asteria7
21.12.12, 21:19
Dzień dobry,
temat postu to słowa mojej przyjaciółki, która w taki sposób określiła osoby dużo pijące, lecz wciąż radzące sobie samodzielnie w pracy, w domu, utrzymujące nie najgorsze relacje. Zdaje się, że właśnie z kimś takim mam do czynienia i tracę już wszelką nadzieję.
Jesteśmy parą od niemal 10 lat. Właśnie oczekuję naszego pierwszego dziecka i zaczynam myśleć, że chyba wolę wychować to dziecko bez ojca niż mam pozwolić, by widziało go niemal codziennie z piwem (nigdy jednym, dwoma, zawsze z m.in. trzema a czasami z większą ilością), winem (jedna butelka to za mało, musi sobie do niej dokupić piwo czy dwa) lub z whisky.
Po wielu kłótniach, prośbach, rozmowach - nie pije dwa dni w tygodniu. Miało być więcej, ale rzadko udaje się, by były to trzy dni, cztery dni z rzędu to się nie zdarzyły odkąd jesteśmy razem. Początkowo zaskakiwało mnie to codzienne kupowanie piwa, ale podchodziłam do tego na luzie. Nigdy nie miałam do czynienia z alkoholizmem, w domu rodzinnym alkohol nie był nadużywany, więc nie widziałam w nim przyczyny "całego zła", jak to mają często osoby, które wyszły z rodzin uzależnionych. Uważałam, że do momentu, do którego jest to nie konieczna rozrywka, jest ok. Zresztą sama lubię wypić piwo, spotkać się w pubie z przyjaciółmi, rozmawiać, żartować itp. Pewnie to był mój pierwszy błąd.
Jednak w pewnej chwili dotarło do mnie, że ten alkohol jest cały czas. Tj. co wieczór - bo w dzień mój mąż jest całkiem zaradnym i trzeźwym człowiekiem, który z powodzeniem prowadzi własną firmę, uprzejmą, miłą osobą dbającą o mnie i o dom. Dlatego napisałam, że ogarnia. I tylko wieczór nie może obyć się bez alkoholu. Nie przesiaduje w barach, nie wraca na czworakach do domu, nie zatacza się. Pije w domu. Sam. Swego czasu, zanim do mnie dotarło co się dzieje, pił też ze mną. Po prostu przynosił kilka piw, dobre wino i ja nieświadomie mu w tym pomagałam. Wreszcie zaczęło mnie to niepokoić, a w pewnej chwili poczułam się wręcz zachęcana do picia. Mówiłam, że nie chcę, zachęcałam, by też nie pił, parzyłam najlepsze herbaty i kawy, jakie mąż zwoził z różnych stron świata, które miałam nadzieję - zachęcą go do spędzenia wieczoru bez szklanki, ale nic z tego. Po prostu przychodzi określona godzina i on musi sięgnąć po szklankę.
Po alkoholu zamyka się w sobie i w swoim świecie. Siedzi przed komputerem, rozmawia na forach - w sumie nie wiem, co robi. Swojego prawa do picia broni, jakby było samą wolnością w najczystszej postaci - tak przynajmniej ja to odbieram. Nie potrafi przestać do chwili, aż skończy się alkohol. Palców jednej dłoni jest za dużo, by policzyć ile razy w miesiącu skończył picie pozostawiwszy w lodówce pełne piwo czy resztkę wina w butelce. Wiem, że kilka razy, kiedy widocznie czuł się niedopity, wykorzystał nawet alkohole, które służą mi do wypieków - rum w małej buteleczce, likier itp. Kiedy przy okazji pieczenia znajdowałam puste butelki, choć pamiętałam, że wcześniej wykorzystałam z nich np. kieliszek, wmawiał mi, że zapomniałam, że już dawno były puste.
Przez rok chodziliśmy na terapię małżeńską. Przestaliśmy, bo mąż uznał, że nie ufa naszemu terapeucie, bo zawsze bierze moją stronę. Po ostatniej poważnej kłótni, kiedy powiedziałam mu, że nie będę wychowywała dziecka z osobą, która każdy wieczór spędza ze szklanką i jest skupiona przede wszystkim na sobie, poszedł na terapię indywidualną. Do tej pory był dwa razy, więc to zdecydowanie za mało, by móc wyciągnąć jakieś wnioski. Nie bije, nie poniewiera, nie wyzywa, nie ma zaległości w pracy, które musiałabym kryć, nie muszę czyścić po nim domu, zbierać rzygowin - bo do tego nigdy nie dochodzi. I m.in. dlatego nie wiem, co robić. Czytałam o twardej miłości, o tym, by nie otaczać alkoholika opieką. Nie otaczam opieką, bo też nie mam czego za niego zrobić. Po prostu żyję w związku z dwoma osobami - jedną od rana do 20 - i to jest mój fajny, kochany, przystojny i opiekuńczy mąż, oraz drugą od 20 - zamkniętym w sobie mężczyzną, który dolewa sobie kolejne szklanki siedząc przed komputerem. Jestem przerażona. Również tym, jak długo zajęło mi, zanim to tak jaskrawie zauważyłam. Myślę o wizycie w jakimś ośrodku dla osób uzależnionych i współuzależnionych, ale kiedy czytam o takich przypadkach - w większości nie pokrywają się z tym, co ja widzę w domu. Czy jest jakiś sposób postępowania z takimi osobami? Jakieś rady, których możecie mi udzielić?
Mąż uważa mnie za wariatkę. Że powinnam się leczyć, bo wymyślam sobie ten jego alkoholizm. Przecież nie rzyga, nie awanturuje się. Po prostu lubi wypić - to jego słowa. Kiedy mu w złości powiedziałam, że chcę wybrać się do ośrodka, wściekł się. Zaczął krzyczeć, że tam dopiero zobaczę jaką wariatką jestem, kiedy dowiem się kim naprawdę jest alkoholik. On z alkoholem problemów nie ma.
Powiedzcie mi, czy ja zgłupiałam i coś sobie wmówiłam, czy to on próbuje ze mnie zrobić głupią, bo już nie potrafię racjonalnie ocenić tej sytuacji.