Gość: Lifter
IP: 213.231.192.*
20.01.11, 19:46
Sniegi Kilimandżaro
Podróż do takiej prawdziwej, czarnej Afryki zawsze mnie pociągała. Jednak świadomość, że a) trzeba się będzie poddać masie szczepień, b) tłuc kupę czasu w jedną stronę, c) koszta, jakoś skutecznie ową chęć podróży niwelowały. Ale że kiedyś wypadało w końcu spełnić dziecięce jeszcze marzenia, tak i ja wykupiłem sobie 9-dniowy wyjazd do Kenii, połączony z trwającym cztery dni safari.
Podróż do Afryki (6 godzin pociągiem do do Wawy, a potem 11 godzin samolotem do Mombasy, z międzylądowaniem w Hurghadzie, w sumie można powiedzieć że przesiadkami itd. to prawie dobę trzeba zmitrężyć) przebiegała z pewnymi przygodami. Zaczęło się już na lotnisku, gdzie moja żona postanowiła przed wylotem pokrzepić się kawą. Jej wybór padł na pewną remonowaną sieć "kawową" - postanowiła napić się jakiejś "kawy smakowej". Wybrała sobie coś, co mieściło się w półlitrowym kubku, miało podejrzanie zielonkawy kolor, a oprócz kawy zawierało jakieś przyprawy (imbir i jeszcze coś), itd. Z ciekawości spróbowałem i muszę powiedzieć, że smakowało toto jak ta słynna kawa (Kopy Luvac czy jakoś tak), którą robi się z ziarenek kawy, przetrawionej przez jakieś zwierzątko. Tzn. gdyby ową kawę parzono wraz z gówienkiem w której pierwotnie tkwiły ziarna, to pewnie smakowałaby właśnie tak, jak to coś. Bleh... Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie owa kawa zaczęła usilnie szukać ujścia... na wszelkie sposoby. I nie wdawajmy się w dalsze drastyczne szczegóły, na stanowcze życzenie mojej żony... :P
Ale i tak gwiazdą wieczoru został ktoś inny - bo po 2-3 godzinach drogi przez głośniki rozległo się "czy na pokładzie jest jakiś lekarz? Jeden z pasażerów wymaga pilnej pomocy". Zaraz potem jakieś 20 osób spośród ok. 180 siedzących na pokładzie B-737-800 pogalopowało na ratunek, co dowodzi że kondycja finansowa polskiej służby zdrowia wcale nie jest taka znów kiepska. Jak się okazuje starszy pan wybrał się do Afryki z potężnym nadciśnieniem, któremu to najwyraźniej nie spodobały się warunki lotu (samolocik B737-800 jest fajny ale ciasny jak nieszczęście, dobry może na 3-4 godziny lotu, a nie ponad 10...). Akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem. (Co prawda widziałem tegoż pana potem na lotnisku, w ambulatorium, gdzie robiono mu jakieś zastrzyki).
Dolatujemy do Hurghady... a tam mały zonk, bo tłok na lotnisku był taki, iż przetrzymano nas w powietrzu przez blisko godzinę. To by dało jeszcze radę wytrzymać, ale gorzej, że przez ten czas samolot nieustannie kręcił kółka o dość wąskim promieniu, więc przyznam iż pod koniec zacząłem się zastanawiać, czy aby bliżej nie przyjrzeć się torebce na rzygi. Na szczęście jednak w końcu dostaliśmy pozwolenie na lądowanie. Tam wysiadło dosłownie kilka osób, tankowanko i po 40 minutach z powrotem w powietrze. Dalej już poszło bezproblemowo. Zdziwiło mnie tylko, że stale widzę dość gęstą warstwę chmur (w tym także takich, które mi wyglądały na deszczowo-burzowe), co jakoś mi się gryzło z wizją słoneczno-upalnej centralnej Afryki nie w porze deszczowej przecież. Minęliśmy równik (wbrew temu co niektórzy myślą, nie widać go z góry :P), zapadł zmierzch, a samolot powoli zaczął się zniżać...
Afryka - ta prawdziwa, bo choć co prawda taki Egipt czy Tunezja to też Afryka, no ale dla mnie to raczej zawsze były kraje arabskie, a nie afrykańskie - przywitała nas parnym i gorącym buchnięciem powietrza w twarz. Szybko pomaszerowaliśmy w stronę budynku lotniska, licząc na klimatyzowane wnętrze. Nic z tego - za całą klimatyzację (w sali odpraw) robiło kilka wiatraków pod sufitem, mielących ofiarnie ale bezskutecznie gorące powietrze. Jeszcze w powietrzu rozdano nam błękitne (i skomplikowane) deklaracje wizowe. Na miejscu okazało się, że należy wypełnić jeszcze białe (większe i jeszcze bardziej skomplikowane). I tu od razu poznaliśmy trzy pierwsze słowa w suahili. Pierwsze to "jambo" (wymiawiane jako "dziamBO!" czyli "cześć/witaj". Drugie to "pole pole", czyli "powolutku/nie pali się/nie śpieszy się" a trzecie to znane wam zapewne "hakuna matata" czyli "nie ma problemu/luzik/spoko".
Okienek do odprawy było kilka ale kolejka posuwała się bardzo nieśpiesznie. Panowie i panie w owych okienkach po prostu nie śpieszyli się. I nie dlatego, żeby nam zrobić na złość, czy pokazać, że mają władze itd. Nie, po prostu "pole pole". Po co się spieszyć, skoro jest gorąco, a w pracy i tak się siedzi aż do końca zmiany? Zatem czy obsłużą nas w godzinę czy trzy, to na jedno wyjdzie, a tylko się co najwyżej człowiek szybciej zmęczy jak będzie szybko pracował, a potem się i tak będzie nudził do końca zmiany. Lepiej sobie pogadać z "wazungu" (białym człowiekiem) albo kumplem, który właśnie zajrzał do kabinki itd. Pole pole, friends... I tak w nieśpiesznej atmosferze, zalewając się potem, spędziłem w kolejce jakieś 2 godziny. Ale też dostrzegłem pierwszą zaletę "pole pole" - wiza kosztowała tylko 25$, mimo że od 1.01.2011 miała być już po 50. Ale i urzędnikom widać się nie śpieszyło by wydać odpowiednie przepisy.
Jeszcze tylko szybko kicnąłem do kantoru, gdzie w przypływie jakiegoś szaleństwa wymieniłem większość posiadanych zielonych na kenijskie szylingi. Gość w kantorze niczym iluzjonista najpierw rzucił na stoł gruby plik 1000-szylingówek (1 $ to ok. 75 ksz), po czym wziął ich część i wymienił na 500-tki, część tych na 200-tki, część 200-tek na 100-tki, a część setek na 50-tki, twierdząc (słusznie zresztą), że drobniejsze nominały przydadzą na napiwki i drobne zakupy. Byłem święcie przekonany, że przy każdej wymianie nominału na niższy facet mnie nieźle kantuje, ale byłem już tak zmęczony i rozkojarzony, że miałem to gdzieś... (Dodam od razu, że nie oszukał mnie nawet o 1 szylinga (czyli na nasze 4 grosze) - dostałem dokładnie tyle, ile powinienem.) Jego komiczne przerażenie wzbudziła za to moja zimowa kurtka, którą z sobą dźwigałem (bo niby co miałem z nią zrobić?). "To u was jest AŻ TAK zimno?!" - wykrzyknął. Żeby go dobić, powiedziałem, że akurat to się mocno ociepliło i to jest ta moja cieńsza zimowa kurtka (co zresztą było zgodne z prawdą). Aż się wzdrygnął.
I tu jeszcze jedna dygresja o Kenijczykach - to są naprawdę świetni ludzie. Wyluzowani, uśmiechnięci, otwarci, pozbawieni służalczości, którą często spotyka się np. u niektórych Egipcjan. Naturalnie, jeśli jest okazja, to starają się wydoić z "muzungu" trochę kasy, ale czynią to w taki sposób, że nie masz wrażenia, że chcą ci tę kasę wyrwać, a po prostu masz chęć sam im ją dać. Tak i do mnie podszedł jakiś bagażowy, rzekł "hej, człowieku, przyjechałeś tu odpocząć, a nie dźwigać te ciężkie torby" po czym sam je zaczął nieść, śmiejąc się, że pewnie zabrałem dużo kremu do opalania. A po otrzymaniu 100 szylingów (czyli naszych 4 zł) w ramach rekompensaty za taskanie ich ponad 100 metrów do autobusu, zaśmiał się radośnie, a potem jeszcze pomachał na pożegnanie, gdy autobus ruszył.
Mombasa, licząca 2 miliony mieszkańców, po ciemku zdawała się przypominać jakieś niedużej wielkości polskie miasto - droga bez sygnalizacji, budynki 3-4 piętrowe, niewielki ruch na ulicach. Za to dość spory ruch panował na chodnikach, gdzie kwitło życie - mimo że było już późno w nocy (do hotelu jechaliśmy około 22-23 naszego czasu, co w Mombasie dawało 24-01, bo tam jest 2 godziny do przodu), stały stragany, ludzie handlowali na ulicach, otwarte były jakieś lokale (raczej podejrzanie wyglądające). Większość ludzi była młoda i bardzo młoda, Kenijczyków tak w okolicach 40-tki można było liczyć na palcach.
-ciag dalszy za chwile :)