Dodaj do ulubionych

Chyba warte przeczytania

07.03.04, 13:28
mazowsze.k-raj.com.pl/107477902390428.shtml
Obserwuj wątek
    • przycinek.usa Oooo! 07.03.04, 19:12
      Po ilosci wpisow sadzac, szalenie wiele osob zainteresowales!

      A przeciez jest to najwiekszy przekret w historii, majacy najwiekszy wplyw
      gospodarczy na spoleczenstwo...

      Najsmieszniejsze, ze NIKT statystycznie o tym NIE WIE.

      Przystawa pisze ten tekst tak, jakby mial czytelnika genialnego wiedzacego
      wszystko na temat. Tymczasem tak nie jest.

      Przewieczerski nie byl szefem. Ani jego synus. Szefem byl Zemek i jedna baba.
      To ze wypompowali pare miliardow dolarow to nic. Problem w tym, ze niejako przy
      okazji, z tej pompy skorzystaly banki zagraniczne i gigantyczne pieniadze
      drenowaly podatnika kieszen przez wiele lat.

      Ja mysle, ze to jest sprawa nie do wyjasnienia, dopoki faktycznie jak slusznie
      zauwazyl Przystawa, nie zostanie zmieniona ordynacja wyborcza na JOW.

      Ci sedziowie, co w tej sprawie orzekaja zupelnie nie zdaja sobie sprawy z wagi
      tego problemu.
    • przycinek.usa To tez warte przeczytania. Co to sie porobilo! 08.03.04, 04:53
      Niesprawdzeni

      Jozef Oleksy i Zbigniew Kaniewski - niekonstytucyjnymi ministrami?

      (INF. WL.) - Mamy do czynienia z ordynarnym lamaniem prawa przez najwyzsze
      organa wladzy, czyli przez prezydenta Polski i premiera - twierdzi Antoni
      Macierewicz, posel Ruchu Katolicko-Narodowego. - Powolali oni bowiem na
      ministerialne stanowiska ludzi, ktorzy nie zostali poddani procedurze
      sprawdzajacej, dzieki ktorej uzyskaliby dostep do dokumentow scisle tajnych, w
      tym do danych operacyjnych sluzb policji czy sluzb specjalnych.

      Rowniez Zbigniew Wassermann (PiS) oraz Jozef Gruszka (PSL), poslowie sejmowej
      Komisji ds. Sluzb Specjalnych, uwazaja, ze bardzo zle sie stalo, iz dwaj
      ostatnio powolani ministrowie - Jozef Oleksy, szef resortu spraw wewnetrznych i
      administracji, oraz Zbigniew Kaniewski, powolany na szefa resortu skarbu
      panstwa - maja dostep do materialow objetych najwyzsza klauzula tajnosci, mimo
      ze ich wiarygodnosc nie zostala sprawdzona przez odpowiednie sluzby.

      - O tym, ze Oleksy i Kaniewski nie zostali poddani procedurze sprawdzajacej,
      dowiedzialem sie kilka tygodni temu. Zaluje, ze nie zareagowalem od razu. Ale
      teraz, kiedy bede przewodniczyl Komisji ds. Sluzb Specjalnych, zajme sie ta
      sprawa - deklaruje posel Gruszka. Rowniez posel Wassermann przyznaje, ze
      komisja specjalna spoznila sie z reakcja o kilka tygodni. Poslowi
      Macierewiczowi natomiast - jak twierdzi - nawet do glowy nie przyszlo, zeby
      kandydaci na ministrow nie byli poddawani postepowaniu dopuszczajacemu do
      informacji scisle tajnych.

      Tymczasem, jak przyznal Andrzej Barcikowski, szef Agencji Bezpieczenstwa
      Wewnetrznego, tego rodzaju procedurze nie sa poddawani ministrowie juz od 5
      lat, czyli od czasu wejscia w zycie Ustawy o ochronie informacji niejawnych.
      Chodzi tylko o ministrow, ktorzy sa powolywani na miejsca opuszczone w
      dzialajacym juz rzadzie przez ich poprzednikow odwolanych przez prezydenta na
      wniosek premiera.

      Barcikowski przekonuje jednak, ze prawo nie zostalo zlamane, bo Oleksemu i
      Kaniewskiemu jako poslom przysluguje dostep do informacji tajnych. - Owszem, do
      tajnych informacji sa poslowie dopuszczeni, ale nie do scisle tajnych, a z tego
      typu informacjami zarowno szef MSWiA, jak i minister skarbu musza miec niemal
      codziennie do czynienia - odpowiada na to posel Wassermann. Jego zdaniem Oleksy
      i Kaniewski zostali ministrami z naruszeniem prawa.

      - Kandydat na ministra musi zostac poddany postepowaniu sprawdzajacemu, by
      otrzymac certyfikat dostepu do tajemnic chronionych najwyzsza klauzula, czyli
      do informacji scisle tajnych - zapewnia posel Wassermann. Twierdzi, ze naganna
      jest argumentacja podana przez Kancelarie Prezydenta i Kancelarie Premiera,
      wedlug ktorej procedury sprawdzajacej nie trzeba przeprowadzac w stosunku do
      kandydata na ministra, ktory byl poslem. - Podkreslam jeszcze raz: posel nie ma
      dostepu do informacji objetej najwyzsza klauzula tajnosci, chyba ze jest
      czlonkiem Komisji ds. Sluzb Specjalnych - mowi Zbigniew Wassermann, ktory
      zwraca tez uwage, ze wobec wicepremiera Oleksego toczy sie postepowanie
      lustracyjne, ktorego zadaniem jest ustalenie, czy zlozyl on zgodne z prawda
      oswiadczenie lustracyjne.

      Za niezgodne z prawem powolanie Oleksego i Kaniewskiego posel Macierewicz chce
      postawic przed Trybunalem Stanu prezydenta i premiera. Byly minister spraw
      wewnetrznych twierdzi, ze prawo w sposob jednoznaczny nakazuje sprawdzenie
      kandydatow na ministrow. - Mowi o tym 22 artykul Ustawy o ochronie informacji
      niejawnych, ktory jest napisany klarownie - przypomina Antoni Macierewicz i
      powoluje sie na opinie Biura Legislacyjnego Sejmu.

      Tymczasem prof. Stanislaw Gebethner, konstytucjonalista, uwaza, ze ani premier,
      ani prezydent nie zlamali prawa. Profesor podkresla, ze tryb powolywania
      ministrow okresla konstytucja, ktora nie przewiduje zadnego sprawdzania,
      podobnie jak nie nakazuje sprawdzania kandydatow na szefow resortow Ustawa o
      ochronie informacji niejawnych.

      - Mam nadzieje, ze prof. Gebethner nie czytal ustawy, bo w przeciwnym wypadku
      mialbym powazne watpliwosci, czy potrafi czytac - zlosliwie odcina sie posel
      Macierewicz. To wlasnie on ujawnil, ze Oleksy i Kaniewski nie maja prawa do
      informacji scisle tajnych. - Jezeli komisja ds. sluzb specjalnych wiekszoscia
      glosow uzna, ze nie doszlo do zlamania prawa, oddam sprawe do prokuratury -
      zapowiada.

      (K.W.)


      dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/02.28/Kraj/c3/c3.html
    • przycinek.usa I to ciekawe. Same fajne kwiatki. 08.03.04, 05:00
      Zbigniew Bartus Ucieczka z ziemi obiecanej

      - W Polsce gangsterzy spia spokojnie - uwaza Fryderyk. - Dlaczego uczciwych sie
      wykancza?

      To dziwne, ale - choc nigdy sie nie spotkali, wiec nie mogli tego uzgodnic -
      zadzwonili niemal rownoczesnie pod koniec stycznia. Z identycznym haslem: "Mam
      dosc tego kraju! Wyjezdzam. Moja noga wiecej tu nie postanie!".

      Dwie rozne historie, dwaj rozni ludzie, odmienne pokolenia, zawody i prowadzone
      w Polsce biznesy. Dwa rozne obywatelstwa - obok polskiego, ktorego w nerwach
      chca sie teraz zrzec. Ostateczna decyzja - taka sama.

      Fryderyk, wyprostowany 56-latek z nerwowym tikiem lewego oka, mowi, ze zna
      wielu ludzi, ktorzy powrocili do Polski tylko po to, by sie zniechecic. O 12
      lat mlodszy Piotr - Peter uwaza, ze i inni beda wyjezdzac. Kiedy straca
      nadzieje, ze nasza obecnosc w Unii cos zmieni.


      Nadzieje

      Czemu wrocili? Sentyment do ojczyzny, jezyka, rodakow? I on mial znaczenie.
      Polska jawila sie jednak przede wszystkim jako nowa ziemia obiecana - uwolniona
      z pet komunistycznej biurokracji i geopolitycznych uzaleznien, glodna
      gospodarczego sukcesu. Wydawalo im sie, ze warto dla niej opuscic mala
      zachodnia stabilizacje.

      - Zobaczylem kraine eksplodujacej przedsiebiorczosci - wspomina Fryderyk, ktory
      wrocil zaraz na poczatku przemian, pod koniec roku 1990, po 22 latach
      nieobecnosci.

      - Biznesmenem zostal nawet wujek slusarz, ktorego nigdy bym o to nie
      podejrzewal - mowi Piotr, ktory wrocil latem 1991.

      Latwo bylo wtedy zalozyc firme - podkreslaja. - Stara biurokracja czmychnela w
      poplochu, nowa nie zdazyla jeszcze powstac. Ustawa o przedsiebiorczosci liczyla
      niespelna 30 artykulow. Kazdy mogl ja zrozumiec. Podatki? Wystarczyla ksiegowa
      na dwie godziny w miesiacu.

      Fryderyk i Piotr pomysleli, ze z zachodnim doswiadczeniem i kapitalem, a przy
      tym ze znajomoscia regul obowiazujacych na Dzikim Wschodzie i wyczuciem
      tutejszej mentalnosci poradza sobie bez trudu. I dlugo sobie radzili.


      Motywy

      Fryderyk, zanim w 1968 roku wyjechal do Niemiec (przez... USA), byl inzynierem
      w krakowskim zjednoczeniu budowlanym, kierownikiem kilku budow. W RFN zaczepil
      sie w firmie sprzatajacej kuzyna, Slazaka, ktory wyjechal z Bytomia zaraz po
      wojnie. Firma byla nieduza, ale miala stala robote - dzieki dlugoterminowym
      umowom. Fryderyk pomogl ja rozbujac - zaczela z powodzeniem swiadczyc
      specjalistyczne uslugi remontowo-konserwatorskie, a potem rowniez wypozyczac
      sprzet.

      Po siedmiu latach zostal wspolnikiem kuzyna, wiceprezesem. Na poczatku lat 80.
      mial w prestizowej dzielnicy 400-metrowy dom, w ktorym zamieszkal wraz z druga,
      mlodsza o 11 lat, zona, efektowny ogrod, staw, dwa mercedesy. Przez lata
      pomagal dwojce pozostawionych w Krakowie dzieci z pierwszego malzenstwa -
      Malgosi, rocznik 1967, i o rok mlodszemu Jackowi. I to wlasnie ta dwojka
      sciagnela go z powrotem do Polski, powtarzajac w kolko: - To juz calkiem inny
      kraj!

      Piotr polecial do Nowego Jorku latem 1981 r., byl wtedy po czwartym roku
      anglistyki i pierwszym politologii. Zaczepil sie u brata babci, w Connecticut,
      godzine jazdy pociagiem z Manhattanu. Tyral na czarno, zasiedzial sie pare
      miesiecy, w Polsce wprowadzono stan wojenny, nie bylo powrotu.

