ania13-r
27.03.09, 13:38
Zazdroszczę kobietom, które dopiero zaczynają swoją drogę do
macierzyństwa… Tej wiary, że będzie dobrze. Że dwie kreski na teście
równa się z tym, że za dziewięć miesięcy urodzi się zdrowe,
wspaniałe bobo. Martwią się wyborem imienia, tym do jakiej szkoły
pójdzie i czy będzie mieć zdolności językowe… Mi zostało to odebrane
na zawsze…
Niestety mam przykre doświadczenia związane ze służbą zdrowia...
Mimo że byłam w ciąży- w brew pozorom nie rodziłam Mój przypadek
różnił się od standardowej ciąży-spotkało mnie ogromne nieszczęście-
ciąża pozamaciczna. Wiadomo co się z tym wiąże - operacje i
hospitalizacja. To był najgorszy okres jaki zmuszona byłam przeżyć.
Do końca życia nie zapomnę uczuć jakie wtedy mi towarzyszyły…i jak
bardzo skrzywdzili mnie lekarze-zarówno psychicznie jak i fizycznie.
Ich niekompetencja, rutyna, brak zainteresowania, brak podejścia i
przedmiotowe traktowanie, doprowadziły do tego, że nie skończyło się
na jednym zabiegu-przeszłam dwie operacje i łyżeczkowanie...do tego
codzienne badania ginekologiczne (z udziałem kilku osób -w tym
studentów) i badania usg (za każdym razem inny lekarz). Moje
nienarodzone dzieciątko nazwano "tworem", który trzeba było szybko
ewakuować...Już wtedy wiedziałam , że lekarze łamią moje prawa do
intymności, bieżącej informacji co do stanu mojego zdrowia, a nawet
do pochówku mojego Dziecka… Koszmar. Nie miałam jednak siły bronić
się, walczyć z przyzwyczajeniami lekarzy… Myślałam tylko o moim
nienarodzonym dziecku, o tym żebym nie została pozbawiona
macierzyństwa do koca życia, o tym, że było tak blisko, wszystko
pękło jak bańka mydlana. Długo by o tym pisać...Postanowiłam jednak
podzielić się moją historię-mimo że minęły już prawie dwa lata ja
wszystko pamiętam ze szczegółami...
Przyznam że już wcześniej bardzo chciałam opisać, nagłośnić swoją
historię, ale niestety nie miał mnie kto pokierować, a ja nie byłam
w stanie sama tego ruszyć-byłam w naprawdę okropnym stanie
psychicznym (tak naprawdę do tej pory nie mogę się otrząsnąć).
Ciągle się leczę i przechodzę bolesne badania...Gdyby skończyło się
na jednym zabiegu na pewno miałabym większe szanse na dziecko, a tak
niestety prawdopodobnie zostaje mi tylko in-vitro.
Wszystko zaczęło się 19.04.2007… Wtedy to po raz pierwszy trafiłam
do szpitala ginekologiczno-położniczego na ul. Madalińskiego w
Warszawie i to był początek mojego koszmaru….
Przyjechałam do szpitala w kiepskim stanie (przede wszystkim
psychicznym), ze skierowanie od lekarza ginekologa, na którym
widniało rozpoznanie ciąża pozamaciczna brzuszna (moja ciąża
umiejscowiła się przy jajniku). Dla mnie to był szok!!! Nie dość
ciąża (z usg wynikało 11-tygodniowa), to do tego pozamaciczna… Na
izbie przyjęć zbadano mnie, wykonano usg i pobrano mocz do wykonania
testu ciążowego, ale na żadne pytanie nie uzyskałam odpowiedzi-
lekarz stwierdził, że wszystkiego dowiem się już na oddziale.
Przebrałam się i zgłosiłam się na oddział ginekologiczny. Tam wkuto
mi wenflon, przydzielono salę i łóżko… Po jakimś czasie przyszło do
mnie dwóch lekarzy (w tym ten z izby przyjęć), poinformowali mnie,
że próba ciążowa wyszła ujemnie, więc może obejdzie bez operacji.
Troszkę się uspokoiłam i próbowałam zasnąć. Ale wciąż dręczyło mnie
jedno-czemu nie wykonali mi próby ciążowej z krwi?- nawet ja wiem że
domowe testy ciążowe nie zawsze dają miarodajne wyniki, tym
bardziej, ze sama też robiłam 2 testy w domu i wyniki były również
ujemnie. Oczywiście powiedziałam o tym fakcie podczas wywiadu z
lekarzem, standardowo został on zignorowany.
Następnego dnia dalej nic nie wiedziałam, nikt nie chciał mnie
poinformować jakie są dalsze plany co do mojej osoby, jakie są
rokowania, w ogóle co dalej… Dopiero ok. 12-tej przyniesiono mi
obleśną koszule szpitalną, kazano mi się w nią przebrać, ponieważ
zabierają mnie na operacje. W miedzy czasie podsunęli mi jakieś
dokumenty do podpisu, niestety nie miałam nawet czasu przeczytać
tego co podpisuje. Na całe przygotowanie miałam jakieś 15 min. Nikt
ze mną nie porozmawiał , nie wytłumaczył na czym polega zabieg,
padło tylko stwierdzenie „to tylko laparoskopia” i nie ma powodów do
histerii, to rutynowy zabieg i ze w moim przypadku jest konieczny.
Czułam się okropnie-strach, brak informacji, brak intymności,
przedmiotowe traktowanie, po prostu byłam traktowana kolejny
przypadek, który trzeba szybko ‘załatwić’ i mieć z głowy. Czułam
się bardzo zagubiona, wystraszona, bezsilna i zdana na lekarzy… Nikt
nie interesował się co czuję, a przecież dla mnie to było
traumatyczne przeżycie. Kiedy dotarłam na blok operacyjny, lekarz
miał pretensje, że musiał tak długo na mnie czekać. Jeszcze przed
uśpieniem podsunięto mi jeden dokument do podpisu, w momencie kiedy
nie miałam już praktycznie siły utrzymać długopisu. Później już
jakoś zleciało. Chociaż było ciężko-pierwsze wstanie z łóżka,
pierwsze kroki, usuwanie cewnika i drenu, ból, dalej zero
informacji, i to straszne uczucie straty. Ale jakoś to przetrwałam.
Wyszłam do domu z dwutygodniowym zwolnieniem i z zaleceniem „proszę
się oszczędzać”. I tak skończył się pierwszy (3-dniowy) pobyt w tym
trefnym szpitalu. Nie mogłam zrozumieć czemu na wypisie rozpoznanie
brzmiało: usunięcie ciąży pozamacicznej, skoro próba ciążowa wyszła
ujemnie…????
Ale to był dopiero początek…Po powrocie do domu kilkakrotnie
dzwoniłam do szpitala, ponieważ cały czas krwawiłam i coraz gorzej
się czułam, w słuchawce słyszałam tylko, że „tak może być”. Któregoś
razu już nie wytrzymałam…nie wykonałam kolejnego telefonu, wsiadłam
z mężem w samochód i pojechałam do szpitala osobiście. Oczywiście
znowu usłyszałam stały tekst. Nalegałam jednak na rozmowę z
lekarzem… Z ogromnymi oporami poproszono lekarza żeby przyszedł i
mnie zbadał. Po badaniu okazało się że mam bardzo grube endometrium
(17 mm), poziom płynu w jamie brzusznej podniósł się i do tego
powstała torbiel na drugim jajniku. W związku z tym, że był to długi
weekend majowy, lekarz powiedział, że i tak nic mi teraz nie zrobią,
więc jeśli nie czuję się aż tak źle, mogę wrócić do domu i
przyjechać 4 maja na łyżeczkowanie. Stwierdził że widocznie macica
nie jest w stanie sama się oczyścić i trzeba jej ‘pomóc’. Nikt nie
wziął pod uwagę, że jestem jeszcze młoda, ze chcę mieć dzieci, a te
zabiegi zostawiają takie ślady po sobie, że mogę mieć duży problem w
przyszłości z naturalnym zajściem w ciążę. Zgłosiłam się jednak do
tego szpitala tak jak zalecił mi lekarz…Zostałam przyjęta znowu na
oddział…Bez wykonania żadnych dodatkowych badań, przeszłam zabieg
łyżeczkowania macicy (to był piątek) i w niedziele rano lekarz
przyszedł i zapytał mnie pretensjonalnym tonem „a pani co tu jeszcze
robi”. Zaczęłam mu tłumaczyć, że wszystkie objawy i dolegliwości
powróciły, a nawet pojawiły się nowe, że czuję się coraz gorzej…
Stwierdził że to wszystko wina hormonów i dał mi do zrozumienia ze
jestem przewrażliwiona. Rad nie rad zaczęłam się pakować i
przyjechałam do domu.
Ale niestety w poniedziałek przyjechałam z powrotem do szpitala
ze strasznymi bólami podbrzusza. Traf chciał, ze przyjmowała mnie ta
sama pani doktor, która miała dyżur również w piątek. Z ogromną
pretensją zapytała „Czemu wypisała się na własną prośbę”???? Ja
zrobiłam ogromne oczy odpowiadając, że zostałam niemal wyrzucona.
Nie zbadała mnie nawet, od razu wypisała przyjęcie na oddział. Już
tym razem zaczęłam bardziej stanowczo walczyć o swoje zdrowie.
Wywalczyłam oznaczenia beta HCG z krwi, morfologię i odpowiedzi na
kilka dręczących mnie pytań (oczywiście odpowiedzi były zdawkowe
niejednoznaczne). I tak przetrzymali mnie do czwartku. Wtedy to