asica74
12.09.04, 22:58
zakladam watek przeznaczony na odrabianie wszelakich zadan forumowych.
ja mialam napisac o Polsce.
Wizyta byla o tyle szczegolna, ze mialam ze soba ogon w postaci Misia (co
mialo swoje dobre i zle strony).
Bycie dla mnie tyrystka we wlasnym kraju, zaczelo sie niemal od momentu
wyladowania na Okeciu. Bo wszytsko niemal trzeba przetlumaczyc, czy tez
wytlumaczyc. Chociazby taka rzecz jak, gdzie kupic bilety na autobus.
Pojechalismy do mojej znajomej, kochanej i nieocenionej Kaski, ktore to
rozpoczela szczytny proceder, trwajacy przez calynas powrot, a mianowicie
dokarmianie Misia i mnie (tak jakby mi cos brakowalo? albo Miskowi?! O
zgrozo!)
Na Warszawe przeznaczylismy dwa dni. Pierwszy dzien, to oczywiscie zwiedzanie
Starowki i Ogrodu na dachu Bibloteki Uniwesyteckiej (smialysmy sie z Kaska,
bo powiedzialysmy, ze to standard na bibloteke w Polsce, a M uwierzyl!) . NA
starowcce trafilismy na czas silnie slubowy, co 1,5 metra inna suknia slubna!
Przyjamniej juz jestem na topie i wiem co sie nosi (jakby mi to bylo
potrzebne?)
Nastepnie z Warszawy pojechalismy do Krakowa, a raczej prosto do Oswiecimia.
Coz tu pisac, gdy slowa sa za male? Misiu, przyznal, iz nigdy w szkole nie
uczono go o tym co wyczytal na scianach muzeum. Owszem, strzepki jakies, ale
bez drastycznych danych.
Krakow, zrobil lepsze wrazenie, niz Stolica. Kazimierz ze swoimi knajpkami
(widzialyscie cos takiego jak Singier? Kawiarnia gdzie stolikami sa stare
maszyny do szycia Singier? Po prostu czad!), rynkiem, blinami w NIKICIE na
Slawkowskiej (polecam!) okazal sie po prostu przytulniejszy. Nie chce urazic
dziewczyn zwiazanych ze stolica, ale takie sa moje odczucia...
Po Krakowie, przyszedl czas na moich rodzicow. Mysle, ze zaakceptowali M,
mimo, ze sobie nie moga z nim normalnie pogadac, ino przez tlumacza.
Cala atmosfere dodatkowo rozladowywal maly kociak, kory jest wnuczkiem naszej
pierwszej kotki, kota towarzyszyla nam przez niemal 14 lat. Jej corcia,
majaca notabene juz 15 lat wlasnie sie okocila i jest z tym kickiem kupa
smiechu.
Spedzilismy tam 4 dni, w tym jeden jezdzac po okolicy, zwiedzajac cuda
Roztocza (tylko poczekajcie jak zawiesze zdjecia!), w tym moja wies, gdzie
niewiele sie zmienilo od czasu gdy jako majtek stalam pod sklepem czekajac na
lizaka.
Musze wam jednak napisac o jednej strasznej rzeczy. Naprzecikwo moich
rodzicow, mieszka pewna powazana rodzina. Kilka tygodni temu, znalezion ojca
i syna z tej rodziny poiweszonych na koncach tego samego sznura, na jednej
galezi. Straszna tragedia, nikt nie wie, co sie stalo...
Z Tomaszowa (albowiem, tam mieszkaja moi rodzice) pojechalismy do Lublina. I
znow byla powtorka z rozrywki: starowka, moj uniwesytet, moje dawne kino.
Swoista podroz sentymentalna. Tyle rzeczy sie pozmienialo. Zronbiono deptak w
srodku miasta, gdzie sa kawoarenki, starowke remontuja i juz nie jest strach
chodzic tam po nocy... Naprawde byla bardzo pozytywnie zaskoczona.
A po Lublinie, wrocilismy juz do warszawy. Tam jedynie zdazylam zobaczyc sie
znow z Kaska, i oto jestem tutaj...
I tesknie.
W tym tygodniu powinnam daostac juz zdjecia, wiec czekacje cierpliwie...