Dodaj do ulubionych

Historia według ex-Floydów

    • Gość: Milos Historia według ex-Floydów IP: 195.136.23.* 28.08.06, 15:27
      Aha, teraz rozumiem. Nie słucham zbyt często płyty "Obscured by Clouds", nie
      należy do moich ulubionych. Prawdę mówiąc, słuchałem jej tak dawno temu, że po
      prostu w ogóle nie skojarzyłem tego kawałka podczas koncertu, a teraz nie
      skojarzyłem tytułu "Wots uh the deal".

      Co do koncertu Watersa z 2002, to niestety, nie byłem na nim. Ale już słyszałem
      opinie słuchaczy Trójki, że był sporo lepszy od sobotniego Gilmoura...

      Do tej pory jestem pod wrażeniem sobotniego koncertu, tak mnie te Echa
      oszołomiły :)
    • Gość: glub Historia według ex-Floydów IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.08.06, 16:07
      Słabe nagłośnienie i słabe nagłośnienie.
      Problemem nie było słabe nagłośnienie które nie było słabe lecz nie przemyslane.
      Nagłosnienie miało byc wielostrefowe a było jedno. więc jak te głosniki miały
      zapewnic odpowiednią głośnośc [bo dynamika była odpowiednia] dla dalszych sektorów.

      postawili line array zaraz obok sceny a kaski nie starczyło na dalsze głośniki....
      porażka.
      Mówiąc krótko to nie realizatorzy dźwieku dali dupy tylko organizacja.

      btw jak Wright opieprzał Carina to zapomniał wejść ze swoim tekstem.
    • marpie2 Historia według ex-Floydów 28.08.06, 18:12
      Do: Milos (tracklista):
      Breathe/Time/Breathe (reprise)
      Castellorizon
      On An Island
      The Blue
      Red Sky At Nightd
      This Heaven
      Then I Close My Eyes
      Smile
      Take A Breath
      A Pocketful Of Stones
      Where We Start

      Shine on you crazy diamond
      Astronomy Domine
      Wot's ..Uh The Deal
      Fat Old Sun
      High Hopes
      Echoes
      Wish you were here
      A Great Day for Freedom
      Comfortably Numb

      A teraz recenzja:
      Zaczęło się wspaniale, "Time" na rozpoczęcie koncertu w takim miejscu i pod takim tytułem dużo obiecywało. "On An Island" w całości było zupełnie niezłe. Gilmour dał pokaz wirtuozerii i w wielu solowych popisach odszedł znacznie od materiału nagranego na płycie. Niestety zbyt mało jej słuchałem przed koncertem żebym mógł wiele więcej powiedzieć, niemniej jednak mimo ogólnie sennego charakteru płyty, popisy gitarowe dawały dużą na dzieję na drugą część koncertu.
      Niestety, niezbyt udany był już początek drugiej części, gdzie zmienione partie wokalnie w "Shine On You Crazy Diamond" były moim zdaniem na gorsze (chociaż ktoś napisał że to specjalnie było tak grobowo zaśpiewane w hołdzie Barretowi, który zmarł niedawno). Następujący potem porywający popis gitarowych pasaży w "Astronomy Domine" był chyba jednym z najlepszych fragmentów koncertu. Po poprawnych "Fat Old Sun" i "High Hopes" przyszedł czas na to, co zapowiadało się jako kulminacja koncertu czyli suita "Echoes". I właściwie od drugiej połowy "Echoes" było już coraz gorzej. Fragment, o którym Tomasz Beksiński mówił kiedyś, że to chwila dla której warto żyć (początek 19 minuty na płycie studyjnej) był zupełnie niesłyszalny (źle wykonany), przez co popsuty został cały efekt suity. Co prawda najmniejsza w tym wina Gilmoura, ponieważ te partie odgrywają głównie klawiszowcy, no ale to on był odpowiedzialny za cały koncert. Kończące występ "Wish You Were Here", "Great Day For Freedom" I "Comfortably Numb" zostały zagrane już bez tej werwy co początkowe utwory. Szczególnie rozczarowałem się ostatnim kawałkiem, gdzie wspaniała i znana mi z innych wykonań solówka (przez Tomasza Beksińskiego w wersji z "Delicate Sond Of Thunder" nazwana wręcz najwybitniejszą solówką gitarową w historii) została zagrana niespecjalnie z polotem i była tylko cieniem partii z "Pulse". Na koniec okazało się, że zespół nie zamierza grać nic więcej niż było zaplanowane i mimo kilkuminutowego klaskania i wywoływania muzycy nie pojawili się na bis. (Ciekawe, że piszą na forum o jakichś bisach - jak dla mnie to 3 ostatnie utwory nie były bisem, tylko zaplanowane w programie.)
      Wizualnie oczywiście zabrakło słynnego okrągłego ekranu, no ale to w końcu była wizytówka Pink Floyd a nie Gilmoura. Nie licząc tego mogę powiedzieć że było dosyć poprawnie z niewieloma momentami. Szczególnie oprawa środkowego fragmentu "Echoes" kiedy to dym spowił całą scenę i przebijały się tylko niesamowite światła z tła. Wspaniałe były również stożkowe światła kilkunastu reflektorów zbierające postać Gilmoura lub innych muzyków wykonujących istotne partie utworów.
      Na koniec (last but not least) hołd należy się Dickowi Parry, który dał wspaniały pokaz gry, szczególnie w jednym z utworów (to chyba było "Wish You Were Here"), gdzie grał na dwóch saksofonach, w tym jednym dorównującym mu prawie wielkością. Czapki z głów.
      Z "Przestrzeni Wolności" ostała się tylko jedna krótka zapowiedź Gilmoura, kiedy odniósł się do 26-lecia Solidarności, która "zmieniła świat". I to było wszystko na ten temat.
      Było to prawdopodobnie moje pierwsze i jedyne spotkanie na żywo z muzyką Pink Floyd. Była gęsia skórka kilka razy (najbardziej na początku "Echoes"), ale ostatecznie pewien niedosyt pozostał… Choć z drugiej strony porównania do Pulse czy jeszcze lepiej koncertów sprzed 20 lat są trochę nie na miejscu. Po pierwsze to był Gilmour a nie Pink Floyd, a po drugie facet ma w końcu ponad 60 lat. Nie wszyscy są wiecznie młodzi jak Stonesi (ciekawym jak im wychodzi trasa - mam nadzieję że jednak przyjadą do Polski).
      Sprawy organizacyjne - raczej same minusy
      1. Nagłośnienie - faktycznie było wielokrotnie słychać głosy "Głośniej!" dochodzące z tylnych sektorów. Ja stałem w sektorze A2 (gdzie jest miś???) na wysokości konsolety (czyli około 100m od sceny), więc było poprawnie. Ale faktycznie jak ktoś był pod koniec ostatnich sektorów to nie dość że nic nie widział to jeszcze pewnie nic nie słyszał. Organizatorzy powinni również szanować tych co kupowali najtańsze bilety, zwłaszcza że końcowe sektory były znacznie większe od A i B.
      2. Opaski - pomysł znany z innych koncertów, tylko tragicznie wykonany. No i po co, skoro w końcu z niego zrezygnowano? Ja przyjechałem około 18, więc załapałem się jeszcze na Opaska-gate. W pierwszym namiocie informacyjnym opasek nie było (a na bilecie stało, że w każdym punkcie informacyjym są). Przy stoczni kolejka do Starego Miasta niemalże. Po drugiej wizycie w namiocie dowiedzieliśmy się o jeszcze innych kilku namiotach, gdzie zakłądali te cholerne opaski. Tak że w sumie straciłem prze to jakieś pół godziny. Byłem na kilku innych koncertach i organizatorzy jakoś sobie z tym radzili.
      3. Napoje - sprawa okazała się dla mnie jasna, jak zobaczyłem namioty Coca-Coli, gdzie mała woda kosztowała 6 zł.
      4. WC - na szczęście nie korzystałem, ale faktycznie było za mało.
      5. Komunikacja - ja przyjechałem kolejką i muszę powiedzieć że do transportu zbiorowego nie mam żadnych zastrzeżeń.
    • Gość: ZAWIEDZIONY Historia według ex-Floydów IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.08.06, 18:34
      A teraz powiem Wam jak to było na prawdę z tym koncertem w Gdańsku!!!
      Świetny koncert - co za B Z D U R A ! ! !
      Ale od początku...

      Wejściówki:ja dostałem bilet i opaskę bez której,podobno nie można było wejść.
      Ale póżniej, jak ich zabrakło to wpuszczali każdego, jak leci. Co to w ogóle ma
      być?! Żeby liczba opasek na rękę nie zgadzał się z liczbą biletów?!

      Butelki z piciem: Ochrona wyrzucała plastikowe buteki z piciem bo organizator
      koncertu nie pozwolił ich wnosić bo mogą po stłuczeniu(!) mieć ostre
      krawedzie grożące zranienien innych uczestnikiów. Pomijając ten banał-po
      wejsciu na teren koncertu można bylo kupić picie w PLASTIKOWEJ BUTELCE-6zł za
      0,5l.napoju...

      Scena: Zapewnienia organizatorów przed koncertem: To będzie najwyższa scena w
      Polsce, 18 metrów. Może i miała,tyle że reżyserkę ustawiono na wprost sceny na
      tej samej wysokości i z sektorów B i C nie było nic widać bo zasłaniała
      połowę sceny!!

      Nagłośnienie: W dalszych sektorach nic nie było słychać!!! Osoby, które stały w
      sektorze A,piszą tutaj,że super koncert. Może i tak ale oni stali przy samej
      scenie!!Ludzie!! To nagłośnienie można porówanć do małego radyjka kuchennego!!
      I to ma być koncert rockowy?!Gwiazdy Pink Floyd?? W czasie koncertu, jak grali,
      słyszałem co mówią osoby stojące 3-4 metry ode mnie!!!I wcale nie podnosiły
      głosu!!! Do koncertu Jean Michel Jarre`a w zeszłym roku to oni nawet do pięt
      nie dorastają...Co chwilę krzyczeliśmy: Głośniej!Głośniej! bez rezultatu.

      Dobór repertuaru: Poza 4, no może 5-cioma bardziej znanymi utworami Pink
      Floydów reszta to jakies ballady!!! W pewnym momencie to zaczęliśmy się
      zastanawiać czy tej piosenki nie grają już po raz 2 czy 3...Utwory były tak
      nurzące i nomotematyczne, że ludzie - bez żadnej obłudy...zasypiali.

      Kontakt z publicznością: Jednye słowa po polsku jakie Gilmour wypowiedział w
      trakcie całego koncertu to : Dziękuję i Dobranoc. O Solidarności i o
      Robotnikach Stoczni Gdańskiej nie było nic...I to ma być koncert na 27 rocznicę
      podpisania Porozumnień Sierpniowych?? O atmosferze "koncertu" świadczą
      najlepiej reakcje publiczności: okrzyki "Dawaj dziadek!!" i "Zagrajcie
      wreszcie!!" były niejednokrotne. Część ludzi, i to wcale nie młodzieży,
      wychodziła...

      Koncert: nie do pomyślenia, żeby między kolejnymi granymi utworami były takie
      długie przerwy!! Nie wspomnę już o 20 minutowej(!) przerwie między częściami
      koncetru. I jeszcze to ostentacyje popijanie Gilmour`a z kubka, i jego
      komentarz; "It`s only polish vodka" - reakcje publiczności:"U nas w pracy się
      nie pije!!" i "Spokojnie to tylko geriavit..." Rzeczywiście. Przydałby mu się
      geriavit bo głosowo i wydolnościowo to widać było, że nie wyrabia...

      W prasie można przeczytać, że Gilmour dał świetny koncert. Podniecają się, że
      było 50tys. osób. Chwileczkę!! Przycież koncert był przewidziany na 100tys.
      osób!!! Fundacja Gdańska: Największe wydarzenie muzyczne XXI wieku. Chyba już
      zapomnieli o widowisku Jean Michel Jarre`a...

      Podsumowując, za te pieniądze nie warto było w najmniejszym stopniu przyjeżdzać
      do Gdańska!!! Ceny najtańszych biletów miały równowartość biletów najdroższych
      na występ Jean Michel Jarre`a w zeszłym roku. I tych dwóch wydarzeń nie ma co
      porównywać. Między nagłośnieniem, atmosferą koncertu, efektami specjalnymi jest
      P R Z E P A Ś Ć !!! Jestem bardzo ZWIEDZIONY tym co zobaczyłen,bo trudno mówić
      o usłyszeniu czegokolwiek!Organizatorzy zawiedli na całej lini!!!I nie jestem w
      tej opini osamotniony. Nawet jak wracałem na parking do samochodu to ktoś był
      tak zdenerwowany, że włączył w mieszkaniu przy Powalu Storomiejskim koncert
      Pink Floyd z Berlina... Musiał odreagować i wcale się temu komuś nie
      dziwię...Koncert David Gilmour`a - Głosu i Gitary Pink Floyd w Gdańsku to
      Ż A Ł O Ś Ć!!! I trudno znależć jakiekolwiek dobre strony tego wydarzenia,no
      może, że nie padało bo wtedy ludzie poszliby z tamtąd bez chwili wahania.

      Jeśli będzie organizowany koncert z okazji 27 rocznicy Sierpnia `80 to nie wiem
      kogo by musieli zaprosić aby zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywarli w tym roku.
      Z reszta, jeśli bedzie taki koncert to sto razy sie zastanowię zanim kupię
      bilet.
    • Gość: piotrek vader Historia według ex-Floydów IP: *.satfilm.net.pl 29.08.06, 13:59
      zawiedziony zes sie nameczyl i napisal tyle tego
      idz juz spac
    • Gość: IRR7 Historia według ex-Floydów IP: *.devs.futuro.pl 30.08.06, 12:13
      Cała muzyka Pink Floyd zapiera dech. Długo czekałam na taki koncert.Marzenie spełniło się, choć wszystkim przybyło lat - bez uszczerbku dla muzyki. Na koncercie w Gdańsku było dwóch stałych członków Pink Floyd: David Gilmour i Richard Wright.
    • Gość: Milos Historia według ex-Floydów IP: 195.136.23.* 31.08.06, 13:38
      W ogóle skład różnił się niewiele od składu, który grał jako Pink Floyd na
      trasie koncertowej Division Bell w latach 1994-95. Poza Gilmourem i Wrightem na
      obu trasach występowali John Carin, Guy Pratt i Dick Parry. Teraz zabrakło
      tylko Nicka Masona (może to i dobrze, zważywszy na jego obecną formę), no i
      zmiana na gitarze rytmicznej, ale mało znacząca - Phil Manzanera więcej sobą
      reprezentuje niż ówczesny gitarzysta (nie pamiętam nazwiska). Można więc
      powiedzieć, że było to prawie Pink Floyd. Choć prawie czasem czyni dużą
      różnicę :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka