witajcie wszyscy forumowicze!
opowiem wam moją historię
rok temu zaczęlismy z mężem starania o dzidziusia. Odstawiłam diane, dostałam
luteinkę od mojej gin aby wyregulować cykle, po miesiącu zrobiła się torbiel
i znowu hormonki aby się wchłonęła. W styczniu nowe starania z clo i
duphastonem, po 3 miesiącach nic nie wyszło więc zabrali mnie na
laparoskopie. Okazało się że mam bardzo rozległe zrosty i prawy jajowód
niedrożny. Znowu hormonki na wywołanie @, piłam ziółka na drożność, po
miesiącu hsg, okazało się , że jajowody są drożne. Kupiłam więc od Ewy testy
owu, znowu clo, duphaston. we wrześniu usg, pregnyl, clo, duphaston i znowu
nic. Byłam bliska załamania, że juz nigdy nie będę miała dzieci. Lekarka
zaleciła abym skończyła z lekami, myślami o dziecku i wszelkimi staraniami, a
cykl z odbicia może się udać, dlatego przez miesiąc nie było mnie na forum.
Mimo wszystko piłam przez 2 tygodnie ziółka na wspomaganie pracy jajników (te
bez ruty), ale też je odstawiłam. Poszłam do kościółka na Różaniec. Zaczął
się listopad i moje oczekiwanie na @, zrobiłam sobie dietkę, schudłam 4 kg.W
40 d.c. wzięłam luteinę na wywołanie @ 2 tabletki pod język przez 3 dni. I
nic !!!
Minął 45 dzień cyklu, rano wstałam z okropnym wymiotowaniem, poszłam po test
do apteki, zrobiłam go tak od niechcenia i co zobaczyłam? Dwie tłuste grube
czerwone krechy!!!!
Ręce latały mi jak liście na wietrze. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć, za 4
dni mam wizyte u gin. Mam nadzieję że test nie kłamie i wszystkio będzie
dobrze. Zaraz pobiegłam po materne i folik.
Podoba Wam się moja historia? Moja i mojej cudnej fasolki - prezentu od Matki
Boskiej( bo stało się to właśnie w październiku).

Całuje i ściskam