anatewka
05.10.04, 23:30
Czasami mysle ze o Stasiu wiedzielismy na dlugo przed jego poczeciem... 5 lat
przed slubem powiedzialam Maciejowi ze czuje ze bede miala kiedys uposledzone
dziecko, wtedy zaczelismy rozmawiac o tym ze chcemy byc razem, ze chcemy sie
pobrac, miec dzieci.Mielismy wtedy po 19 lat.
Stas poczal sie krotko po slubie. Trzy tygodnie wczesniej moja starsza
siostra oznajmila ze jest w ciazy, po trzech tygodniach dolaczyla do nas
druga siostra. Pamietam jaka mialysmy radosc, kiedy opowiadalismy o tym
rodzinie, znajomym. A potem nastal czas snucia planow, porownywania brzuchow,
pierwszych kopniakow, wyczuwania ich u siebie nawzajem.
Moja ciaza byla najbardziej bezproblemowa: nie mialam mdlosci, zadnych
problemow, wspaniale sie czulam. Biegalam do pracy i na uczelnie.
Miesiac przed terminem okazalo sie ze synek odwrocil sie pupa w dol. Od tej
chwili czulam slabsze ruchy. Moj ginekolog tlumaczyl ze to dlatego ze dziecko
w tej pozycji ma mniej miejsca. Dwa tygodnie przed terminem wydawalo mi sie
ze ruchow prawie nie ma. To byl piatek. Rano jeszcze cos poczulam. Caly dzien
czekalam, wsluchiwalam sie, dusilam po brzuchu. Do teraz nie wiem dlaczego
wtedy nie pojechalam do lekarza. Nie dopuszczalam do siebie mysli ze cos moze
byc nie tak, myslalam ze panikuje tylko. Nastepnego dnia bylismy w szpitalu
na szkole rodzenia i po wykladzie powiedzialam lekarce prowadzacej ze ja
prawie nie czuje ruchow. Od razu wzieli mnie na patologie i podlaczyli do
ktg. Kiedy uslyszalam bicie serduszka uspokoilam sie. Przyszedl lekarz
prowadzacy i okazalo sie ze zapis ktg jest nieprawidlowy. Przygotowali mnie
do cc. Na porodowce zapis sie poprawil. Lekarz powiedzial, ze widocznie
zblizal sie porod i dzieciatko sie "przyczailo". Na ciecie jechalam pelna
nadziei ze wszystko bedzie dobrze.
Gdy sie wybudzilam byl przy mnie maz. Powiedzial ze synek wazy 3800g., ze
mial problemy z oddychaniem i z praca serduszka ale teraz jest juz wszystko
dobrze, na serduszku nie ma szmerow. Poszedl do niego na oddzial noworodkowy.
Kiedy przyszedl znowu, powiedzial mi cicho prosto do ucha: "Pamietasz nasza
rozmowe 5 lat temu, o tym ze bedziemy mieli uposledzone dziecko? Nasz synek
ma Zespol Downa ale jest cudowny. Ja nie zapomnialem nigdy o tej rozmowie i
jestem na to gotowy." Ja tez bylam gotowa. Bylismy szczesliwi.
Gdy maz pojechal do domu, przyszla dr neonatolog i powiedziala mi szeptem do
ucha (byla noc), ze stan synka sie pogorszyl. Ze jest pod respiratorem i ze
beda go rano przewozic na Polna, chyba ze stan sie pogorszy to zrobia to w
nocy. Wymoglam na niej ze jesli go beda zabierac, to przywioza go najpierw do
mnie. Cala noc patrzylam na otwarte drzwi i nasluchiwalam czy nie ida. Maz
noc spedzil siedzac przy telefonie. Rano zawiezli mnie do mojego synka. Byl
taki sliczny, moje male cudenko. Byl w inkubatorze i nie wiedzialam wtedy
jeszcze ze do inkubatora mozna wlozyc reke wiec tylko na niego patrzylam.
Zabrali go do innego szpitala i odtad maz jezdzil na zmiane ode mnie do
Stasia. A ja tylko plakalam i modlilam sie aby zyl. Raz Maciej "przywiozl" mi
na swoich dloniach zapach Stasia...
Okazalo sie ze nasz synek ma bardzo powazna wade serca- nie ma
wyksztalconych przedsionkow i komor, serce jest jedna komora. Do tego doszlo
zapalenie pluc ktore uniemozliwialo zabieg. Z kolei wada serca utrudniala
leczenie zapalenia pluc.
Po 5 dniach wyszlam ze szpitala i od razu pojechalismy do Stasia. Byl taki
biedny, pokluty, posiniaczony.
Moglam go w koncu dotykac, glaskac, spiewac mu kolysanki. Jezdzilismy do
Stasia dwa razy dziennie. Bylam u niego tylko 9 razy. Tylko raz mial otwarte
oczka, takie sliczne, troche nieobecne. Tak slodko ssal rurke ktora mial w
buzce. Mial czarne wloski. Podnosilam jego raczke, zeby poczuc jej ciezar,
zeby sie przekonac ze on na pewno jest, sam dotyk juz mi nie wystarczal.
W niedziele lekarze powiedzieli ze jest minimalna poprawa, ze zaczal w koncu
siusiac. To niewiele, ale cos drgnelo. Nastepnego dnia chcielismy STasiowi
zrobic zdjecia ale nie zdazylismy kupic baterii do aparatu. Bylismy u niego
do 19-stej. Jeszcze zaspiewalam mu kolysanke, poglaskalismy go i pojechalismy
do domu. 20 minut pozniej zatrzymala sie akcja serca. Reanimacja nie udala
sie.
Stas, nasz kochany pierworodny synek. Bardzo za nim tesknimy i bardzo go
kochamy. Wiemy ze musimy tak zyc aby spotkac sie z nim w Niebie.