      Poznal mloda Polke. Po roku pobrali sie, przeprowadzili pod Waszyngton, gdzie
      ona znalazla prace. Poszczescilo sie i jemu - dostal robote w podbijajacej
      rynek firmie informatycznej, po niecalych dwoch latach zostal menedzerem
      sredniego szczebla. Kupili na raty niewielki dom na przedmiesciach stolicy i
      wyposazyli go - jak na owczesne polskie warunki - luksusowo. Mieli juz wtedy
      dwojke synow - rocznik 1983 i 84. Pod koniec lat 80. ich malzenstwo zaczelo sie
      jednak rozpadac.

      Zona Piotra calkowicie odciela sie od polskosci. Nie uzywa jezyka, nie
      interesuja jej wiesci znad Wisly (cala rodzina siedzi od lat w Kanadzie), nie
      przyznaje sie do pochodzenia. Piotr - odwrotnie. Zawsze afiszowal sie ze swa
      europejskoscia, a synom od malego wpajal patriotyczne wartosci. W roku 1991
      postanowil odwiedzic pozostawionych w Tarnowie rodzicow. Po bardzo dlugiej
      rozmowie z zona zabral w te podroz dzieci.

      To go dopadlo w czasie wycieczki do Krakowa: stanal posrodku Rynku - bylo
      pieknie, poczatek wiosny - i nagle uswiadomil sobie, ze chce tu wrocic.
      Spotykal starych znajomych. Polowa prowadzila jakis biznes, reszta poladowala
      na wysokich stanowiskach - w urzedach, w prasie, w zagranicznych firmach. - To
      nowy kraj! - przekonywali z entuzjazmem.

      Nie zaklocily tego obrazu opowiesci zgorzknialego, zwolnionego z "Azotow",
      ojca. Dwa miesiace pozniej Piotr wrocil do Polski. Na stale - tak mu sie
      wydawalo.


      Policja

      Fryderyk zalozyl firme budowlana, prowadzil ja trzy lata, polykajac po drodze
      kilka upadajacych zakladow, ale zauwazyl, ze na rynku jest ciasno. Postawil
      wiec na wypozyczalnie specjalistycznego sprzetu. To byl strzal w dziesiatke.
      Jego maszyny pracowaly na budowach w calym kraju, stale dokupywal nowe, na
      kredyt i w leasingu.

      Piotr wraz z kolegami prowadzil dwie firmy: reklamowa i informatyczna. Ta druga
      chwycila. Startowali w przetargach na komputeryzacje nieduzych zakladow i
      placowek publicznych, zbili na tym spory majatek, pobudowali domy, kupili
      luksusowe auta, pomagali rodzinom.

      U Fryderyka zniechecenie zaczelo sie jak w niemieckich dowcipach o Polakach. W
      niecaly rok, w trakcie sluzbowych wyjazdow do Warszawy, ukradziono mu trzy
      mercedesy. Do pilnowania ostatniego wynajal ochroniarza. - Poszedl chlop za
      potrzeba, w krzaki. Dostal w leb. Auto zniklo w 15 sekund. Policja pojawila sie
      w godzine po wezwaniu - opowiada Fryderyk, ktory wyobrazal sobie, ze stroze
      prawa zarzadza blokade drog i poscig. Chodzilo przeciez o auto warte pol
      miliona zlotych! Ale gliniarz tylko sie rozesmial: - Pan wie, ile u nas mercow
      kradna? Niech pan lepiej pociagiem jezdzi.

      Na dwupasmowce z Lodzi do Katowic w bialy dzien bandyci ukradli mu tez sluzbowa
      furgonetke. Zostal w podkoszulce, ale mial za paskiem komorke. Wezwal policje.
      Bez efektu. - Potem zwraca sie do mnie gnojek, zebym "odkupil" vana za 10
      tysiecy. Pod okiem policji zaplacilem. I te pieniadze znikly, auta nie
      odzyskalem. Zlapali tylko malolata, co pieniadze odebral. Policjant mowil
      potem, ze dzieciak posiedzial dwa dni w izbie dziecka i nawial, zeby kroic
      kolejne auta. I tak w kolko.

      Piotr poznal policje przy innej okazji. Pod koniec 1999 roku komputeryzowal
      slaska firme I.: kilkadziesiat stanowisk, dosc skomplikowana siec (trzy
      budynki), modemy, serwery, skanery, drukarki, laptopy dla prezesow... Wartosc:
      prawie 300 tys. zlotych. Firma I. nie zaplacila. Telefoniczne monity, pisemne
      ponaglenia, sadowy nakaz zaplaty - wszystko na nic. Komornik zawiesil
      egzekucje: spolka I. zostala przejeta za dlugi przez inna firme. Piotr
      dowiedzial sie, ze to nie pierwszy taki numer tych samych, powiazanych ze soba,
      ludzi. Zlozyl doniesienie do prokuratury. Sledztwo umorzono.

      - Juz po pierwszej rozmowie z prowadzacym sprawe policjantem wiedzialem, ze tak
      bedzie. Nie mial pojecia o funkcjonowaniu spolek, w zyciu nie czytal kodeksu
      handlowego, przestepstwa gospodarcze to byla dla niego czarna magia - mowi
      Piotr.

      Grupa odpowiedzialna za jego nieszczescie wykonczyla potem jeszcze przynajmniej
      kilkadziesiat firm. Jej liderzy chodza na wolnosci. - H., mlodszy ode mnie,
      mieszka "u tesciowej" i jezdzi luksusowa terenowka nalezaca "do ciotki". Sam
      nie ma nic. Ostatnio spotkalem go na Rynku - wychodzil z "Sephory" z torba
      luksusowych kosmetykow. Na moj widok zaczal sie smiac.


      Wstyd

      Fryderyk podkresla, ze staral sie dorobic w Polsce tak jak w Niemczech -
      uczciwie, na ile to bylo mozliwe. Uczyl tego dzieci, ktore mialy po nim przejac
      kwitnacy biznes. Oczywiscie, "jak wszyscy" dawal zleceniodawcom, zwlaszcza
      publicznym, "dole" za zamowienia. Oczywiscie, "przyspieszal" sprawy w urz
      • przycinek.usa dokonczenie 08.03.04, 05:01
        (...) w urzedach. Ale nigdy nikogo nie okradl: ani w majestacie prawa, ani w
        zaden inny sposob. Zawsze placil kontrahentom - i oni starali sie placic jemu. -
        To sie zalamalo piec lat temu - mowi. - Najpierw uczciwe firmy, z powodu
        przeinwestowania, blednych prognoz zaczely miec klopoty i... zauwazyly, ze
        mozna nie placic wierzycielom calkiem bezkarnie. Potem ruszyla lawina cwaniakow
        korzystajacych z tejze bezkarnosci.

        Poplynal w krotkim czasie na ponad milion zlotych. Kolejne 400 tys. stracil na
        sady i nieskuteczne windykacje komornicze. Ma w reku plik wyrokow nakazujacych
        dluznikom natychmiastowa zaplate. I nic. Nic - poza tym, ze musial zwolnic
        pracownikow, bo nie wystarczyloby mu na zaplate podatkow. - A podatki - jak
        stwierdzila pani ze skarbowki - rzecz swietsza od wyplat.

        Piotr obserwowal to samo: dla wielu ludzi sposobem na biznes stalo sie mnozenie
        spolek i przepuszczanie przez nie majatku, najlepiej cudzego. - Zaciaganie
        kilkunastu kredytow pod zastaw tej samej nieruchomosci? - normalka.
        Wyprowadzanie majatku z upadajacej spolki, zeby nie placic wierzycielom? -
        codziennosc. "Kupowanie" firm bez zaplaty, po to, by wyssac z nich majatek lub
        wziac kredyty pod jego zastaw? - chleb powszedni - wylicza.

        Kilka lat temu uczestniczyl w glosnej konferencji na temat etyki w biznesie.
        Nobliwi patroni, czolowi politycy i biznesmeni, aktorzy, gwiazdy TV. - Mam
        wielu znajomych w Business Centre Club. Jeden z nich opowiada mi na
        konferencji, ze inny czlonek klubu wyrolowal go na milion zlotych - nie chce
        zaplacic za budowe hali dla zagranicznego inwestora. Miesiac pozniej ja jestem
        u tego drugiego biznesmena, bo mi wisial kilkadziesiat tysiecy. Na scianie
        dyplomy Fair Play. Mowi, ze na razie nie zaplaci, bo go paru innych wyrolowalo.
        Pytam: nie wstyd ci? Twoja zona wspolorganizowala konferencje o etyce! On na
        to: "Wstyd w biznesie jest rzecza wzgledna".


        Sady

        Nie mogac odzyskac pieniedzy na drodze cywilnej, Fryderyk skierowal doniesienia
        do prokuratury na wierzycieli. Dwie sprawy umorzono, trzecia toczy sie od dwoch
        lat, czwarta, najwieksza, trafila, z uwagi na siedzibe sprawcy, do wydzialu
        karnego Sadu Rejonowego w Warszawie Srodmiesciu. Przez poltora roku nie udalo
        sie wyznaczyc terminu pierwszej rozprawy.

        Po ustnych i pisemnych interwencjach szefowa wydzialu powiedziala Fryderykowi,
        ze 13 zatrudnionych u niej sedziow (w tym czterech nominowanych, reszta to
        asesorzy z krotkim stazem) ma do rozstrzygniecia blisko 10 tys. spraw. Sa wsrod
        nich najwieksze afery gospodarcze w kraju, w ktorych liczba pokrzywdzonych
        przekracza tysiac, a wyludzone kwoty - 200 mln zlotych. I te sprawy tez czekaja
        na szczesliwe rozpoczecie.

        Fryderyk mowi, ze sprawcy i animatorzy najwiekszych afer w poludniowej Polsce,
        tworcy wydmuszek i inni przekreciarze, z drobnymi wyjatkami ciesza sie
        wolnoscia. - Jesli ich sprawy nie zostaly umorzone, to czekaja grzecznie -
        calymi latami - na rozpoczecie procesow. I - przez podstawione osoby - robia
        kolejne biznesy - Fryderyk sypie nazwiskami i adresami.

        Piotr, dzieki sprawnemu adwokatowi, zalatwil w sadach cywilnych wszystko, co
        chcial. Teoretycznie powinien dzieki temu odzyskac pieniadze - w sumie dwa
        miliony zlotych, nie liczac odsetek. I w koncu odzyskal wiekszosc podstawowej
        kwoty. Ale wczesniej firma padla, a on stracil dom, wyposazenie, samochody -
        caly majatek. Twierdzi, ze stalo sie tak nie z powodu przekreciarzy, ale z winy
        fiskusa, ktory za dobre karze, a za zle wynagradza.


        Skarbowka

        Fryderyk tez uwaza, ze gdyby nie dzialania skarbowki, przetrwalby nalot
        przekreciarzy. Zostaloby mu moze kilka maszyn, odbudowalby biznes i jakos
        dotrwal do przewidywanego ozywienia gospodarczego. Ludzie mieliby prace, a
        panstwo - dochody z podatkow. Urzednicy fiskusa mieli to jednak gdzies.

        Apogeum katastrofy nastapilo latem zeszlego roku. Dal maszyny koledze,
        solidnemu platnikowi, na budowe marketu. Inwestorem byla znana francuska firma
        pracujaca dla - rowniez francuskiej - sieci. W czerwcu okazalo sie, ze Francuz -
        ktory pozakladal w Polsce kilkadziesiat spolek - ma klopoty. Nie placi nikomu.
        Rozlozyl juz ze setke mniejszych firm.

        W lipcu niezaplacone faktury opiewaly na prawie milion zlotych. - Po raz
        kolejny musialem zaplacic podatki od kwoty, ktorej nie widzialem na oczy. Urzad
        Skarbowy upomnial sie o VAT. Tlumaczenia, ze nie otrzymalismy zadnych
        pieniedzy, nie wzbudzily zainteresowania. Podobnie jak prosba rozlozenia
        platnosci na raty. Urzad zablokowal nam konta, momentalnie rzucily sie na nas
        banki i firmy leasingowe. Pierwsze wypowiedzialy kredyty, drugie zazadaly
        zwrotu maszyn. Dostawcy mediow odcieli, co sie dalo. TP SA wylaczyla telefony.

        Zrobil wtedy krotkie podsumowanie: "Przejechalem po budowach w calej Polsce 300
        tys. kilometrow, ostatnio, jak radzil policjant, pociagami. Pracowalem wraz z
        dziecmi po 14-16 godzin na dobe, nocami, w niedziele. Od lat nie spalem wiecej
        niz 5-6 godzin. Nie pamietam, kiedy bylem na wczasach. Pracownik skarbowki, z
        komorniczym nakazem w reku, powiedzial mi, ze trzeba bylo zostac w Niemczech.

        Rowniez Piotr, z powodu zablokowania kont przez skarbowke, stracil plynnosc
        finansowa. - Urzednicy nagminnie nachodzili nasze domy i nasza firme, nie
        rozumiejac, ze nie mamy z czego zaplacic. Ze nasi sprytni wierzyciele jedza za
        te pieniadze wykwintne obiady, kupuja kochankom kosmetyki. Odsetki skarbowe i
        zusowskie za nieterminowe platnosci przekroczyly wielokrotnie odsetki, ktore
        moglibysmy dostac od naszych dluznikow. Urzad Skarbowy i ZUS, majac
        taka "lokate" w naszej firmie, ociagnely rentownosc rzedu 35 procent. My, po
        dlugich bojach w sadzie, moglismy liczyc najwyzej na 10 procent.

        W Stanach urzednik skarbowki tez ma wielka wladze - dodaje Piotr - ale korzysta
        z niej roztropnie, zeby w poszukiwaniu przestepcow nie zgniesc ludzi uczciwych.
        Nim dojdzie do karania, urzednik sprawdza dokladnie, czy przypadkiem
        niezaplacenie podatku nie bylo wynikiem bledu - i wzywa podatnika do jego
        naprawienia. Nie chodzi bowiem o to, by zniszczyc biznes, tylko o to, by on sie
        rozwijal - regularnie placac podatki. Przeciez to logiczne.

        Nie w Polsce. - Gangsterzy spia spokojnie - uwaza Fryderyk - Dlaczego uczciwych
        sie wykancza? Bo to latwe: uczciwi maja majatek widoczny jak na dloni, latwo go
        zajac, latwo zablokowac konta, latwo windykowac nawet urojone naleznosci.
        Urzednicy dostaja od tego 20 procent w postaci premii. A z gangsterami,
        notorycznymi zlodziejami, nigdy nie wiadomo. Moga sie mscic, a poza tym sa
        calkiem goli. Majatki, auta, konta - wszystkim dysponuja figuranci. Po co sie w
        tym babrac?


        Bilans

        Obaj powtarzaja jak refren:

        - Po tym, co nas spotkalo, nikt z naszych dostawcow, zaufanych dotad partnerow,
        kontrahentow juz nam nie wierzy. Nie dziwimy sie. Stracilismy twarz. Zgodnie z
        polskim prawem to my jestesmy przestepcami. To gorsze niz utrata majatku.

        Zauwazam, ze wielu przedsiebiorcow w kraju przezylo podobne historie: nadzialo
        sie na nierzetelnych platnikow, na oszustow, wykloca sie na co dzien z
        niesprawna policja i prokuratura, przeklina powolnosc sadow, obserwuje ze
        zdumieniem dzialania skarbowki i komornikow. I nie ucieka.

        - Ale ja mam porownanie: jak jest tutaj - i tam, w bardziej cywilizowanym
        kraju - tlumaczy Fryderyk.

        - Nie wiem, czy cokolwiek zwalczy to, co mnie z Polski przegnalo - rzuca do
        telefonu Piotr - a moze juz tylko Peter. W tle slysze okrzyk "wsiadac prosze" i
        odglos ruszajacego pociagu. W jedna strone?
        • przycinek.usa link. 08.03.04, 05:03
          dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/02.28/Pejzaz/01/01.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka