01.08.06, 02:38
Wszedł na górę. Stała tam. Nie widział jej kilka tygodni. Boże. Żal ścisnął mu
gardło. Na tle obskurnej Klatki schodowej ta biedna istota. Jej piękno i
inteligencja. Jej bezradność wobec życia w tej pieprzonej nędzy. Spuściła
głowę. Coś trzymała w rękach. Wokół ściany, kiedyś jasnoseledynowe. Zapach
Klatki wypełniał mu nozdrza. Chryste dlaczego ona tkwi w tym bagnie? W innych
okolicznościach mogłaby... ech, mogła by być każdym. Podszedł kilka kroków,
podniosła lekko oczy. Otumanione heroiną, jednak nadal takie rozumiejące i
mądre. Nie musieli nic mówić. Znali się prawie całe życie. Spędzili wieczność
rozmawiając na Klatce. O wszystkim, o niczym, o życiu, filozofii, religii,
śmierci, o nich, o nim, o niej. A teraz? Staczała się, leciała szybko w dół.
Spojrzeli sobie w oczy. Tracił ją, wiedział o tym. Ta jej niewinność. Co za
tragedia. Znali swoje myśli, wiedziała co on chce powiedziać, on wiedział co
ona by odpowiedziała. Kochała życie, korzystała z niego. – Spójrz jaka piękna.
Pokazała co trzymała w ręku. To była bąbka choinkowa. Fioletowa. Bez żadnych
ozdób. Odbijało się w niej słabe światło jarzeniówki...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka