szpital na Działdowskiej, mimo dobrego zaplecza personalnego, nie jest przyjazny
      rodzicom. Toaleta - piętro niżej, higiena - lepiej nie mówić. a na oddział F
      trafia się kilka dni po porodzie, rozumiecie co chcę powiedzieć. Siedzi się
      całymi dniami na krzesłach, unika się tej toalety, bo ma się wrażenie, że
      przyniesie się na oddział zarazki z całego szpitala. Nocować nie można, no jak
      się rodzice uprą - na krzesłach. Można tak wytrzymać kilka zaledwie nocy. A na
      tym oddziale często dzieci przebywają ok miesiąca. Karmienie - jest ok w
      weekendy, kiedy nikogo nie ma w szpitalu, tylko lekarze dyżurni. w tygodniu od
      8.00 - obchód, a potem do 11 - 12 wszędzie studenci. Potem - ew. rodzice innych
      dzieci. Ja musiałam ściągać pokarm, nie było ustronnego miejsca.
      Bylismy przygotowani na to, by nas przenieść do innego szpitala, żebym mogła być
      z malutka cały czas, zebym mogła tam nocować. Po bezdechach - byłoby to zbyt
      ryzykowne. Byłysmy tam na szczęście tylko 19 dób.

      Dodam jeszcze coś. Moja pierwsza córka urodziła się w 32 tyg ciąży , leżała
      przez ponad 2 tyg w inkubatorze. Ja przez ten cały czas byłam z nią, leżałam
      jako pacjentka i czekałam na dziecko. Owszem było nudnawo, ale spałam wygodnie,
      dostęp do córki miałam praktycznie nieograniczony. A na Działdowskiej
      rozmawiałam z rodzicami małego wcześniaczka z Karowej. On urodził się jeszcze
      wcześniej, też oczywiście inkubator. Mamę, jak tylko poczuła się lepiej ,
      wypisano. Mogła przyjeżdzać do synka. Nie była z Warszawy. Teraz nie trzyma się
      na oddziale matek wcześniaków. Miałam szczęście te 9 lat temu.
      • gajdzia Re: Rodzice w szpitalu 31.03.04, 09:10
        Chciałabym dodać jeszcze jeden drobiazg (choć dla mnie drobiazgiem nie był) -
        skutek takich a nie innych warunków szpitalnych. Pierwszy pobyt córki w
        szpitalu trwał miesiac - miesiąc zycia w warunkach opisywanych przez Agę.
        Skutkiem totalnego wyczerpania (18 godzin po cesarskim cięciu na krześle dzień
        w dzień) straciłam pokarm. Nie mozna było nic na to poradzić - pomagały mi
        panie z Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersia, leczyłam sie
        farmakologicznie by utrzymać laktację. Tłumaczono mi ze mój organizm zrobił się
        po prostu za bardzo wyczerpany. Cały czas załuję, ze tak króciutko mogłam
        karmić córeczkę.
        Późniejsze pobyty w szpitalach były dłuższe i nawet bardziej wyczerpujace. Ale
        o ten pierwszy miesiac mam duze pretensje do ... decydentów Ministerstwa
        Zdrowia.
        • agablues Re: Rodzice w szpitalu 31.03.04, 09:20
          Gajdziu, z tego co wiem, nie Ty jedna straciłaś pokarm ....Niestety. Tam nie ma
          warunków. My byłysmy 19 dób, ale były dwie przepustki. Potem szybko załatwiłam
          sobie laktator elektryczny, udało mi się. Ale innym mamom, które długo miały tam
          dzieci - niestety nie :-((
      • aniaop Re: Rodzice w szpitalu 14.05.04, 18:17
        Na Zelaznej i teraz trzyma sie mame na odziale razem ze wczesniakiem. Wychodza
        dopiero oboje. Kolezanka byla z dzieckiem ponad miesiac.
        • agablues Re: Rodzice w szpitalu 14.05.04, 18:44
          a czy za pieniądze? jesli tak - za ile? +/- oczywiście
          :-)
          • aniaop Re: Rodzice w szpitalu 15.05.04, 09:40
            Za darmo. W normalnej sali oczywiscie, nie jakiejs tam luksusowej.
            Jak malenstwo spalo i kolezanka juz nudzila sie po jakims czasie (wiadomo, ze
            przez pierwsze dni mozne sie w nie wpatrywac godzinami) to z nudow pomagala
            pielegniarkom segregowac srodki opatrunkowe i inne tym podobne rzeczy.
    • unruzanka Re: Rodzice w szpitalu 06.04.04, 23:19
      Ja mam w tym względzie skrajne doświadczenia. Cudowni, wspaniali, wyrozumiali
      lekarze i pielęgniarki w klinice neonatologii i patologii noworodka (na
      wcześniakach po prostu)w IMiDz na Kasprzaka, gdzie moja córeczka leżała przez
      półtora miesiąca. Mogłam być z nią praktycznie cały czas, prawie przy
      wszystkich zabiegach,nikt mnie nie traktował jak intruza. Nie karmiłam piersią -
      rzecz jasna było to i jest dla mnie tragedią - wszyscy współczuli mi i nie
      traktowali mnie jak zbrodniarki, kiedy mała zachorowała na sepsę (jej stan był
      bardzo ciężki) cały personel chodził jak struty, kiedy mała wyzdrowała -
      wszyscy byli autentycznie uszczęśliwieni...
      I drugi obraz - odwrotny na oddziale okulistyki w CZD. Taki znany szpital... I
      to dla dzieci!!! Na przyjęcie na oddział czekaliśmy koszmarnie długo -
      komentarz pielęgniarek - niech dziecko nauczy się, że w życiu na wszystko
      trzeba się naczekać! Dalej: żadna z pielęgniarek nie mówiła o płaczących
      dzieciach inaczej tylko, że WRZESZCZĄ, moja Ola ośmieliła sie płakać kiedy pani
      pielęgniarka wlała jej roztwór soli fizjologicznej pod skórę zamiast do żyły, o
      tym, że zadna z pielegniarek nie potrafiła założyc małej wenflonu juz nie
      wspomnę (pokuły ja strasznie a potem powiedziały, że się nie podejmuja dalszych
      zabiegów i mam sobie z nia robić co chcę). A najlepsze jest to, że dzidzia do
      zabiegu miała byc naczczo przez 6 godzin a była 12! Kiedy z płaczem prosiłam
      jej o nakarmienie jej nikt nie reagował (w końcu cała ta głodówka okazała się
      zupełnie niepotrzebna bo zabieg przełożono). Nie istnieje tam przepływ
      informacji - dzieci leżą po kilka dni bez żadnych badań i zabiegów (kretyńska
      strata pieniędzy!!!, a szpital stoi na skraju bankructwa), często z dalekich
      stron Polski - nikogo nie interesuje, że rodzice tych dzieci muszą płacic za
      hotel i nie pracują w tym czasie co może skutkować utrata pracy i srodków do
      zycia, rodzice NIE SĄ informowani co dzieje się z ich dziećmi, jakie jest
      leczenie, mowy nie ma o asystowaniu przy zabiegach lub obchodach - PRAWDZIWE
      ŚREDNIWIECZE , panie pielegniarki sa śmiertelnie obrazone jeżli rodzic nie
      przebywa z dzieckiem non stop i muszą od czasu do czasu nakarmić dziecko i
      zmienić mu pieluszkę, rodzice przebywaja na salach z dziećmi w tragicznych
      warunkach - nawet nie moga się umyć i po prostu śmierdzą. Pełno paradoksów -
      rodzice powinni przygotowywać jedzenie dla dzieci, ale nie wolno wchodzić im do
      kuchenki, gdzie znajduje się to jedzenie, za przygotowywanie jedzenia
      odpowiedzialna jest pani dietetyczka, która pracuje do 16.00, a potem co???
      gdyby rodzice nie łamali zakazu wstępu do kuchenki dzeici umarłyby z głodu itp.
      Rodzice i pacjenci nie maja możliwości porozmawiać z lekarzem, ponieważ pokoje
      lekarskie (i inne pomieszczenia) są zamknięte na ZAMKI Z KODAMI. PARANOJA!!!!
      Kiedy powiedziałam parę słów o organizacji pracy na oddziale okulistycznym
      pielęgniarki i LEKARZE (a właściwie jedna lekarka) zaczęli zachowywać się po
      chamsku. Swoją drogą smutne, że osoba zaufania publicznego jaką jest lekarz
      może byc tak marnym człowiekiem...
      Jednym słowem pod względem medycznym dobry szpital ale organizacja pracy i
      średni personel (oraz wyjątkowo ta jedna lekarka - wiecie co ją najbardziej
      wkurzyło???!!! powiedziałam, że słyszałam wiele dobrego na temat jej koleżanki
      dr S, która jest świetnym chrurgiem od retinopatii wczesniaczej. Pięknie to o
      niej świadczy, prawda?)poniżej krytyki...
      Pozdrawiam
      Ania i Ola (22.01.2004)
      • mamakaroli Re: Rodzice w szpitalu 13.05.04, 19:44
        Ja też żle wspominam pobyty w CZD.
        Ostatni raz pogotowie zabrało tam córkę 4 lata temu ok 1 w nocy.Powód silny
        atak padaczki z którym nie dawałam sobie rady.Lekarz z pogotowia widząc że
        zastrszyki nie skutkują dziecko sinieje,zdecydował - zabieramy małą do
        szpitala.
        A tam co? Lekarz po prostu chciał mnie wyprosić z gabinetu .Zerknął na małą i
        stwierdził a to epilepsja .Nie spytał nawet jak często ma takie ataki ,jakie
        leki przyjmuje na stałe.Traktował mnie tak jakby mnie tam nie było .Ze
        zdenerwowania i strachu zaczęłam się trząść z zimna.Lekarz popatrzył na mnie i
        jeszcze się spytał czy to ja mam atak czy dziecko ,bo jak ja to nie ten
        szpital. W tym momencie mój Tata ,który był z nami po prostu nie wytrzymał i w
        zasadzie nakrzyczał na niego.Nawet nie wiem co krzyczał ,ale efekt był taki że
        przybiegło jeszcze dwóch lekarzy i dopiero oni zajęli się córką.Musiał głośno
        krzyknąć ten mój ojczulek.
        Atak udało się opanować dopiero po 6 godzinach.W tym czasie dwa razy
        zatrzymywało się jej serduszko.To był koszmar tym bardziej że ten sam lekarz
        warczał na mnie dlaczego od razu nie powiedziałam że córka ma tak silne ataki.A
        on po prostu nie słuchał co się do niego mówiło.
        Spędziłyśmy tam prawie trzy tygodnie .To co tam widziałam nie napawa
        optymizmem.Widziałam rodziców z dzieckiem np.z pod Opola .Przyjechali na jakąś
        wizytę kontrolną.A tu na miejscu okazało się że przyjechali na próżno ,bo
        lekarz od tygodnia jest na zwolnieniu.Wyznaczono im kolejną wizytę i po
        problemie.

    • dzastina2 Re: Rodzice w szpitalu 13.05.04, 17:05
      cześć dziewczyny . ja tez znalazłam się juz parę razy z moimi dziećmi w
      szpitalu . moge powiedzieć że trafiłam na szpital w którym można przebywać z
      dzieciem . jest to szpital Jana Pawła w krakowie i drugi szpital w Chranowie.
      nic nie mam do zarzucenia tam personelowi .
      • amania Re: Rodzice w szpitalu 13.05.04, 21:31
        Marysia spędziła pierwszy miesiąc życia w szpitalu. Najpierw na Polnej (podobno
        najlepiej w Polsce wyposażona Klinika), wspaniale inkubatory, w ogóle potwornie
        drogi sprzęt, piękne kolory na ścianach - cud miód, a przy tym wszystkim twarde
        niewygodne krzesła dla matek, które karmiły tam dzieci, czasem kilka godzin po
        porodzie.
        Lekarze na obchodzie patrzyli na mnie jak na upiedliwą babę z za dużą ilością
        pytań. Uznali nawet, że mną sie trzeba zająć, bo nie wyrabiam psychicznie. Może
        nie wyrabiałam, ale chyba coś czułam, bo moje dziecko 4 dni po wyjściu stamtąd
        (uznano, że jest zdrowa) trafiło do innego szpitala z bilirubiną o wiele
        przekraczającą poziom bezpieczny dla zdrowia (27) i uszkodzoną wątrobą.
    • ali_bey Re: Rodzice w szpitalu 13.05.04, 22:56
      Witajcie.
      Kuba ponad miesiąc lezał w górnośląskim centrum zdrowia dziecka i
      matki.Właściwie to czytając wasze posty odnosze wrażenie,że wszędzie jest tak
      samo.Przy dziecku mogłam być właściwie cały czas, mimo że regulamin pozwalał na
      wizyty od 12 do 20.Pozwolono nam ,a nawet zachęcano do pięlęgnacji
      synka,własnie tam mój mąz pierwszy raz wykapał małego(po usilnych namowach
      pielęgniarki i jednego z ojców chorego dzidziusia).Troche zabawne to
      było.Niestety nie mogliśmy byc przy żadnych zabiegach.Wyjątkiem był pasaz
      górnego odcinka przewodu pokarmowego i usg.Wtedy byłam cały czas przy
      Kubusiu.Najgore było to o czym juz wcześniej wspominałyście.Warunki dla
      matek.Wszystkie po porodach,równiez z komplikacjami,i tylko 2 twarde krzesełka
      na sali.Na cały oddział były tylko 2 laktatory ,kolejka dłuuuga, a i warunki do
      odciagania pokarmu pozostawiały wiele do życzenia.czułam się jak dojna
      krowa...tak przy wszystkich,szczególnie obecność mężczyzn mnie
      krępowała.Teoretycznie był tam pokój matki z dzieckiem ale kolejka była
      strasznie długa(pokój na zapisy) na i koszt :30 zł za dobę.Nie było najgorzej,
      bo mogłam byc cały dzień przy dziecku(często do 24),ale kontakt z lekarzami
      fatalny,właściwie wiekszośc informacji wyciągalismy od pielęgniarek lub
      uchyłkiem podpatrywalismy karty zdrowia,bo rodzicom nie wolno było swobodnie
      do nich zaglądać.Pod koniec pobytu zanikła u mnie laktacja,zupełnie nie
      wiedziałam dlaczego,ale do tej pory mam straszne wyrzuty sumienia,że tak krótko
      karmiłam.
      Na koniec powiem wam pewną ciekawostke:Kubuś jest dwa razy chrzczony.Pierwszy
      raz w klinice ,a drugi raz juz w naszej parafi.
      alicja

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka