1tomasz1
17.10.05, 09:16
Bezrobocie widmo
Tygodnik "Wprost"
Wielu polskich bezrobotnych jest gotowych dać łapówkę, by nie trafić do
legalnej pracy
Tu na tej ziemi, poza ludźmi sukcesu mamy też przynoszące hańbę Polsce
bezrobocie - grzmiał na jednym z wieców Lech Kaczyński. - Zatrudnisz nowego
pracownika - otrzymasz o tysiąc złotych w każdym miesiącu niższy podatek CIT,
zatrudnisz dwóch - dwa tysiące". Tymczasem Polacy jakby nie chcieli korzystać
z oferty kandydata na prezydenta, bo w Polsce to nie ludzie szukają pracy,
lecz praca szuka ludzi. - Dobrego kucharza do naszej restauracji Belvedere
szukamy w Polsce zwykle dłużej niż pół roku - opowiada biznesmen Jerzy Starak.
- Od kilku miesięcy bezskutecznie próbuję zatrudnić kilku cukierników - żali
się Andrzej Blikle. - Ciągle poszukujemy otwartych, kreatywnych menedżerów
średniego szczebla, fachowców do laboratoriów itp. - mówi Henryk Orfinger,
współwłaściciel firmy Eris. Firma Knauf Polska, która pilnie szuka do pracy
tysiąc osób, mogłaby od ręki zarabiać na ofercie lidera PiS milion złotych
miesięcznie, Straż Graniczna, która potrzebuje ponad 1300 funkcjonariuszy, 1,3
mln zł. A to tylko dwa przykłady z liczącej ponad pół miliona ofert polskiej
listy pracy. Przedsiębiorcy nie zarobią jednak tych pieniędzy, bo nie mogą
znaleźć chętnych do pracy. Tymczasem oficjalnie bezrobocie jest u nas
największe w Unii Europejskiej (ponad 18 proc.). Z opublikowanej ostatnio
bardzo ostrożnej "Diagnozy społecznej" wynika jednak, że bezrobocie wynosi w
Polsce 10-12 proc. Ostrożnej, bo badanie przeprowadzono na zasadzie
dobrowolnych ankiet (pytani mogli ankieterów wprowadzić w błąd, a - jak wynika
z ocen socjologów - tam gdzie może to być dla nich niekorzystne - na ogół tak
robią). Jeżeli do pracujących na czarno doliczymy tych, którzy zarabiają na
życie za granicą (tylko do Londynu wyjechało w ostatnim roku 300 tys.
Polaków), okazuje się, że pracy nie może znaleźć w Polsce 5-6 proc. zdolnych
do niej osób (głównie są to ludzie o bardzo niskich kwalifikacjach,
mieszkający na przykład w dawnych PGR). To tylko o 1-2 proc. więcej niż w
uznawanych za eldorado dla szukających pracy Stanach Zjednoczonych.
"Chciałem zatrudnić ludzi przez urząd pracy. Proponowałem 1500 zł na rękę, ale
trzeba było coś umieć (potrzebowałem mechaników). Wszyscy, którzy się
zgłosili, powiedzieli, że interesuje ich tylko pieczątka potwierdzająca, że
byli na rozmowie, bo pracę mają za większe pieniądze, ale chcą jeszcze mieć
zasiłek" - napisał na forum internetowym poświęconym biznesowi
(biznes.onet.pl) jeden z przedsiębiorców, komentując informacje o polskim
bezrobociu. Podobnych opinii jest na forum kilka tysięcy. To kolejny dowód
potwierdzający diagnozę, że nasza gospodarka zachorowała na tzw. europejską
chorobę. Bezrobocie w "starych" krajach Unii Europejskiej wynosi oficjalnie
mniej więcej 8 proc. (bez pracy pozostaje 15 mln osób). Jednocześnie jest tam
prawie 3,5 mln miejsc pracy (w tym milion w Niemczech), których obywatele
piętnastki najzwyczajniej w świecie nie chcą. Chociaż w Polsce oficjalne
statystyki bezrobocia są zatrważające, to również u nas pracy nie chce ponad
milion osób; coraz częściej zastępują ich gastarbeiterzy zza wschodniej granicy.
Akcyza na pracę
- Bezrobocie jest wielką plagą Polski, a w ostatnim okresie w ogóle się o tym
nie dyskutuje, debata publiczna o bezrobociu zamarła - grzmiał podczas
kampanii wyborczej Marek Borowski. Gdyby lider SDPL, ekonomista z zawodu,
przyjrzał się statystykom GUS, pewnie sam przestałby tak dużo mówić o
"wielkiej pladze Polski". Zasady ekonomii podpowiadają, że ludzie, którzy
stracili pracę, a więc i zarobki, powinni drastycznie ograniczać wydatki.
Tymczasem w Polsce nie ma zależności między oficjalnym bezrobociem a wydatkami
gospodarstw domowych. W latach 1997-2002 bezrobocie wzrosło dwukrotnie (z 10
proc. do 20 proc.). W tym samym czasie wydatki na konsumpcję zwiększyły się z
296 mld zł do 510 mld zł. Gdyby faktycznie co piąty Polak nie miał pracy,
wzrost konsumpcji powinien się albo zatrzymać, albo być bardzo wolny,
tymczasem jego tempo się nie zmieniło. Oznacza to, że faktycznie nie tyle
mieliśmy do czynienia ze wzrostem bezrobocia, ile ze zmianą formy zatrudnienia
z legalnej na pracę na czarno. Polskich "statystycznych bezrobotnych"
produkuje władza, opodatkowując pracę jako towar luksusowy. Za zatrudnienie
pracownika pracodawca musi płacić podatek sięgający 80 proc. wynagrodzenia.
Pracujący bezrobotni
Rąk do pracy potrzebują dziś przedsiębiorcy praktycznie wszystkich branż.
Powody? Rozdęta do granic absurdu szara strefa i socjalna nadopiekuńczość
państwa. Ludziom bardziej się opłaca utrzymywać status "pracującego
bezrobotnego", niż podjąć legalną pracę. Na przykład Wólczanka od dłuższego
czasu bezskutecznie poszukuje około 50 osób zajmujących się szyciem i
krawiectwem. Kłopoty ze znalezieniem pracowników mają nawet ci pracodawcy,
których wymagania w stosunku do zatrudnianych są minimalne. - W liczącej 2 mln
mieszkańców Warszawie przez dwa tygodnie znaleźliśmy tylko pięć kasjerek
chcących pracować w nowo powstałym supermarkecie - informuje Tomasz
Szpikowski, prezes i współwłaściciel Work Service, największej polskiej
agencji pracy tymczasowej. Od kilku miesięcy jego firma nie może znaleźć
chętnych do pracy w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem (500 miejsc pracy).
Potrzebni są m.in. mechanicy, montażyści i robotnicy (oferowana płaca - 2 tys.
zł brutto). Dwieście miejsc pracy czeka na chętnych w podwarszawskiej gminie
Teresin. - Gdy dostaliśmy oferty pracy dla 50 bezrobotnych, tylko dziesięciu z
nich zastaliśmy w domu, a jedynie pięciu było wstępnie zainteresowanych
rozmową z ewentualnym pracodawcą, podjęciem pracy - najwyżej jeden - mówi
Jarosław Namaczyński, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Łobzie.
Przerwa na budowie
Brak rąk do pracy najbardziej widać w branży budowlanej. Nie ma murarzy,
tynkarzy, ślusarzy, zbrojarzy, posadzkarzy... Według szacunków Polskiego
Stowarzyszenia Budowniczych Domów, "od zaraz" potrzebnych jest 20 tys.
robotników budowlanych. Z kolei według GUS, aż 200 tys. robotników budowlanych
jest bezrobotnych. - To kpina - denerwuje się Dariusz Gralewski, prezes firmy
budowlanej Varia APD. - Bezskutecznie poszukuję 50 pracowników. Non stop
ogłaszamy się w prasie - opowiada Gralewski. Na spotkania, które organizuje w
sprawie pracy, przychodzi po kilkaset osób, ale tylko dlatego, że kazano im to
zrobić w urzędzie pracy. - Mamy problemy ze znalezieniem robotników.
Specjalistów po prostu brakuje - wtóruje mu Marek Michałowski, prezes
Budimeksu. Sytuacji na tym rynku nie ratuje wzrost wynagrodzeń, który w
ostatnim roku wyniósł ponad 30 proc. - W ostatnim roku dwukrotnie podnosiłem
pensje. Raz - o 25 proc., potem - o 20 proc., a do tego dochodzą premie. Moi
pracownicy budują sobie domy, kupują samochody - informuje Gralewski.