alana5
18.11.04, 19:02
Nigdy nie odważyłam się opisać tu naszej historii. Ale dzięki zorce nareszcie
to zrobiłam. Dzięki Agnieszko.
W marcu 2002 roku wyszłam za mąż. Ciążę zaplanowaliśmy na
październik. W czerwcu jednak pokusa okazała się zbyt wielka, no i mój
małżonek się zgodził. Medycznie też nie było żadnych przeciwskazań. 9 czerwca
dokonaliśmy cudu. Nie wierzyliśmy, że udało się za pierwszym razem, a jednak.
Pod koniec czerwca test to potwierdził - mam go do dziś.
W 12 tygodniu zrobiliśmy pierwsze USG. Lekarz dokładnie obejrzał
fasolkę i oznajmił, że wszystko gra. Pod koniec czwartego tygodnia czułam w
brzuchu bąbelki i chociaż wszyscy twierdzili, że to niemożliwe, Aruś kładł
rękę na moim brzuchu i delektował się plumkaniem naszego Bączka. W 22
tygodniu zrobiliśmy kolejne USG. Dowiedzieliśmy się, że to będzie dziewczynka
i to bardzo duża: już waży 900 gramów! Podkreślił, że dziecko rozwija się
bardzo dobrze, bo inaczej wysłałby mnie na badania specjalistyczne. Od tego
dnia bajki czytaliśmy już Hani. Teoretycznie byliśmy spokojni, ale
postanowiłam, że już czas zamienić przychodnię studencką na szpital
położniczy. Więc w 24 tygodniu ponownie robiliśmy USG. Lekarz potwierdził, że
nasze dziecko jest dziewczynką i że już ustawiło się główką w dół. Grzecznie
robiłam badania, odpoczywałam. I powoli szykowałam się do porodu. Zaczęliśmy
uczęszczać na szkołę rodzenia. Na kolejnym USG w 32 tygodniu okazało się, że
mój Bączek nie urósł już tak znacznie, do tego obwód głowy jest dużo większy
od brzuszka. Pani doktor, specjalnie zatrudniona do wykonywania USG,
stwierdziła, że pewnie "taka okrągła główka będzie". Na wagę nie zareagowała.
Termin porodu miałam wyznaczony na 03.03.03. Piękna data. Od początku lutego
miałam już problemy z chodzeniem, tak bardzo bolał mnie pęcherz. W tym samym
czasie, mój lekarz prowadzący wziął urlop w szpitalu i upewniłam się, że nie
będę tam rodzić. Gdy przeszedł termin porodu, nadal byłam spokojna, ale było
mi już tak ciężko i byłam zmęczona. Sapałam jak słoń, Arek sznurował mi buty.
Tydzień po terminie zostałam już zatrzymana w wybranym do porodu szpitalu i
trafiłam na patologię. We wtorek miałam test z oksytocyny, który zakończył
się fiaskiem. W czwartek wpadłam w histerię. Dopóki nie przyszedł Arek,
myślałam, że umrę z rozpaczy. Uspokoiłam się. Na oddziale popsuło się USG. 17
marca przywitaliśmy na świecie Czarka. Ze stołu obserwowałam jak krąg osób
otacza mój skarb. Nie oddychał, ale po kilku zabiegach usłyszałam
cichą "kózkę". Widziałam już czarne mokre włosy i jąderka (?!). Tylko pomoc
anestezjologiczna, potwierdziła moje przypuszczenia, że to chłopiec. Potem
pediatra podeszła do mnie, powiedziała "punkty 6, potem 8, mama buzi i do
zobaczenia". Przyłożyła go do mojej buzi, pocałowałam go i się rozpłakałam.
Potarła jego policzek o mój, za to będę jej wdzięczna do końca życia. Wiem,
że potem wyniosła Bączka i rozwinęła dla Arusia, aby mu pokazać, że to
chłopiec. Był zaskoczony tak jak ja. Straciliśmy naszą Hanię, gdzieś się
zapodziała. Ale mieliśmy Syna.
Cesarkę miałam koło 20, więc noc przeleżałam, nie mogłam spać. O 12
pozwolono mi wstać. Ale szybciej niż wstałam, zrobiłam się zielona i siostra
popchnęła mnie z powrotem na łóżko. Dopiero za jakiś czas przyszedł Aruś i
pomógł mi się podnieść. Potem już wszyscy byli bardzo mili. Trafiłam do sali
na oddziale toksycznym, a za ścianą był mój Syn. Zawsze słyszałam, gdy
zaczynał płakać. Najpierw był karmiony sondą, ale gdy pielęgniarki zobaczyły
jak przez pół godziny stoję nad inkubatorem, aby nakarmić go butelką, też się
postarały. Ściskałam do bólu swoje piersi, aby dać Małemu 10 ml mleczka.
Wtedy już był Czarusiem, bo Aruś zgodził się na rezygnację z Huberta, w
nagrodę za moje cierpienie. Patrzyłam z zazdrością jak pielęgniarka kąpie
mojego syna, my mogliśmy dotykać go w inkubatorze. Wtedy już wiedzieliśmy, że
ma zapalenie płuc i okropną infekcję, całe ciałko pokrywały pęcherze. Zaczęły
się poważniejsze problemy. Ucieszyła mnie wiadomość, że Czaruś trafi w piątek
do Centrum Zdrowia Dziecka. Przecież to najlepszy szpital w Polsce. Oddział
noworodkowy okazał się miejscem przytulnym, a personel miły. Od poniedziałku
zaczęły się schodki. Dwa konsylia, które nie dawały szans naszemu Maluszkowi.
Tylko ordynator nefrologii był w stanie mówić, a lekarz prowadząca położyć mi
rękę na ramieniu w geście wsparcia. Nigdy nie padły słowa: śmierć, umrze.
Byliśmy skołowani. Lekarz prowadząca, ordynator noworodków, nefrologii,
urolog, neurolog, nikt nie umiał nam powiedzieć prosto i zrozumiale co nas
czeka. Po kilku tygodniach okrutnych badań udało się poprawić wyniki poprzez
wyprowadzenie odpływu moczu bezpośrednio z pęcherza przez brzuszek. W
szpitalu spędziliśmy Wielkanoc, a we wtorek usłyszeliśmy, że mamy się zbierać
do domu. Byłam tak szczęśliwa, że nic już nie miało znaczenia. Mogliśmy iść
do domku!
Było pięknie, bo w domu. W maju wyszliśmy na spacer. Ale tak na
prawdę nie było dobrze. Czarek dużo płakał, nie mógł jeść. Miał tak ogromną
przepuklinę pachwinową, że przy każdym oddechu zanosił się od bólu. Dwa razy
trafiliśmy do szpitala na odprowadzenie, bo ja nie dałam rady. Gdy
pojechaliśmy na wizytę do nefrologa, dowiedziałam się, że Czarek ma
morfologię 7,8. Pani doktor z noworodków powiedziała, że Bączek jest tak
przyzwyczajony do złych wyników, że nawet tego po nim nie widać. Przyjęto nas
na urologie. Czarek dostał krew. Może wtedy zaraził się cytomegalią? W
czwartek był operowany. Uśmiechnięta pani doktor spodziewała się
kosmetycznego zabiegu. Po pięciu godzinach była zmęczona wycinaniem zrostów.
Czarek też. Widziałam jak po operacji oddycha coraz gorzej. Szybko
przeniesiono nas na oddział niemowlęcy, prześwietlenie wykazało zapalenie
płuc. Pod budką tlenową z zawieszonym lodem, Czarek walczył z chorobą. Kiedy
już był prawie zdrowy, przywieziono na oddział dziecko z pneumocystozą.
Wystarczyło kilka godzin i zakażenie rozwinęło się w płucach Synka bardzo
silnie. Bączek dostał leki toksyczne na nerki, nie pomogły. Więc jeszcze
silniejsze. Rehabilitantka z neurologii oklepywała go codziennie i masowała
mu klatkę piersiową, zaniedbując własne obowiązki. Ja powtarzałam ten rytuał
jeszcze kilka razy dziennie. Zmusiłyśmy go do wyplucia tego okropnego
zakażenia. Przy okazji miał złamane żebro, co zauważyliśmy po długim czasie.
Musiał strasznie cierpieć. W sobotę był chrzest w szpitalnej sali. Ja
płakałam całą uroczystość, a Czaruś nareszcie przestał płakać. Tylko bardzo
ciężko oddychał i patrzył na księdza. Gdy się wcześniej spowiadałam
usłyszałam od księdza: "jak trwoga to do Boga". Może i tak, ale w
poniedziałek na prześwietleniu nie było śladu po zakażeniu. Potem było
jeszcze jedno zapalenie płuc i tak spędziliśmy tam trzy miesiące. Ja spałam
na podłodze pod łóżeczkiem. W dzień zabawiałam Czarka i czekałam na wizytę
Arusia. Często o północy po karmieniu wsiadałam w samochód i pędziłam do
domu. Mój rekord: 20 km w 16 min. Mogłam się wykąpać, coś zjeść i zazwyczaj
zasypiałam. Aruś budził mnie po 20 min i wracałam do Synka. Karmiłam go i
kładłam się spać pod łóżeczko. Po jakimś czasie pielęgniarki przestały mnie
budzić przed 8, a robiły to dopiero gdy szedł obchód lekarski. To był mój
dom. Czasem w weekend na noc zostawał Arek. Czułam się w domu strasznie
samotna, ale byłam tak zmęczona, że zasypiałam we łzach. Często zostawała też
za mnie teściowa. Czarek już do końca życia ją ubóstwiał. Mogliśmy pobyć z
mężem. Krótkie chwile wyrwane w tym wariactwie. W międzyczasie wzięliśmy ślub
kościelny. Nic nie pamiętam, dobrze, że mam zdjęcia i kasetę. Jak powiedziała
pani doktor: " dobrze żyć w zgodzie z panem B."
Wyszliśmy do domu w sierpniu, pod opiekę hospicjum. Ach, przez jakiś czas
było dobrze. Kochana pielęgniarka, ksiądz, przywiezione leki i transport na
badania. Dowiedzieliśmy się, że Czaruś ma zmiany w