Witajcie,
Kiedyś myślałam ze takie wpisy są denerwujące dziś myślę ze może komuś da on
nadzieje.
2.12.06 napisałam „pożegnanie” z bardzo skrótowym bilansem naszej walki o
dziecko. To był ostatni wpis po 7 latach walki, później juz tu nie wchodziłam
wiec teraz korzystam z okazji i za wszystkie ciepłe słowa bardzo dziękuje (te
przykre pominę milczeniem, bo szkoda naszego życia dla takich osób). Moja
walka o dziecko, wydawało mi się ze mogę znieść wszystko by mieć dziecko, ale
po mastektomii mój mąż zadecydował „dość”, (choć to On najbardziej go
chciał), zaprzestaliśmy leczenia, po tylu latach nie umiałam nawet
protestować. Zmieniliśmy prace i miejsce zamieszkania by zacząć zupełnie od
nowa. Zaczęliśmy godzić się z tym, co los dla nas przygotował. Wreszcie
zrozumieliśmy słowa kilku lekarzy w tym 2 niemieckich specjalistów onkologów-
ginekologów, ze po chemii pewne rzeczy są nie do odwrócenia i jak leki nie
działają to po prostu nie działają. W zeszły wtorek byłam na rutynowej
kontroli onkologiczno-ginekologicznej. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony
ja czy p. doktor, nie wiem, kto się bardziej cieszył wiem tylko ze wybiegła z
gabinetu za mną z krzykiem, „który to tatuś” pokazała zdjęcie i zapytała „ile
widzisz?”, mąż pokazał dwa palce a ludzie zaczęli klaskać. Byłam zła po tylu
latach chciałam mu to inaczej powiedzieć, ale to przecież bez znaczenia jak,
ważne ze w końcu usłyszy „tata” i to podwójnie. Ważne ze lekarze się czasem
mylą i niemożliwe staje się realne, jeszcze nie umiem o tym głośno mówić,
jeszcze boję się ze coś złego się wydarzy (zapytałam lekarkę, kiedy mogę
przestać się bać a Ona na to „…no za kilka miesięcy a tak naprawdę to za
jakieś 20 lat”

, wiec jestem dobrej myśli i wierze ze jak po 7 latach
wydarzył się cud (w takich kategoriach określa to nawet pani dr) to nie po to
byśmy znowu utonęli we łzach.
Z całego serca życzę Wam cudu (i to nie koniecznie po tylu latach).
Nie traćcie nadziei nawet jak jest bardzo źle.