Dodaj do ulubionych

mam za dobrego promotora...

02.11.07, 01:10
Witajcie,
Jestem na IV roku studiów doktoranckich a po raz pierwszy trafiłam dziś na
Wasze forum- żałuję,że dopiero teraz.Spędziłam tu kilka nocnych godzin
czytając Wasze posty i zdziwiło mnie, że mam te same problemy, że z tyloma
osobami mogę się tu zrozumieć.Niesamowite jest to, że wszyscy traktują się tu
serio i życzliwie (tego brakuje mi w moim środowisku doktorantów, które w
realu właściwie nie istnieje), dlatego chciałabym zacząć pewien wątek- może o
dość prowokacyjnym tytule, ale sprawa jest niestety głębsza i poważniejsza.
Otóż- mam promotora do rany przyłóż- życzliwy, dobry, wyrozumiały,
troskliwy.Mogę zawsze na niego liczyć, nawet z najgorszej opresji potrafi
wyratować i jest po prostu niezawodny.
"Jak w raju" powiecie, ale wiecie co? Z tym mam właśnie problem. Najbardziej
szczerze na świecie pisząc- boję się go zawieść. Zahacza to niestety o szerszy
problem- czyli mojego stosunku do doktoratu i
pracy naukowej- mówiąc ogólniej. Bo ja (jeśli już szczerość, która boli) mam
wrażenie, że jestem na to za głupia. Że znalazłam się na tych studiach
przypadkiem. I przeraża mnie myśl, że -hehe- to się w końcu "wyda". Tylko
wcale mi teraz nie do śmiechu... Mam takie odczucie, że inni są ślepi- że ja
jakoś "przemknęłam" przez magisterskie, i te lata doktoranckich i naprawdę nie
wiem, skąd te dobre (lub bardzo dobre) wyniki.Możecie powiedzieć- racja,jak
laska jesteś głupia, to po co się za to brałaś. Tylko fakty tego nie
potwierdzają- tzn. sprawdzam się w tym (konferencje, publikacje, zajęcia ze
studentami), ale nie wiem, skąd to wrażenie, że czekam na jakąś katastrofę, że
nagle okaże się to fikcją, fałszem.I jeszcze wiara mojego promotora we mnie,
która mnie dobija.Rozumiecie mnie? Taki balon, który nagle pęknie i będzie nie
tylko wielki huk, ale i smród.
Pesymizm, niewiara w siebie, lęki- najkrócej to ujmując. I ta niepewność.
Niepewność, która przybiera jakieś astronomiczne formy- że w tym momencie boję
się dopisać kolejne zdanie w doktoracie w przekonaniu, że jest ono GŁUPIE,że
boję się zabrać głos, bo powiem coś ośmieszającego mnie samą.
Chyba już nie umiem tego inaczej ująć, nie chcę też pisać zbyt długo.
Przepraszam, że Was tak tym zarzuciłam.
Chyba po prostu musiałam się wygadać.
Może chciałabym wiedzieć, czy mieliście podobne obawy, czy Wam się coś takiego
zdarzało- nie brak motywacji, złość, depresja, tylko ta (tak naprawdę
najbardziej przerażająca) myśl- jestem na to za głupi/a?
Nie życzę Wam tego. Nigdy.
Pozdrawiam serdecznie.
I cieszę się, że Was odkryłam.
Canada
ps. nigdy w życiu nie pisałam na forum...(aż do tej chwili)
Obserwuj wątek
    • matmis Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 09:34
      Nie przejmuj się, to dość normalne odczucia.

      Jakiś czas temu czytałem, że doktoranci na dobrych uczelniach w USA mają o tym
      szkolenie na pierwszym roku - w psychologii się to nazywa "Impostor Syndrome"
      www.impostersyndrome.com/
      en.wikipedia.org/wiki/Impostor_Syndrome
    • joannah31 Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 10:11
      A może po prostu masz stracha, bo to już zaraz koniec i trzeba
      będzie zrobić coś normalnego?
      Lepszy taki promotor niż jakiś hultaj ostatni! Powodzenia.
    • babazgaga Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 10:29
      Canado:)
      Trzymaj się ciepło dziewczyno:) Myślę, że syndrom oszusta (czyli Impostor
      Syndrome) to właśnie to, co Cię dotyka. Podobno jest to częstsze właśnie u
      kobiet-naukowców, ale ogólnie i tak całkiem popularne. Przeżyłam to i ja, i
      wszystkie moje koleżanki-doktorantki z otoczenia.
      Jesteś mądra, zdolna, pracowita, tylko tak wysoko stawiasz sobie poprzeczkę, że
      nie widzisz ile masz plusów, a tylko - ile brakuje Ci do ideału. To, co CI jest
      potrzebne, to właśnie wsparcie, ze strony życzliwych Ci ludzi. Jeśli taki
      właśnie jest promotor, to może powinnaś z nim/nią porozmawiać o swoich
      wątpliwościach i obawach?...
      A tutaj zawsze wsparcie Cię czeka, jeśli chcesz, to pisz na forum, jeśli chcesz,
      to na maila:)
      Pozdrawiam i ściskam
      babazgaga
      • canada_zen dziękuję 02.11.07, 12:14
        Dzięki Wam za linki i słowa otuchy.
        Czytałam i przecierałam oczy ze zdumienia. Już sama świadomość, że dotyka to też
        innych, sprowadziła mnie trochę na ziemię. Gdyby nie Wy, nie usłyszałabym pewnie
        o Impostor Syndrome. Po raz pierwszy od dawna odetchnęłam pełną piersią.
        Kobiety-naukowcy, głowa do góry!
        Dziękuję
        • 0.freedom Witaj w klubie 02.11.07, 12:39
          Czytając Twoje słowa, czytałam o sobie ;) Od 4 lat mam to samo
          uczucie, tak samo wspaniałego promotora, którego boję się zawieść. I
          nawet kilka razy publicznie stwierdziłam, że piszę doktorat dla
          promotora, bo jest taki łaskawy i wspaniały ;) Myślę, że nasze
          rozumowanie jest spowodowane chęcią dążenia do perfekcjonizmu, które
          dostrzegają i docenić umieją tylko ci, którzy nas obserwują.Dlatego
          postrzegają nas jako bardzo dobre doktorantki i przyszłych
          naukowców.Może trzeba zaufac tej opinii??
          Także w skrócie rozumiem Cię bardzo dobrze.A że też jestem na 4
          roku doktoranckich....to po prostu witaj w klubie.Pozdrawiam
          serdecznie.
          • tuska26 Re: Witaj w klubie 27.11.07, 14:00
            Nic dodać, nic ująć. Może tylko jedną rzecz. Mam to samo - dodatkowo
            straciłam całą motywację wiedząc, że po napisaniu, obronie, zero
            szans na pracę na uczelni. Kireunek humanistyzny, niedofinansowany
            instytut, etc. A to przecież jest to, co chcę w życiu robić! Chora
            jestem? :) przez łzy...
    • asia.asz Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 12:54
      koncze doktorat, przede mna szukanie pracy i przeraza mnie to bardzo, ze podczas rozmow kwalifikacyjnich nie bede znala odpowiedzi na pytania, ze duzo ze studiow zapomnialam, ze wyjdzie na jaw jak slaba jestem (mimo ze lubie to co robie), ze nie znajde pracy, ze zawiode meza...
      witam w klubie, tez mnie to dreczy, dzieki za watek, poczytam o tym i moze mi to pomoze:)
      problemem jest ze moj maz uwaza takie wahanie i strach za slabosc:( pokaze mu to moze cos to zmieni
      ps. skoro mezczyzni maja lepiej pod tym wzgledem to pewnie dlatego nie potrafia zrozumiec...
      • ewikfibro Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 13:17
        a ja uwazam ze jestm za głupia zeby wogóle zaczac doktorat a moj kumpel mnie
        pcha i pcha zebym zrobila bo we mnie wierzy a ja sie boje skompromitowac przed
        promotoerm którego on mi naet zalatwil.....ja to dopiero durna jestem ;(
    • ppiotrek74 Re: mam za dobrego promotora... 02.11.07, 13:20
      Cześć Canado :)
      Ja też tak mam :(, ciągle się obawiam, że w rozmowie z promotorką czy na forum
      publicznym "palnę" coś i wyjdzie na jaw jak "wiele" umiem. Też staram się robić
      wszystko tak żeby wyszło jak najlepiej i żeby jej nie zawieść.
      A Twoja niska samoocena może wynikać z wysoko zawieszonej przez Ciebie samą
      poprzeczki, może zaufaj ocenom innych :).
      A promotor to też człowiek, można z nim/nią porozmawiać o wszystkim, również o
      trapiących Cię wątpliwościach.
      Pozdrawiam serdecznie
      Piotrek
    • dr_in_spe Re: mam za dobrego promotora... 03.11.07, 16:51
      Witam,
      nie jesteś odosobniona. Mam to samo już pół roku po obronie wydaje
      mi się, ze i tak to wszystko było jedna wielką mistyfikacją,
      nieprawdą, że jestem za słaba ... ale faktycznie... wciąż mam
      zaproszenia na konferencje, wysokie noty w ocenach wykładowcy,
      publikacje, mongrafia- jednaj i tak nie wierzę i cały czas mi sie
      wydaje, że w końcu wszystko padnie i będzie jeden wielki wstyd ;/
      To poczucie niższości o zgrozo powoduje, że n ie potrafię odłączyć
      życia zawodowego od prywatnego. Mam tego świadomość, ale to nie
      przeszkadza mi od rano do nocy siedzieć przed komputem i wymyslać
      nowe prezentacje na zajęcia, czy czytać najnowszych artykułów i
      książek. Pochłaniam wszystko, by nie być do tyłu, a i tak wyrzuty
      sumienia mam ogromne: że jeszcze nie nie przeczytałem tego czy
      owego, że czas zrobić wniosek na kolejny grant, że nie znałam
      szczególowej odpowiedzi na jakieś pytanie studenta. Echhh, chyba
      powinniśmy miec jakiegoś etatowego psychologa na wydziale.
      Pozdrawiam
    • niunia9911 Re: mam za dobrego promotora... 06.11.07, 11:18
      Witajcie,
      Ja też tak mam... Mnie, jak zapewne każdej z Was, wydaje się, że JA
      to naprawdę mam powód by tak mysleć. Kierunek mojego doktoratu jest
      zupełnie inny, niż kierunek moich studiów, i czuję, że to się za mna
      ciągnie. Konieczność innej, pozadoktoratowej pracy, konieczność
      czysto finansowa, sprawia, że ciągle mało, za mało czasu poświęcam
      doktoratowi - czasem tylko godzinę dziennie, czasem nic... Praca nad
      nim przeciąga się w nieskończoność, dochodzą do tego problemy w
      życiu osobistym - brak partnera, a trzydziestka na karku - itd.,
      itd. Chyba chciałam się wygadać...
      Jest mi lżej, gdy czytam, że nie mnie jedyną dopadają takie lęki.
      Niestety, ja nie mam wsparcia w promotorze, więc cieszcie się z
      tego, co macie, bo to bardzo ważne.
      Powodzenia!
    • annadiana Re: mam za dobrego promotora... 06.11.07, 15:40
      Canado_zen,

      na samym początku chciałabym zauważyć, że masz dużo szczęscia w
      wyborze promotora. Moje doświadczenia z promotorem przedstawiają się
      zgoła inaczej. Koszmar pod koniec studiów magisterskich i brak
      dobrego porozumienia z obecną promotor. Liczę, że to pierwsze i
      nienajlepsze wrażenie szybko ulegnie zmianie.

      Droga Canado, za każdym razem kiedy mam się zabrać do pracy nad
      danym zagadnieniem dopada mnie niemiłe odczucie niewiedzy całkowitej
      albo raczej wiedzy minimalnej.
      Z jednej strony wybrany temat wydaje się być prosty, z drugiej im
      dłużej się nad nim zastanawiam tym ogarnia mnie większy pesymizm.
      Najgorzej jest pod koniec pracy, gdy dane zagadnienie jest już
      niemalże opracowane, zdania ułożone, słowa podobierane.
      Przeczytanie całości napisanego tekstu wyzwala u mnie zdecydowanie
      negatywne odczucia. Zawsze. Wydaje mi się, że temat był dobry,
      pomysły na wyjasnienie określonych zjawisk nienajgorsze, ale samo
      przedstawienie bądź raczej przelanie myśli na papier jest karygodne.

      Choć pewnie moja opinia nie jest w pełni miarodajna i czasem bywam
      wyhaczona z tłumu, jak miało to miejsce zaledwie kilka miesięcy
      temu.

      Także i Twoje zdanie może nie mieć odziwerciedlenia w rzeczywistości.

      Pozdrawiam,
      a.
    • canada_zen i co z tym zrobić...? 07.11.07, 21:43
      Jestem Wam wszystkim niezmiernie wdzięczna za te wypowiedzi. Widzę, że nie
      jestem sama, że Wam też zdarza się mieć takie "zaniżone poczucie własnej
      wartości".Tylko uświadomienie sobie problemu jest dopiero pierwszym krokiem do
      tego, by go zwalczyć. Więc mam pytanie i do niedowiarków i do tych, którzy te
      chwile mają za sobą. Jak to zmienić? Jaka jest recepta? Jak (tak naprawdę) sobie
      pomóc? "Przestać się przejmować" to dość proste, ale w rzeczywistości bardzo
      trudne.I wiedzą to pewnie ci, którzy przejmują się "za bardzo" a którzy tak
      życzliwie odpowiedzieli na tego posta. Więc...jakieś pomysły?
      Pozdrawiam
      Can
      • rilian Re: i co z tym zrobić...? 08.11.07, 09:56
        zauważałem i zauważam Twój problem u siebie dość często. i tak sobie myślę, że
        obserwuję wielu doktorów i profesorów - na mojej starej uczelni i nowej - i
        myślę sobie, że i im to nie jest obce. bo jak inaczej pojąć zachowanie pewnego
        wielkiego człowieka, który na sympozjum wstał i na początku bardzo przeprosił,
        że właściwie on się nie zna i nie powinien może się odzywać, ale on sobie tak
        myśli (i nastąpiły peany na cześć prelegentki i propozycje konkretnych
        postulatów, oczywiście z zastrzeżeniem, że on, właściwie, to...).

        wielu z nich przekłada też ten powszechnie tkwiący w nas lęk na wspaniały
        dystans do samego siebie. dystans, dzięki któremu łatwo z takim człowiekiem -
        mimo często kolosalnej wiedzy i zaawansowanego wieku - obcować i rozumieć go. i
        chyba warto ich naśladować.

        ze swojej własnej perspektywy widzimy ile nie zrobiliśmy, ile moglibyśmy zrobić,
        gdyby (czas, chęci, cierpliwość, pieniądze). i to nas boli. i przed tym chyba
        uciekamy. ale mimo braków robimy cuda w oczach innych. i tak to jakoś jest.
      • itchyx A może to dobrze? 02.12.07, 18:16
        Może właśnie dobrze, że tak macie (mamy), że stawiamy sobie co raz to wyższe
        wymagania? Przecież gdyby nie ta ciągła niepewność, nie brnęlibyśmy do przodu :-)

        Pozdrawiam serdecznie wszystkich uczestników tego forum. To mój pierwszy wpis,
        ale która wizyta to nie zliczę.
        • canada_zen Re: A może to dobrze? 04.12.07, 13:14
          Witaj!
          Miło mi, że mój wątek sprowokował Cię do zostawienia swojego pierwszego śladu
          na forum:)
          Pozdrawiam
          Can.
    • turzyca Re: mam za dobrego promotora... 09.11.07, 17:00
      O tym, ze nie tylko ja mam wrazenie, ze jestem za slaba, wiedzialam juz
      wczesniej - gdy starsi podziwiani za ogrom wiedzy koledzy przyznawali sie do
      zwatpienia. Ale milo bylo poczytac o tym na forum i dowiedziec sie, jak to sie
      nazywa, z czym to sie je i w ogole uswiadomic sobie ze to normalna rzecz. :)

      Ja sama ze swoim strachem radze sobie najprosciej w swiecie: przypominam sobie,
      jak kilka lat temu jako niezbyt opierzona studentka zwrocilam uwage Profesorowi
      (przez zdecydowanie duze P.) i uslyszalam "a faktycznie, ma pani racje,
      pomylilem sie". Kazdy czasem popelnia bledy, nawet nestorowi nauki polskiej sie
      to przytrafilo, kazdy czasem czegos nie wie, grunt to umiec sie do tego
      przyznac. Za kilka lat i tak nikt o tym nie bedzie pamietal. :)
    • elwinga Re: mam za dobrego promotora... 27.11.07, 17:52
      Canado,

      ja też to mam... Wydałam książkę (dwukrotnie nagrodzoną), obroniłam doktorat
      (bardzo chwalony), dostałam etat w instytucie, publikuję, jeżdżę na konferencje
      - i też w chwilach zwątpienia odliczam godziny do momentu, kiedy mnie z hukiem
      wyrzucą pod hasłem "a pani nas tak zawiodła..."

      Ale o impostor syndrome nigdy nie słyszałam, łączyłam to raczej z syndromem
      starszej siostry (którą jestem), bo z tego, co mi wiadomo, dążenie do
      perfekcjonizmu, lęk przed rozczarowaniem innych i szukanie winy w sobie nawet
      wtedy, gdy się wie, że nie jest się winnym, to cechy charakterystyczne dla osób
      najstarszych z rodzeństwa.

      Trzymaj się. I dzięki za to, że odważyłaś się napisać ten post.
      • turzyca Re: mam za dobrego promotora... 27.12.07, 22:35
        elwinga napisała:
        > Ale o impostor syndrome nigdy nie słyszałam, łączyłam to raczej z syndromem
        > starszej siostry (którą jestem), bo z tego, co mi wiadomo, dążenie do
        > perfekcjonizmu, lęk przed rozczarowaniem innych i szukanie winy w sobie nawet
        > wtedy, gdy się wie, że nie jest się winnym, to cechy charakterystyczne dla osób
        > najstarszych z rodzeństwa.

        To bardzo ciekawe. Dotyczy to tylko najstarszego rodzenstwa, czy chodzi o
        pierworodnych, a wiec i jedynakow? Moglabys szerzej o tym napisac albo podrzucic
        linki do wiarygodnych stron?
    • drapiezna_barrakuda Re: mam za dobrego promotora... 03.12.07, 09:51
      o rany, jakbym czytała o sobie. Poczucie niezasłużonego sukcesu towarzyszy mi bardzo często i też się zastanawiam, kiedy ta cała mistyfikacja wyjdzie na jaw. Z tym że jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że to wszystko sprawka moich wysokich (zawyżonych?) wymagań odnośnie własnej pracy. To one sprawiają, że każdą rzecz cyzeluję w nieskończoność. Taki przykład - pracę magisterską pisałam przez trzy lata (w tym na rok zniknęłam z pola widzenia mojego promotora i dłubałam ją w samotności), bo ciągle wydawała mi się miałka i "nienaukowa", i - ku mojemu zdziwieniu - dostałam za nią nagrody w dwóch konkursach (w tym im. Lipskiego), promotor zaproponował mi prowadzenie ważnych zajęć (prowadziłam je, zanim jeszcze zdałam na doktoranckie), na doktoranckie dostałam się bez problemu.

      W przezwyciężenu poczucia miałkości tego, co robię, bardzo pomogła mi jedna rzecz: czasem opowiadam o mojej pracy przy różnych okazjach towarzyskich. Może to głupie, ale kiedy widzę, że moich znajomych autentycznie interesuje temat moich badań i kiedy z zapałem o tym dyskutują, czuję, że robię coś wartościowego, że jestem (hm...) ekspertem w mojej dziedzinie, że to po prostu ma sens.

      I jeszcze przy okazji: dzięki za link o impostor syndrome. W linkowni Wikipedii jest link do strony www.impostorsyndrome.com/, a tam - 10 Steps to Overcoming the Impostor Syndrome. Pierwszy z nich chyba tutaj wspólnie zrobiliśmy:

      "Break the silence. Shame keeps a lot of people from “fessing up” about their fraudulent feelings. Knowing there’s a name for these feelings and that you are not alone can be tremendously freeing."

      Pozdrawiam,
      Barrakuda

      _______________________________________________________
      ...Ale Australijka ucieka jak drapieżna barrakuda gdzieś tam wokół rafy koralowej...
      [Tomasz Zimoch, Ateny 2004]
      • canada_zen tremendously freeing 04.12.07, 13:11
        I może coś w tym jest... by się po prostu wygadać i podzielić problemem. Nie
        wiem, czy czuję się już "tremendously free", ale na pewno mi teraz raźniej. A Wam?
        Ciepłe pozdrowionka
        Can.
    • mrzorba A ja na odwrot! 12.12.07, 20:08
      Piszac moj pierwszy doktorat dostalem fatalnego (niekompetentnego)
      supervisora, wiec musialem zmienic na innego. Ten drugi byl
      przynajmniej dobrym naukowcem, ale nic mi nie chcial pomoc, ani w
      umieszczeniu mych artykulow w liczacych sie "zurnalach", ani w
      znalezieniu post-doc, wiec musialem emigrowac za praca. Teraz mam
      innego promotora, bowiem pisze drugi doktorat (tego z zagranicznego
      uniwersytetu, ktory jest klasyfikowany kilkaset miejsc wyzej niz
      wszystkie polskie, nie chce mi bowiem uznac polska mafia
      profesorska, a ze wzgledow rodzinnych musze na razie mieszkac w
      Polsce). Mimo rozlicznych kontaktow moj obecny promotor tez nie
      chce mi pomoc w opublikowaniu wynikow mych badan, i tez mala mam z
      niego pocieche w szukaniu odpowiedniego zatrudnienia. Potrzebuje
      mnie chyba tylko aby miec kolejnego doktoranta w celu uzyskania
      belwederskiej profesury... :(
      • taktyl Re: A ja na odwrot! 15.12.07, 09:38
        Jak rozumiem glowna wada Twoich dwoch ostatnich promotorow jest to ze nie chcieli popychac Twoch prac do publikacji ani zalatwic Ci pracy? doprawdy strasznie trafilas:)
        • mrzorba Re: A ja na odwrot! 19.12.07, 15:26
          I bez ich pomocy mam prace (ciekawa i dobrze platna) oraz publikacje
          w ksiazkach i pismach naukowych wydane w Australii, Austrii,
          Niemczech, Polsce i USA. Ich obowiazkiem bylo mi pomoc - tak jest
          napisane w statusie Monash University. No coz, zle trafilem. Ale
          chyba moge o tym napisac? Nie mam sie czego wstydzic. To oni (prof.
          M. Pavlyshyn z Monash i prof. P. James z RMIT) niech sie wstydza...:(
          Przykladowo: Oskar Lange pomagal swym doktorantom znazkezc prace i
          pomagal im w publikacji ich dorobku naukowego...
          • niewyspany77 Re: A ja na odwrot! 19.12.07, 17:32
            Hm? Nie rozumiem jednego: co za problem wydac prace? u mnie sprawa jest jasna -
            2 tysiace (liczac najtansza opcje, opcja z niezlym wypasem to 4 tysiace zl) i
            mozna miec wlasna ksiazke.
            • profes0r Re: A ja na odwrot! 20.12.07, 20:46
              Za 4.000-5.000 można spokojnie wydać książkę w dobrym wydawnictwie na zachodzie.
              Naprawdę dobrą pracę można wydać z honorarium w bardzo dobrym wydawnictwie na
              zachodzie.
            • mrzorba Re: A ja na odwrot! 20.12.07, 21:31
              Mnie chodzi o to, aby nie doplacac do tego interesu. Nigdy nic nie
              wydaje na swoj koszt, a tylko na koszt uczelni albo wydawcy. A moge
              tak robic, bo moje publikacje sa wysokiej jakosci...
              • profes0r Re: A ja na odwrot! 21.12.07, 00:33
                No to o co Ci chodzi z tym pomaganiem przez Langego? Sam sobie przeczysz.
                • mrzorba Re: A ja na odwrot! 23.12.07, 21:46
                  Lange byl akurat wyjatkiem, bowiem on dlugo wykladal na Zachodzie...
                  Poza tym nie bal sie konkurencji, bo mial realny dorobek naukowy o
                  swiatowym znaczeniu! A co ma taki Moldawa? Nic... Stad boi sie
                  konkurencji!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka