Dodaj do ulubionych

DOBRY DOKTORAT

28.07.07, 17:09
to niestety raczej rzadkosc w naszych polskich warunkach polskich nawet na
najbardziej renomowanych uczelniach warszawskich. Wiekszosc doktoratow jest
niestety przecietna i w zasadzie nie wnosi nic wiekszego do nauki lub jest
kontynuacja badan jakis Amerykanów. W Polsce nie tworzy sie nowych
innowacyjnych rzeczy takze polskie doktoraty nie wplywaja prawie w ogole na
postep w nauce swiatowej, a to dlatego ze mamy raczej kiepskich w Polsce
profesorow, ktorzy tak naprawde nie potrafia nic nowego wymyslic, a te
wszystkie granty to zwykle wyciaganie pieniedzy z kieszeni nas wszystkich na
badania, ktore nikomu nie sa na ogol potrzebne. Wyjatki sie zdarzaja
Obserwuj wątek
    • niewyspany77 Re: DOBRY DOKTORAT 28.07.07, 17:23
      dominikawajs napisała:

      > to niestety raczej rzadkosc w naszych polskich warunkach polskich nawet na
      > najbardziej renomowanych uczelniach warszawskich.

      Znaczy sie uczelnie krakowskie sa mniej renomowane? Moze kolezanka zapoda jakies
      zrodla informacji i metodologie "renomowosci"?

      > Wiekszosc doktoratow jest
      > niestety przecietna i w zasadzie nie wnosi nic wiekszego do nauki lub jest
      > kontynuacja badan jakis Amerykanów.

      OK, ale to znaczy ze calosc minus wiekszosc rowne iles tam % powyzej
      przecietnej. Tyle ze narzekac latwiej.

      > W Polsce nie tworzy sie nowych
      > innowacyjnych rzeczy takze polskie doktoraty nie wplywaja prawie w ogole na
      > postep w nauce swiatowej,

      To ze doktorat ma wniesc cos do nauki, nie znaczy ze ma byc to od razu cos o
      czym przeczytasz w Science, Lancet czy Nature. Co nie znaczy ze pisze sie same
      bzdety.

      > a to dlatego ze mamy raczej kiepskich w Polsce
      > profesorow, ktorzy tak naprawde nie potrafia nic nowego wymyslic,

      Czekaj, o jak to jest, doktoraty sa zle bo sa marne (lub sa kopia Amerykanow)
      czy doktoraty sa zle bo profesura nic nie wymysla?

      > a te
      > wszystkie granty to zwykle wyciaganie pieniedzy z kieszeni nas wszystkich na
      > badania, ktore nikomu nie sa na ogol potrzebne.

      No, teraz to zgoda.

      > Wyjatki sie zdarzaja

      Ciesze sie ze podkreslasz, iz mimo tylu przeciwienstw, jestesmy w stanie cos zrobic.
      • flamengista narzekanie dla narzekania 28.07.07, 18:02
        Rozumiem, że ktoś ma zły humor. Wakacyjna chandra?

        1. Śmieszy mnie ta warszawskocentryczność, jeśli chodzi o naukę polską. Bo
        niestety nie ma ona wiele wspólnego z rzeczywistością. Najlepsza uczelnia
        techniczna w Polsce to ponoć AGH. Jeśli chodzi o ekonomię Poznań jest bardzo
        mocny, a uwzględniając rankingi KBN-owskie najbardziej efektywną jednostką
        naukową jest Wydział Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych AE Kraków. Na drugim
        dopiero miejscu Kolegium GŚ SGH. Nie wiem, jak w innych dyscyplinach, ale wcale
        UJ i UW nie są pępkiem świata. Szczególnie, że pracownicy z tych uczelni w
        największym stopniu zachorowali na wieloetatowość, co oznacza marazm naukowy.

        2. Prawda jest taka, że jesteśmy słabi ale takie posypywanie głowy popiołem dla
        własnej, masochistycznej przyjemności jest głupie. Moim zdaniem postęp jest,
        choć powolny.

        3. Kontynuacja "badań jakiś Amerykanów" - lol. Tak się składa, że cały świat
        naukowy patrzy się na to, co się robi w USA - niekoniecznie w wykonaniu
        naukowców amerykańskich, a osób tam pracujących. Gdyby jeszcze większość naszych
        ośrodków była w stanie kontynuować i twórczo rozwijać to, co się robi na
        najlepszych uczelniach amerykańskich (szczególnie w naukach społecznych) - to
        nie było by wcale źle. Problem w tym, że dla wielu profesorów ekonomii zawartość
        AER czy innego journala z LF to zupełny kosmos, nie potrafią zrozumieć jego
        zawartości.

        4. Często łatwo się krytykuje (sam miałem taki okres krytykanctwa - chyba rok
        temu), ale zupełnie zapomina się:
        - o tym, że przez pół wieku, kiedy świat szedł do przodu nauki społeczne były w
        Polsce właściwie niszczone (ekonomia najbardziej);
        - o tym, że system nauki polskiej wywodzi się z czasó PRL-u z wszystkimi tego
        negatywnymi konsekwencjami;
        - o tym, że pieniądze na naukę polską są śmiesznie małe, więc nie ma co
        oczekiwać cudów.
        • niewyspany77 Re: narzekanie dla narzekania 29.07.07, 02:17
          flamengista napisał:

          > 3. Kontynuacja "badań jakiś Amerykanów" - lol. Tak się składa, że cały świat
          > naukowy patrzy się na to, co się robi w USA - niekoniecznie w wykonaniu
          > naukowców amerykańskich, a osób tam pracujących. Gdyby jeszcze większość naszyc
          > h
          > ośrodków była w stanie kontynuować i twórczo rozwijać to, co się robi na
          > najlepszych uczelniach amerykańskich (szczególnie w naukach społecznych) - to
          > nie było by wcale źle.

          > - o tym, że pieniądze na naukę polską są śmiesznie małe, więc nie ma co
          > oczekiwać cudów.

          O popatrz, o ile pompowanie kasy w laboratoria to warunek konieczny do postepu w
          tych naukach, ktore z labow korzystaja, to jakos nie widac, bysmy byli potegami
          w filozofii, lingwistyce czy pedagogice etece. Wyobraz sobie teraz, ze pieniadze
          sa nieco wieksze, ze naukowcy zarabiaja 2x wiecej niz teraz i maja 2x lepsze
          warunki. Czy poprawi sie jakosc "nauki polskiej" zaryzykuje ze tak, ale nie 2x
          moze w 1/20. Wydaje mi sie ze przyczyn takiego a nie innego postrzegania "nauki
          polskiej" trzeba szukac nie w kasie na nauke tylko w mentalnosci "polskiego
          cwaniaczka". Sam wyzej napisales, ze UJ i UW przoduja w wieloetatowosci, a to
          jest czyste odcinanie kuponow od pozycji. Wieksze pensje wcale nie zmotywuja do
          rzucania extra-posadek predzej umocnia determinacje do ich utrzymania.
          • gagolek Re: narzekanie dla narzekania 29.07.07, 04:24
            to co przeszkadza to chow wsobny. Zbyt czesto zdarza sie sytuacja, ze czlowiek
            w tym samym miejscu robii magisterium, doktorat i habilitacje.
            Znacznie lepiej wyglada sytuacja w danej dziedzinie i na danej uczelni, jesli
            jest zwyczaj robienia chociazby stazy podoktorskich.
            Nikt nie ma niestety odwagi wprowadzic zmian wymuszajacych rotacje kadry, a
            przeciez Polska duza i m na tyle duzo osordkow naukowch, ze nie powinno byc
            prpblemu!!! Wiadomo, ze jesli po doktoracie absolutnie nikt nie masz szans
            zostac w danym miejscu, wymusza to konkurencje.
            • profes0r Re: narzekanie dla narzekania 29.07.07, 11:57
              Niestety rzeczywistość nie wygląda tak kolorowo. Bez uogólniania, w mojej
              specjalności mój ośrodek jest absolutnie jedynym w Polsce - koniec. W mojej
              dziedzinie liczy się jeszcze jeden, może dwa - oba w szponach 8-) jednego,
              konkretnego modelu teoretycznego, a więc również z bardzo konkretną polityką
              kadrową. Bardzo mi przykro, ale nie mogę mówić moim doktorantom, że dla walki z
              "chowem wsobnym" muszą przenieść się do ośrodka, który nie pozwoli im rozwijać
              się naukowo. Nie zdziwiłbym się, gdyby w innych mniej popularnych dziedzinach
              było podobnie.
              • flamengista a propos chowu wsbobnego 29.07.07, 20:57
                Nie lubię tego typu argumentów: "niech odważni zrezygnują z zatrudniania
                własnych absolwentów, to sytuacja się poprawi". Dokładnie jak z pomysłem
                Gilowskiej, by odebrać ulgi, to zmniejszy się patologię. Myślenie życzeniowe nie
                mające żadnego oparcia w rzeczywistości

                Dlaczego jest to bez sensu:

                1. Załóżmy, że moja uczelnia rezygnuje z "chowu wsobnego" i zatrudnia ludzi z
                zewnątrz (już w zasadzie tak robi, ale to ok 30% nowoprzyjętych). Wyjątkową
                naiwnością było by sądzić, że inne uczelnie postąpią podobnie. W rezultacie
                wyjdziemy na frajerów, do których przyjdą w większości słabsi pracownicy z
                innych ośrodków lub ci, co nie mieli pleców by tam się załapać na posadkę. Jak
                to miało by się przełożyć na podniesienie poziomu, to ja nie wiem - szczególnie
                że obok mojej alma mater zaledwie 2-3 w Polsce prezentują podobny poziom w ekonomii.

                2. Podstawową barierą w mobilności są pensje. Naukowcy bardzo chętnie przenieśli
                by się do lepszego ośrodka, a nawet do trochę słabszego - jeśli odpowiednio się
                im zapłaci. Ale pensje muszą być na tyle wysokie, by zwykły adiunkt mógł się
                spokojnie utrzymać i wynająć skromne mieszkanie (nie zapominajmy też o jego/jej
                rodzinie, w tym i współmałżonku). To jest tylko kwestia wynagrodzeń. Jeśli SGH
                mi zaoferuje 5 tysięcy na rękę po doktoracie, w ogóle się nie waham i przenoszę
                się do Warszawy. Bo wystarcza to na w miarę sensowne, skromne życie w stolicy i
                szansę rozwoju. Problem w tym, że gdyby jakimś cudem oferowano mi tą posadę, to
                za 2,5 tys. na rękę w najlepszym wypadku.

                Mobilność naukowców w Polsce jest już faktem, jeśli pokona się przeszkody
                wymienione w punkcie 2. W Krakowie powszechnie znany jest przypadek Pewnej
                Uczelni państwowej, która by uruchomić tam nowy, popularny kierunek musiała
                sprowadzić samodzielnych. By skłonić do przyjścia prof. X, kupiono tej osobie...
                mieszkanie. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem i moim zdaniem zarówno uczelnia
                jak i prof. X postąpili bardzo słusznie. Pracownik, bo się cenił. Uczelnia, bo
                znała wartość X, uznanego autorytetu w swojej dziedzinie.
                • kas.ia Re: a propos chowu wsbobnego 02.08.07, 00:21
                  tak poza tematem, w jaki sposób uczelnia mogła kupic mieszkanie profesorowi? Bo
                  wydaje mi sie to prawnie niemozliwe.
                  • flamengista Re: a propos chowu wsbobnego 09.08.07, 00:19
                    Jak?

                    No normalnie. Pewnie nie uczelnia kupiła, a jakaś fundacja wspierająca uczelnię.
                    Zazwyczaj tak się to robi.

                    Ja w każdym razie nie widzę w tym nic zdrożnego.
                    • niewyspany77 Re: a propos chowu wsbobnego 09.08.07, 01:11
                      Tu chyba jest cos na ksztalt "mieszkania sluzobwego". Co do zdroznosci - to moim
                      zdaniem kwestia tych idiotycznych widelek. Skoro typowa firma daje oprocz pensji
                      mniejszy lub wiekszy pakiet bonusow to tym bardziej dla cennego naukowca. W
                      koncu jakas zmiana na lepsze.
                      • flamengista oczywiście 09.08.07, 09:04
                        Szczególnie że bez tego profesora nie uruchomili by nowego kierunku, obecnie
                        najbardziej obleganego przez kandydatów. I nie mogli by się starać o status
                        uniwersytecki.

                        Korzyści były więc o wiele większe, niż koszty które musieli ponieść.

                        Szkoda tylko, że uczelniom robi się takie problemy administracyjne przy bonusach
                        w wynagrodzeniu - o czym wspomniała Koleżanka. Przecież można by częściej
                        zatrudniać porządnych profesorów z Zachodu, oczywiście na semestr jako visiting
                        professor.
                        • niewyspany77 Re: oczywiście 09.08.07, 15:08
                          flamengista napisał:

                          > Szkoda tylko, że uczelniom robi się takie problemy administracyjne przy bonusac
                          > h
                          > w wynagrodzeniu - o czym wspomniała Koleżanka. Przecież można by częściej
                          > zatrudniać porządnych profesorów z Zachodu, oczywiście na semestr jako visiting
                          > professor.

                          Sluchaj ja mysle ze to nie do konca tak ze uczelniom sie robi problem. Mysle ze
                          to bardziej sami zainteresowani robia sobie problem. Na poczatku mysle ze
                          potrzeba jakiegos sensownego systemu _adekwatnych_ wynagrodzen, nie tam zadne
                          widelki tylko realna ocena jakosci pracy. to znaczy:
                          a. jesli np. doktor nie robi nic poza uczeniem, to dlaczego ma zarabiac 2x
                          wiecej niz nauczyielka w szkole?
                          b. jesli pracodawca, panstwowy czy prywatny, jest zainteresowany placeniem "jak
                          najmniej", niezaleznie od jakosci (patrz punkt a) to dlaczego widelki sa jakie sa?
                          c. jesli doktorant ma robic robote doktora, doktor robote doktora
                          habilitowanego, a habilitowani maja kosic mase kasy tylko z faktu posiadania
                          habilitacji, to zatrudnianie wykladowcow z zachodu jest przerostem formy nad
                          trescia i bedzie kolejnym tematem polish jokes na zachodzie.

                          Poza tym uwazam ze ilosc doktorantow w tym kraju jest - jakby to powiedziec - z
                          leksza przesadzona. Coz, ja to widze jako efekt pedu do "rozwoju, ekspansji,
                          podbijania nowych rynkow" etc marketingowego belkotu.

                          To takie moje 5 gr.
                          • flamengista Re: oczywiście 09.08.07, 22:56
                            1. "realna ocena jakości pracy" - pięknie napisane, ale jak to zrobić? U nas
                            ostatnio wyniki 4-letniej oceny były BARDZO surowe. Sam dostałem pozytywną, ale
                            bez rewelacji - z 80% pracowników zostało ocenionych negatywnie. Gdyby jeszcze
                            ta ocena była sprawiedliwa. Jako początkujący asystent po 3-letnim stażu pracy
                            miałem 12 recenzowanych publikacji, w tym 2 zagraniczne, 2 na dawnej liście A -
                            w skali 1-5 dostałem 3. Ciekawe ile trzeba było napisać, by dostać 5. Ale to
                            taka mała dygresja...

                            2. "jeśli np. doktor nie robi nic poza uczeniem, to dlaczego ma zarabiać 2x
                            więcej niż nauczycielka w szkole?" - piękne pytanie. Odpowiedź: bo na uczelni
                            pracuje od zawsze, ma mnóstwo znajomych i krewnych. Nasz Rektor ruszył starszych
                            wykładowców, podnosząc im znacząco pensum - zrobiło się piekło.

                            Osobnym problemem, który teraz nas dotknie będą wieczni doktorzy, którzy po 1989
                            rzucili pracę naukową, rozmieniając się na drobne na 3-4 etatach w prywatnych
                            szkołach wyższych. Na habilitację szans nie mają, w ogóle na jakikolwiek rozwój
                            naukowy. Oczywiście w teorii należało by ich zwolnić, robiąc miejsce
                            młodym-zdolnym, ale patrz pkt.2.

                            3. "zatrudnianie wykładowców z Zachodu jest przerostem formy nad
                            treścią i będzie kolejnym tematem polish jokes na zachodzie"
                            Ale ja nie mam na myśli ośrodków typu AŚ czy UZ, ale uznane firmy. UW czy UJ już
                            tak robią, choć na zbyt małą skalę by robiło to na kimkolwiek wrażenie. Chodzi o
                            to, by studenci mieli szansę posłuchać wybitnego fachowca, a młodzi naukowcy też
                            na tym skorzystają.

                            4. Liczba doktorantów jest przesadzona, to fakt. Ale:
                            a) nie wszyscy doktoranci ten doktorat napiszą;
                            b) nie wszyscy doktorzy muszą pracować w nauce
                            c) jedynie można się martwić, że część zdolnych przez nieefektywność systemu
                            nauki polskiej miejsc pracy w nauce, mimo wysokich kwalifikacji nie znajdzie,
                            trafią tam za to ci "ustawieni".
                            • niewyspany77 Re: oczywiście 09.08.07, 23:35
                              flamengista napisał:

                              > 1. "realna ocena jakości pracy" - pięknie napisane, ale jak to zrobić? U nas
                              > ostatnio wyniki 4-letniej oceny były BARDZO surowe. Sam dostałem pozytywną, ale
                              > bez rewelacji - z 80% pracowników zostało ocenionych negatywnie. Gdyby jeszcze
                              > ta ocena była sprawiedliwa. Jako początkujący asystent po 3-letnim stażu pracy
                              > miałem 12 recenzowanych publikacji, w tym 2 zagraniczne, 2 na dawnej liście A -
                              > w skali 1-5 dostałem 3. Ciekawe ile trzeba było napisać, by dostać 5. Ale to
                              > taka mała dygresja...

                              ja w ciagu 3 splodzilem 8 publikacji, z czego 2 konferencyjne. Periodykow do
                              ktorych pisalem nie ma na liscie ani A ani B ani zadnej innej, m.in. dlatego ze
                              wtedy nie wiedzialem o tych listach ani o co z nimi chodzi. Z drugiej strony -
                              teraz juz wiem, ale mimo wszystko tym czym sie zajmuje - na liscie B jest jedno
                              (na A zero) i jedno na LF, choc naginajac temat "pod katem" moznaby dodac
                              jeszcze dwa. Ale - nie o to chodzi. Problem polega na tym, ze tam gdzie
                              publikowalem publikuja ludzie ktorzy zajmuja sie podobna problematyka do mojej.
                              Wiec jak - zbieramy punkciki w pismach ktore nikt nie czyta czy walimy punkciki
                              i docieramy do zainteresowanych?

                              Dalej: sa dobrzy dydaktycy, sa dobrzy praktycy. Nie widze powodu by dawac po
                              tylku komus, kto nie publikuje, ale umie dotrzec do ludzi. Problem wielu
                              naukowcow jest taki, ze robia dobrze nauke ale nie bardzo umieja ja przekazac.
                              Uczelnie, szczegolnie humanistyczne, to teraz zwykle "ksztalcalnie", gdzie nauka
                              jest badziej dla pozoru i pokaz niz w tym czym powinna.

                              Nie da sie do jednego wora wrzucac uczenia i nauki, szczegolnie na masowke, i
                              "adekwatnej oceny". Rownie dobrze mozemy punktowo oceniac kota i psa, i udawac
                              ze sie nie roznia.


                              > 3. "zatrudnianie wykładowców z Zachodu jest przerostem formy nad
                              > treścią i będzie kolejnym tematem polish jokes na zachodzie"
                              > Ale ja nie mam na myśli ośrodków typu AŚ czy UZ, ale uznane firmy. UW czy UJ ju
                              > ż
                              > tak robią, choć na zbyt małą skalę by robiło to na kimkolwiek wrażenie. Chodzi
                              > o
                              > to, by studenci mieli szansę posłuchać wybitnego fachowca, a młodzi naukowcy te
                              > ż
                              > na tym skorzystają.

                              Wiesz kiedys myslalem ze UJ czy UW to dobre marki i dobre firmy, teraz z
                              obserwacji, poglosek i tego co czytam, ja mysle ze nie ma znaczenia czy UJ czy
                              UW czy AR, czy UZ. Wiesz, niespecjalnie widze roznice, szczegolnie w
                              humanistyce. Nie wiem moze sie myle, chetnie poslucham argumentow, co takiego
                              sexy ma w sobie UW czy UJ ze AR i UZ sie chowa. Moim zdaniem nic, poza tzw
                              "renoma". Tyle ze ta renoma to 3 setka na swiecie.

                              > 4. Liczba doktorantów jest przesadzona, to fakt. Ale:
                              > a) nie wszyscy doktoranci ten doktorat napiszą;
                              > b) nie wszyscy doktorzy muszą pracować w nauce
                              > c) jedynie można się martwić, że część zdolnych przez nieefektywność systemu
                              > nauki polskiej miejsc pracy w nauce, mimo wysokich kwalifikacji nie znajdzie,
                              > trafią tam za to ci "ustawieni".

                              Swinto prawda, tyle ze masa jest zwyczajnie oklamywana, ze praca na uczelni
                              bedzie. I mysle ze gdyby byl jasny komunikat, ze pracy nie bedzie, to chetnych
                              byloby zdecydowanie mniej. No ale wtedy nie mialby kto robic murzynskiej roboty.
                              • flamengista Re: oczywiście 10.08.07, 10:04
                                1. To fakt, jest problem z czasopismami z "humanistyki czystej", czyli np.
                                pedagogiki, historii czy filologii. Ojciec narzeka, że w jego dyscyplinie jest
                                JEDNO czasopismo na LF. W takiej sytuacji oczywiście liczą się czasopisma uznane
                                w twoim środowisku. Chodzi bowiem o to, by być znanym w obrębie grupy, która
                                zajmuje się podobną tematyką.
                                BTW 8 publikacji w 3 lata to jak na doktoranta świetny wynik. Gratuluję.

                                2. Dobrze zauważyłeś - są świetni dydaktycy i praktycy, którzy niekoniecznie
                                muszą robić kolejne stopnie naukowe. Mam taką koleżankę, ma super zajęcia i
                                oceniana jest przez studentów bardzo wysoko. Jest wykładowcą i nie musi robić
                                doktoratu, z resztą sama twierdzi że za bardzo go nie potrzebuje.

                                I dobrze. Ale chodzi o sprawiedliwy podział obowiązków. Jeśli jesteś tylko
                                dydaktykiem, to musisz mieć więcej godzin niż pracownik naukowo-dydaktyczny. Na
                                konferencje naukowe jeździsz z własnych pieniędzy, jeśli chcesz. Rozliczany
                                bowiem jesteś z zajęć i ich poziomu, a nie kolejnych artykułów i wystąpień.
                                Problem w tym, że nie wszystkim się to podoba. No i na uczelniach pokutuje
                                myślenie, że kariera od magistra do profesora belwederskiego jest dla
                                wszystkich. Mimo, że fakty mówią inaczej, a nowa ustawa o szkolnictwie wyższym
                                daje dużo większe możliwości w zatrudnianiu dydaktyków.

                                3. Są uczelnie de facto tylko dydaktyczne. I dobrze, tylko wypadało by
                                usankcjonować ten stan faktyczny. Czyli wymagać od nich tylko dobrego poziomu
                                nauczania, tnąc środki na badania naukowe do minimum. W USA taki podział jest
                                bardzo czytelny i nikt nie ma o to pretensji.

                                4. Oczywiście UW i UJ obniżyły loty, ale nadal pracują tam wybitni naukowcy, dla
                                których praca jest powołaniem i przyjemnością, którzy chcą się swoją wiedzą
                                dzielić z innymi i którzy w swojej dziedzinie łapią kontakt ze światową
                                czołówką. W innych uczelniach takich ludzi jest jak na lekarstwo.

                                5. O systemie studiów doktoranckich pisałem wielokrotnie, jest to zwykły wyzysk.
                                Ale ludzie lubią się dać okłamywać i mamić mglistą przyszłością. Taki mały
                                przykład z życia wzięty:

                                Kiedyś zaprosił mnie na rozmowę - jako studenta jeszcze - jeden wybitny
                                profesor, który zaoferował mi po studiach pracę. Twierdził, że tworzy nowy
                                instytut i potrzebuje ekonomistów. Po zrobieniu dyplomu poszedłem do niego na
                                kolejną rozmowę i zaproponował mi pracę, ale... po zrobieniu doktoratu. I nawet
                                nie oferował stypendium doktoranckiego. Grzecznie podziękowałem i znalazłem
                                pracę na macierzystej uczelni. No ale moi koledzy z roku wylądowali ostatecznie
                                u niego jako studenci studiów doktoranckich i robią zajęcia niemal za darmo. W
                                nadziei, że potem dostaną pracę. Albo i nie. Przy czym to nie byli kretyni,
                                tylko bardzo inteligentni i błyskotliwi ludzie.
                                • niewyspany77 Re: oczywiście 10.08.07, 12:58
                                  flamengista napisał:

                                  > 1. To fakt, jest problem z czasopismami z "humanistyki czystej", czyli np.
                                  > pedagogiki, historii czy filologii. Ojciec narzeka, że w jego dyscyplinie jest
                                  > JEDNO czasopismo na LF. W takiej sytuacji oczywiście liczą się czasopisma uznan
                                  > e
                                  > w twoim środowisku. Chodzi bowiem o to, by być znanym w obrębie grupy, która
                                  > zajmuje się podobną tematyką.

                                  Tak fajnie tyle ze punkty dostajesz za publikacje w konkretnych miejscach. Tutaj
                                  system oceny punktowej kompletnie sie nie sprawdza. Indeks cytowan? To samo,
                                  skoro "nie ma gdzie" publikowac za granica, to jak mam byc cytowany? Kiedys
                                  jakis gosciu smial sie, ze w tej wyszukiwarce wynalazl tylko 4 cytowania
                                  pracownikow calej mojej uczelni, a jego bylo 10x tyle. Jaki wniosek? My nieroby
                                  - oni full wypas tip top. I teraz zaproponuj ocene, by bylo sprawiedliwie.


                                  > I dobrze. Ale chodzi o sprawiedliwy podział obowiązków. Jeśli jesteś tylko
                                  > dydaktykiem, to musisz mieć więcej godzin niż pracownik naukowo-dydaktyczny. Na
                                  > konferencje naukowe jeździsz z własnych pieniędzy, jeśli chcesz. Rozliczany
                                  > bowiem jesteś z zajęć i ich poziomu, a nie kolejnych artykułów i wystąpień.

                                  No wlasnie. Te pojecia sa pomieszane i to absurdalnie. Bo niezaleznie jak dobrym
                                  jestes naukowcem, toi tak placi sie za godziny dydaktyczne, a jak studenci beda
                                  sie dostac to jeszcze oberwiesz. I gdzie tu "nauka"?

                                  > Problem w tym, że nie wszystkim się to podoba. No i na uczelniach pokutuje
                                  > myślenie, że kariera od magistra do profesora belwederskiego jest dla
                                  > wszystkich. Mimo, że fakty mówią inaczej, a nowa ustawa o szkolnictwie wyższym
                                  > daje dużo większe możliwości w zatrudnianiu dydaktyków.

                                  Napisz cos wiecej albo rzuc linkiem o co hcodzi z tym zatrudnianiem dydaktykow
                                  bo ja nic nie wiem. W sensie ze zwieksza pensum o pare h czy ze zwolnia
                                  "wybranych" z obowizaku pisania dr/hab?


                                  > 4. Oczywiście UW i UJ obniżyły loty, ale nadal pracują tam wybitni naukowcy, dl
                                  > a
                                  > których praca jest powołaniem i przyjemnością, którzy chcą się swoją wiedzą
                                  > dzielić z innymi i którzy w swojej dziedzinie łapią kontakt ze światową
                                  > czołówką. W innych uczelniach takich ludzi jest jak na lekarstwo.

                                  Nie zgodze sie, na innych uczelniach tez jest masa fascynatow. I wlasnie o to mi
                                  chodzi. Niestety, bardzo rzuca sie w oczy, nie tylko moje, ze nadal pokutuje
                                  adoracja wspanialych Macierzy Polskiej Nauki. Tylko ze obecnie ten interes
                                  wyglada tak: z racji tego, ze ktos jest zatrudniony na UW, nie ma klopotu z
                                  zatrudnieniem na fuche gdziekolwiek. Argumentem jest wlasciwie tylko to, ze jest
                                  to czlowiek z UW. I jakos masa ludzi z UW korzysta z tej sytuacji. To jest
                                  zwyczajnym odcinaniem kuponow. Fakt, moze masz racje jesli chodzi o niektore
                                  dyscypliny, wydzialy etc ktore sa po porstu dobre albo konkurencji po porstu
                                  fizycznie nie maja. Bardziej mowie o humanistyce. Dlatego, szczeze mowiac, nie
                                  uwazam zeby akurat tu UW czy UJ sie specjalnie roznily od pomniejszych szkol. No
                                  chyba ze ustalimy, ze "nicnierobienie na UW/UJ" jest jakos lepsiejsze od
                                  "nicnierobienia na AR/UZ".


                                  > No ale moi koledzy z roku wylądowali ostatecznie
                                  > u niego jako studenci studiów doktoranckich i robią zajęcia niemal za darmo. W
                                  > nadziei, że potem dostaną pracę. Albo i nie. Przy czym to nie byli kretyni,
                                  > tylko bardzo inteligentni i błyskotliwi ludzie.

                                  E tam, inteligetni i blyskotliwi widza, ze z nauki sie nie wyzyje, wiec ida do
                                  biznesu.
                                  • flamengista Re: oczywiście 11.08.07, 22:54
                                    1. Są dziedziny nauki typowo lokalne, np. historia literatury polskiej. Może i
                                    pedagogika się do tego zalicza, nie wiem. W każdym razie w tych szczególnych
                                    wypadkach system oceny punktowej można by nieco zmodyfikować. Np. wyznacznikiem
                                    mogła by być liczba czasopism LF z danej dyscypliny. Im ich więcej, tym mniej
                                    punktów za zwykłe krajowe publikacje. Ale uczciwie przyznaję - ten problem mnie
                                    przerasta;)

                                    2. Nie do końca pojęcia są pomieszane. Pracownik naukowo-dydaktyczny rozliczany
                                    jest głównie z rozwoju naukowego. Znam osobę, która jest fatalnym dydaktykiem,
                                    wręcz nie lubiącym studentów, olewającym konsultacje etc. Ale najprawdopodobniej
                                    ta osoba zrobi habilitację przed 35 rokiem życia. I to w zupełności wystarczy,
                                    by zachowała pracę, ba - mogła awansować.
                                    Dydaktyk natomiast jest wyłącznie rozliczany z nauczania studentów. Tu liczą się
                                    przede wszystkim oceny z ankiet, nowatorskie rozwiązania dydaktyczne (ostatnio
                                    na topie jest e-learning), udział w szkoleniach doskonalających etc.

                                    3. Z zatrudnieniem dydaktyków chodzi mniej więcej o to, że uczelnia ma prawo
                                    zatrudniać osoby na stanowiskach lektorów, instruktorów wykładowców i starszych
                                    wykładowców. Oczywiście te osoby mają większe pensum, ale w zamian nie wisi nad
                                    nimi konieczność zrobienia habilitacji. Niestety, na większości uczelni tylko
                                    wybrani mają szansę dostać taki etat.

                                    4. Odnośnie UJ czy UW nie chodziło mi o fascynatów, ale o ludzi zajmujących się
                                    pracą naukową na światowym poziomie. Na UJ takich ludzi jest pewnie
                                    kilkudziesięciu, na UW może setka. Dla porównania na mojej uczelni może 10 osób.

                                    Ten poziom UJ i UW widać szczególnie na konferencjach naukowych. Podobnie jak
                                    poziom UZ, UW-M czy AŚ.

                                    Oczywiście wiele osób renomę UJ i UW nadużywa w celach dorabiania sobie w
                                    prywatnych szkółkach. Tyle że taki UJ płaci tak marnie, że to konieczność a nie
                                    pęd do kasy. Szef zakładu zarabia tam tyle, ile u nas doświadczony adiunkt.

                                    5. Często inteligentni i błyskotliwi studenci nie mogą się znaleźć w dorosłym
                                    życiu, nie mają pomysłu na przyszłość więc wolą przedłużać sobie młodość i żyć
                                    złudzeniami. Przykre to, ale nie da się nic zrobić.
                                    • niewyspany77 Re: oczywiście 11.08.07, 23:35
                                      1. wlasnie, czas cos zrobic. Publikujac dowolna oczywistosc na bylejakiej
                                      konferencji dsotaje tyle samo punktow co w najelszym branzowym pismie. A nwet
                                      jesli cudem uda mi sie wsadzic je gdzes na liste A, to prosta kalkulacja: 2
                                      konferencyjne oczywistosci = A. Ale dalej. Zalozmy ze wcisne cos na LF. Prosta
                                      kalkulacja, 4 konferencyjne oczywistosci = LF. To po porostu absurd.

                                      2. Dzieki za info. Mnie dydaktyka nie bawi, czekam na rozwiazanie w stylu polowa
                                      pensum, 2x wieksze wymagania naukowe. To cos dla mnie.

                                      > 5. Często inteligentni i błyskotliwi studenci nie mogą się znaleźć w dorosłym
                                      > życiu, nie mają pomysłu na przyszłość więc wolą przedłużać sobie młodość i żyć
                                      > złudzeniami. Przykre to, ale nie da się nic zrobić.
                                      >

                                      Claa reszta - Co do UJ/UW i nauki na swiatowum poziomie. Jesli na UW jest kolo
                                      setki, mniej na UJ, na Twojej cos ok 10, to w przeliczeniu na % mowimy o jakims
                                      procencie kadry naukowo-dydaktycznej. Sorry chlopie ale nie przekonasz mnie, ze
                                      ten UZ czy AR nie ma 1% swiatowej kadry ;)

                                      Z doktrantami roznie bywa. sa 3 drogi, kazda ma ten sam efekt. Doktorat
                                      niekoniecnzie musi oznaczac pchanie sie w rozne ukladziki. Skoro gwarancji pracy
                                      nie ma to co za roznica?
                                      • flamengista etat naukowy 11.08.07, 23:59
                                        Jest teoretycznie coś takiego, wprowadza taką możliwość nowa ustawa. Tzn. zero
                                        dydaktyki, sama praca naukowa.

                                        Tyle że nie słyszałem o tym, by uczelnie się na coś takiego decydowały. Nie chcą
                                        robić precedensów, bo każdy by tak chciał...
                                        • niewyspany77 Re: etat naukowy 12.08.07, 00:04
                                          flamengista napisał:

                                          > bo każdy by tak chciał...

                                          Za jaka kase i ile mozna wziac etatow w ten sposob? ;) Bo jesli 2000 i tylko
                                          jeden to ja wale, biore 3 etaty dydaktyki - to akurat serio.

                                          PS. odbierz maila.
                                          • flamengista Re: etat naukowy 12.08.07, 00:13
                                            No niestety nie mam pojęcia.

                                            Może pensja jest niższa, choć nie sądze. Ale uczelnia nie ma prawa ci zabronić
                                            drugiego etatu, jaki by on nie był. Dopiero na trzeci musi wydać zgodę rektor.

                                            Moim zdaniem etat naukowy w praktyce może się ograniczyć jedynie do tzw.
                                            "trudnych przypadków". A więc "zasłużonych" profesorów, którzy ze względu na
                                            różne ekscesy nie mogą pracować ze studentami. Choć i to uczelni się pewnie nie
                                            opłaca, bo nie wiem czy taki etat naukowy daje jakiekolwiek uprawnienia przy
                                            kierunkach. Chyba nie, bo to przecież było by nielogiczne.
                            • carnivore69 Re: oczywiście 10.08.07, 10:51
                              > Ciekawe ile trzeba było napisać, by dostać 5.
                              > Ale to taka mała dygresja...

                              Moze co najmniej jeden aer albo econometrike. Czyli tak jak w jakiejs pipidowie
                              polozonej pod inna jurysdykcja.

                              A poza tym - interesujace rozwazania.

                              Pzdr.

                              • flamengista Re: oczywiście 11.08.07, 22:57
                                Masz całkowitą rację. Ale to chyba w przypadku oceny 5 dla samodzielnego.

                                Odnośnie młodego, wręcz początkującego asystenta (byłem rozliczany po 3 latach
                                pracy w ankiecie 4-letniej, więc miałem o rok mniej na wykazanie się) skala
                                powinna być chyba nieco inna.

                                Ale właśnie w tym chyba tkwił problem tej oceny - dokładnie te same kryteria
                                były dla profesora belwederskiego i gówniarza tuż po studiach. Dziwne.
                                • carnivore69 Re: oczywiście 11.08.07, 23:46
                                  > Masz całkowitą rację. Ale to chyba w przypadku oceny 5 dla
                                  > samodzielnego.
                                  >
                                  > Odnośnie młodego, wręcz początkującego asystenta (byłem rozliczany po > 3
                                  latach pracy w ankiecie 4-letniej, więc miałem o rok mniej na
                                  > wykazanie się) skala powinna być chyba nieco inna.

                                  Zgoda. Jesli natomiast skala jest jedna, a do wyniku dolacza sie staz delikwenta
                                  w branzy, to tez nie ma problemu (czyli 3/3 to super, podobnie jak 5/10). Nie
                                  wiem wprawdzie jak jest u Was.

                                  Co do kryteriow pozniejszych - czlowiek 5 lat po doktoracie moze miec wlasciwe
                                  identyczne co ten z 25-letnim stazen (jesli nie wymyslil prochu w czasie
                                  tworzenia doktoratu i niedlugo po, to mala jest szansa, ze wymysli go pozniej).

                                  Pzdr.
                                  • flamengista Re: oczywiście 12.08.07, 00:19
                                    No sposób oceniania jest skomplikowany. I niestety bardzo arbitralny, dający
                                    komisji wiele pola do interpretacji.

                                    Ale ocena profesora tym się różni od asystenta, że większą wagę ten pierwszy ma
                                    za działalność organizacyjną. Ja miałem chyba 0,1, a profesor 0,3.

                                    Niestety zapomina się o tym, że celem systemu oceniania jest nie tylko sama
                                    ocena pracy, ale również i motywowanie pracownika do cięższej pracy.

                                    Przez ostatnie lata dałem z siebie 150%, szef był ze mnie zachwycony - co z
                                    resztą napisał w ankiecie. Fajnie, ale dostałem solidną trójkę zamiast
                                    oczekiwanej czwórki (znam realia, na cuda nie liczyłem). Przez dwa dni byłem
                                    wkurzony na maksa, teraz mi przeszło. Ale widzę, że ten system w obecnej postaci
                                    nie ma większego sensu.
          • flamengista Re: narzekanie dla narzekania 29.07.07, 21:01
            No tak, masz sporo racji.

            Tyle że samo w sobie podniesienie pensji nie jest rozsądne. Przynajmniej nie w
            krótkiej perspektywie.

            Najpierw należało by dać więcej środków na konferencje międzynarodowe i zakupy
            zagranicznych publikacji.

            Następnie dać podwyżki, odpowiednio wyższe tym, którzy potrafili wykorzystać
            wyjazdy na konferencje, czytają zagraniczne publikacje i w rezultacie tworzą
            sensowne publikacje, w tym w dobrych czasopismach zagranicznych.
            • gagolek Re: narzekanie dla narzekania 02.08.07, 01:52
              nie sadze, aby trzeba bylo dozywotnio zabraniac czlowiekowi, ktory obronil
              prace doktorska w instytucie X pracy tam. Bezwzglednie jednak powinno wymagac
              sie odbytego stazu w innym osorodku naukowym, biorac pod uwage rowniez osrodki
              zagraniczne. Oczywiscie wszystko zalezy od dziedziny. W naukach biologicznych
              to powinno byc co najmnie 2 lata. Cos takiego obowiazuje na uniwersytetach
              niemieckich.
              Co do literatury, powszechnossc internetu bardzo ulatiwa dostepd do wielu
              czasopism. Wystrczy regularnie przegladac bazy danych, no i jesli jest cos
              ciekawgo, zawsze mozna wyslac prosbe o PDF autora do korespondencji lub kolege
              z instytutu obok.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka