Kenia - moje wrażenia

IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:46
Sniegi Kilimandżaro


Podróż do takiej prawdziwej, czarnej Afryki zawsze mnie pociągała. Jednak świadomość, że a) trzeba się będzie poddać masie szczepień, b) tłuc kupę czasu w jedną stronę, c) koszta, jakoś skutecznie ową chęć podróży niwelowały. Ale że kiedyś wypadało w końcu spełnić dziecięce jeszcze marzenia, tak i ja wykupiłem sobie 9-dniowy wyjazd do Kenii, połączony z trwającym cztery dni safari.

Podróż do Afryki (6 godzin pociągiem do do Wawy, a potem 11 godzin samolotem do Mombasy, z międzylądowaniem w Hurghadzie, w sumie można powiedzieć że przesiadkami itd. to prawie dobę trzeba zmitrężyć) przebiegała z pewnymi przygodami. Zaczęło się już na lotnisku, gdzie moja żona postanowiła przed wylotem pokrzepić się kawą. Jej wybór padł na pewną remonowaną sieć "kawową" - postanowiła napić się jakiejś "kawy smakowej". Wybrała sobie coś, co mieściło się w półlitrowym kubku, miało podejrzanie zielonkawy kolor, a oprócz kawy zawierało jakieś przyprawy (imbir i jeszcze coś), itd. Z ciekawości spróbowałem i muszę powiedzieć, że smakowało toto jak ta słynna kawa (Kopy Luvac czy jakoś tak), którą robi się z ziarenek kawy, przetrawionej przez jakieś zwierzątko. Tzn. gdyby ową kawę parzono wraz z gówienkiem w której pierwotnie tkwiły ziarna, to pewnie smakowałaby właśnie tak, jak to coś. Bleh... Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie owa kawa zaczęła usilnie szukać ujścia... na wszelkie sposoby. I nie wdawajmy się w dalsze drastyczne szczegóły, na stanowcze życzenie mojej żony... :P

Ale i tak gwiazdą wieczoru został ktoś inny - bo po 2-3 godzinach drogi przez głośniki rozległo się "czy na pokładzie jest jakiś lekarz? Jeden z pasażerów wymaga pilnej pomocy". Zaraz potem jakieś 20 osób spośród ok. 180 siedzących na pokładzie B-737-800 pogalopowało na ratunek, co dowodzi że kondycja finansowa polskiej służby zdrowia wcale nie jest taka znów kiepska. Jak się okazuje starszy pan wybrał się do Afryki z potężnym nadciśnieniem, któremu to najwyraźniej nie spodobały się warunki lotu (samolocik B737-800 jest fajny ale ciasny jak nieszczęście, dobry może na 3-4 godziny lotu, a nie ponad 10...). Akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem. (Co prawda widziałem tegoż pana potem na lotnisku, w ambulatorium, gdzie robiono mu jakieś zastrzyki).

Dolatujemy do Hurghady... a tam mały zonk, bo tłok na lotnisku był taki, iż przetrzymano nas w powietrzu przez blisko godzinę. To by dało jeszcze radę wytrzymać, ale gorzej, że przez ten czas samolot nieustannie kręcił kółka o dość wąskim promieniu, więc przyznam iż pod koniec zacząłem się zastanawiać, czy aby bliżej nie przyjrzeć się torebce na rzygi. Na szczęście jednak w końcu dostaliśmy pozwolenie na lądowanie. Tam wysiadło dosłownie kilka osób, tankowanko i po 40 minutach z powrotem w powietrze. Dalej już poszło bezproblemowo. Zdziwiło mnie tylko, że stale widzę dość gęstą warstwę chmur (w tym także takich, które mi wyglądały na deszczowo-burzowe), co jakoś mi się gryzło z wizją słoneczno-upalnej centralnej Afryki nie w porze deszczowej przecież. Minęliśmy równik (wbrew temu co niektórzy myślą, nie widać go z góry :P), zapadł zmierzch, a samolot powoli zaczął się zniżać...

Afryka - ta prawdziwa, bo choć co prawda taki Egipt czy Tunezja to też Afryka, no ale dla mnie to raczej zawsze były kraje arabskie, a nie afrykańskie - przywitała nas parnym i gorącym buchnięciem powietrza w twarz. Szybko pomaszerowaliśmy w stronę budynku lotniska, licząc na klimatyzowane wnętrze. Nic z tego - za całą klimatyzację (w sali odpraw) robiło kilka wiatraków pod sufitem, mielących ofiarnie ale bezskutecznie gorące powietrze. Jeszcze w powietrzu rozdano nam błękitne (i skomplikowane) deklaracje wizowe. Na miejscu okazało się, że należy wypełnić jeszcze białe (większe i jeszcze bardziej skomplikowane). I tu od razu poznaliśmy trzy pierwsze słowa w suahili. Pierwsze to "jambo" (wymiawiane jako "dziamBO!" czyli "cześć/witaj". Drugie to "pole pole", czyli "powolutku/nie pali się/nie śpieszy się" a trzecie to znane wam zapewne "hakuna matata" czyli "nie ma problemu/luzik/spoko".

Okienek do odprawy było kilka ale kolejka posuwała się bardzo nieśpiesznie. Panowie i panie w owych okienkach po prostu nie śpieszyli się. I nie dlatego, żeby nam zrobić na złość, czy pokazać, że mają władze itd. Nie, po prostu "pole pole". Po co się spieszyć, skoro jest gorąco, a w pracy i tak się siedzi aż do końca zmiany? Zatem czy obsłużą nas w godzinę czy trzy, to na jedno wyjdzie, a tylko się co najwyżej człowiek szybciej zmęczy jak będzie szybko pracował, a potem się i tak będzie nudził do końca zmiany. Lepiej sobie pogadać z "wazungu" (białym człowiekiem) albo kumplem, który właśnie zajrzał do kabinki itd. Pole pole, friends... I tak w nieśpiesznej atmosferze, zalewając się potem, spędziłem w kolejce jakieś 2 godziny. Ale też dostrzegłem pierwszą zaletę "pole pole" - wiza kosztowała tylko 25$, mimo że od 1.01.2011 miała być już po 50. Ale i urzędnikom widać się nie śpieszyło by wydać odpowiednie przepisy.

Jeszcze tylko szybko kicnąłem do kantoru, gdzie w przypływie jakiegoś szaleństwa wymieniłem większość posiadanych zielonych na kenijskie szylingi. Gość w kantorze niczym iluzjonista najpierw rzucił na stoł gruby plik 1000-szylingówek (1 $ to ok. 75 ksz), po czym wziął ich część i wymienił na 500-tki, część tych na 200-tki, część 200-tek na 100-tki, a część setek na 50-tki, twierdząc (słusznie zresztą), że drobniejsze nominały przydadzą na napiwki i drobne zakupy. Byłem święcie przekonany, że przy każdej wymianie nominału na niższy facet mnie nieźle kantuje, ale byłem już tak zmęczony i rozkojarzony, że miałem to gdzieś... (Dodam od razu, że nie oszukał mnie nawet o 1 szylinga (czyli na nasze 4 grosze) - dostałem dokładnie tyle, ile powinienem.) Jego komiczne przerażenie wzbudziła za to moja zimowa kurtka, którą z sobą dźwigałem (bo niby co miałem z nią zrobić?). "To u was jest AŻ TAK zimno?!" - wykrzyknął. Żeby go dobić, powiedziałem, że akurat to się mocno ociepliło i to jest ta moja cieńsza zimowa kurtka (co zresztą było zgodne z prawdą). Aż się wzdrygnął.

I tu jeszcze jedna dygresja o Kenijczykach - to są naprawdę świetni ludzie. Wyluzowani, uśmiechnięci, otwarci, pozbawieni służalczości, którą często spotyka się np. u niektórych Egipcjan. Naturalnie, jeśli jest okazja, to starają się wydoić z "muzungu" trochę kasy, ale czynią to w taki sposób, że nie masz wrażenia, że chcą ci tę kasę wyrwać, a po prostu masz chęć sam im ją dać. Tak i do mnie podszedł jakiś bagażowy, rzekł "hej, człowieku, przyjechałeś tu odpocząć, a nie dźwigać te ciężkie torby" po czym sam je zaczął nieść, śmiejąc się, że pewnie zabrałem dużo kremu do opalania. A po otrzymaniu 100 szylingów (czyli naszych 4 zł) w ramach rekompensaty za taskanie ich ponad 100 metrów do autobusu, zaśmiał się radośnie, a potem jeszcze pomachał na pożegnanie, gdy autobus ruszył.

Mombasa, licząca 2 miliony mieszkańców, po ciemku zdawała się przypominać jakieś niedużej wielkości polskie miasto - droga bez sygnalizacji, budynki 3-4 piętrowe, niewielki ruch na ulicach. Za to dość spory ruch panował na chodnikach, gdzie kwitło życie - mimo że było już późno w nocy (do hotelu jechaliśmy około 22-23 naszego czasu, co w Mombasie dawało 24-01, bo tam jest 2 godziny do przodu), stały stragany, ludzie handlowali na ulicach, otwarte były jakieś lokale (raczej podejrzanie wyglądające). Większość ludzi była młoda i bardzo młoda, Kenijczyków tak w okolicach 40-tki można było liczyć na palcach.

-ciag dalszy za chwile :)
    • Gość: Livter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 2 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:47

      Co prawda, jak się potem okazało, jechaliśmy nie przez samo centrum miasta. Po kolejnych 40 minutach docieramy do hotelu. Tu wyjaśniam, że wybrałem się do Kenii na safari i wiedziałem tylko, że mam być zakwaterowanych "w jednym z kilku będących w katalogu" hoteli w zależności od wolnego miejsca. Zatem szczerze mówiąc liczyłem się z możliwością wylądowania w czymś z 3 gwiazdkami i to takimi "afrykańskimi", co odpowiada 1 gwiazdce u nas. Ale że miałem spędzić w nim zaledwie niecałe 3 doby, to nie bardzo się przejmowałem. Tymczasem kolejne bardzo miłe rozczarowanie. Trafiłem do miejsca, które w katalogu miało 4 gwiazdki i muszę powiedzieć, że w pełni na nie zasługiwało pod każdym względem. (Jedynym zgrzytem były pewne problemy organizacyjne, które zresztą wystąpiły dopiero pod sam koniec pobytu). Prysznic (o, tak!), szybka kolacja (pyszne żarcie w sporym wyborze, a straszyli mnie, że w Kenii żywią skromnie i monotonnie - bullshit!), degustacja miejscowego piwa "Tusker" (*) i padam twarzą w obszerne łóżko (z wiszącą moskitierą, wow!). Klimatyzacja działa jak złoto, a ja zasypiam jak dziecko...

      Dzień drugi

      Budzę się, rzucam do okna - błękitne, bezchmurne niebo, pode mną duży basen, a po ścieżkach galopują... koczkodany. Całe stado! Ha, Afryka! Otwieram drzwi od balkonu, w twarz znów wali gorące powietrze, uszy atakuje zaś dźwięk wydawany przez jakieś egzotyczne ptaki. Muszę powiedzieć, ze brzmi to całkiem tak, jakby krakały nasze swojskie gawrony. ...Ej, zaraz, toż to faktycznie SĄ gawrony! W Afryce?! A jednak. Znajome czarne ptaszyska siedzą na palmie kokosowej i drą dzioby wniebogłosy. Dziwnie brzmi to krakanie, kojarzące mi się z zimą i śniegiem, w tym otoczeniu...

      Jakby tego było mało, jakiś koczkodan wspina się na trzecie piętro, siada na poręczy balkonu i wyraźnie oczekuje poczęstunku. Ale że ostrzegano nas w recepcji, że to są dzikie stwory i mogą mocno użreć, a raz poczęstowane będą stale przyłazić, postanawiam nie zawierać bliżej znajomości, więc taktycznie wycofuję się do pokoju, żeby złapać aparat i trzasnąć małpiszonowi kilka fotek. Swoją drogą małpy te są tak wredne, że potrafią przez otwarte okno/balkon wleźć do pokoju i zrobić totalny kipisz w poszukiwaniu jedzenia. W poprzednim turnusie jednej Polce małpa nie tylko zdemolowała pokój, ale też wyżarła wszystkie lekarstwa (łącznie z drogimi jak nieszczęście lekami antymalarycznymi, które zaleca się przyjmować profilaktycznie podczas pobytu). Polka dostała histerii, małpa zaś nie przeżyła owego haju...

      Jako, że jutro wczesnym rankiem wyjazd na safari, korzystam z uroków życia, czyli basenu (woda jak zupa ciepła) i plaży. Plaża śliczna, bo piasek bieluśki i mięciutki, wody Oceanu Indyjskiego równie ciepłe jak ta w basenie. Ciekawostką jest,że w czasie codziennego odpływu woda cofa się o dobrych 10-20 metrów, odłaniając dno, gdzie leży zawsze kupa ciekawych rzeczy (ale nie ma sensu zbierać, gdyż wywóz muszli, odłamków rafy itd. jest zakazany pod groźbą wielkiej grzywny albo i aresztu). Problemem są handlarze, gdyż plaże w Kenii są publiczne, i w ciągu 10 minut pobytu na niej, miałem ze 20 ofert nabycia rozmaitych suwenirów. Jedyna szansa to ucieczka do wody, w okolicach 2 metrów głebokości nawet ci najtwardsi handlarze odpuszczają. :)

      Jako, że to równik, ze słońcem nie ma żartów - nawet jeśli wydaje się, że grzeje "jak u nas" to jednak smaży z dużo większą mocą. Ja wysmarowałem się kremem z faktorem 50, bo nie cierpię się smażyć, moja żona uznała, że wystarczy jej 30 i troszkę po jednym dniu poróżowiała. Widziałem też kolesia, który chyba użył 15-tki albo i mniej - i powiem wam, że to nie był miły widok. 100% redneck i kurczę pieczone... No ale wiadomo, trza się opalić, bo co powiedzą znajomi, jak się wróci z Afryki bez ciemnobrązowej karnacji... :P

      Dzień trzeci

      Pobudka o 5 rano. A to przecież 3 wedle naszego czasu, a że mój organizm nadal funkcjonuje wedle czasu polskiego, to zasypiam o ok. 12-01, czyli po kenijsku o 2-3 nad ranem... Za oknem ciemna noc, a ja czuję się jak pijany. Schodzę na dół, obładowany masą sprzętu fotograficznego i cóż widzę? Obok recepcji czynny bar, a w nim syczy sobie ekspres i roznosi sie upojna woń kenijskiej (czyli znakomitej...) kawy. Radośnie życzę sobie dużą kawę "żeby się obudzić" i faktycznie dostaję dużą, bo filiżanka jest ze 2 razy większa niż ta, z której zwykle pijam. Siorbię pierwszy łyk... Hm, ci co mnie znają, wiedzą że kawę z ekspresu piję zawsze i bez wyjątku bez cukru. Tu zaś po owym łyku szybko wsypuję sobie łyżeczkę "białej trucizny", gdyż kawa jest okrutnie gorzka (ale i dobra!). Zaspanym będąc nie skojarzyłem faktu, iż oznacza to po prostu tyle, że jest bardzo (BARDZO!) mocna. A do tego podana w 2x większej filiżance... Czyli jakbym wypił ze 3-4 "normalne" kawy. W efekcie w parę minut po jej wypiciu musiałem przytrzymywać sobie oczy, które najwyraźniej zamierzały wypaść mi z oczodołów. A pikawka osiągała ze 120 uderzeń na minutę. Na szczęście po następnym kwadransie kofeinowy haj mi przeszedł. Ale od tej pory jeśli zamawiałem kawę, to prosiłem o MAŁĄ i zawsze ją najpierw próbowałem czy aby nie jakaś siekiera...

      5.30. Nadal 100% noc. 6.00 robi się jaśniej, zaczyna wschodzić słońce. 6.15 - jasno jak w dzień. I to jest charakterystyczna rzecz dla tropików - piorunujące przejście od nocy w dzień - i odwrotnie. W 20 minut robi się albo bardzo jasno, albo bardzo ciemno. A dzień trwa tam zawsze od 6 do 18.00. Któregoś dnia "polowałem" na wschód słońca -i gdy pół tarczy pojawiło się nad horyzontem, zacząłem robić zdjęcia. Ale potem postanowiłem, że przejdę jakieś 50 metrów w bok, skąd będę miał lepszy widok. Tylko, że w tym czasie słoneczko było już tak na 4 palce nad horyzontem...

      Ale wróćmy do safari. Zapakowano nas po 5-6 osób do takich terenowych busików z podniesionym dachem (tzn. na razie był opuszczony), z lokalnym kierowcą, znającym angielski (i szybko uczącym się polskiego). Naszym pierwszym celem jest Park Narodowy Tsavo East, w którym mamy obejrzeć m.in. czerwone słonie. Nie wiecie co to takiego? Otóż są to co prawda zwykłe słonie, ale całe czerwone - nie wskutek mutacji... Po prostu słonie lubią sobie robić wodne/błote/pyłowe kąpiele, gdyż chroni to ich skórę od słońca i owadów. A że ziemia w Tsavo jest rdzawoczerwona (zawiera dużo rudy żelaza), to i słonie są czerwone. Zresztą wszystko jest tam czerwone, my też tacy będziemy, gdyż pył unosi się w powietrzu i wciska w każdą szparę.

      Ale do Tsavo są ze 2 godziny jazdy. Najpierw przez Mombasę - tym razem przez centrum. Teraz widać już, że to 2-milionowe miasto, widać tłumy ludzi oraz ogromne kontrasty. Obok nowoczesnych budynków czy wielkich willi za murem z drutem kolczastym na szczycie - jakieś szopy, czy baraki zmajstrowane z desek, kołków, blachy falistej i Bóg wie czego jeszcze, w których żyją i pracują ludzie. Robi to szokujące wrażenie. Ale najlepsze jeszcze przed nami. Ruch uliczny gęstnieje (**), robią się korki. Kierowca radzi zamknąć okna "bo mogą wam wyrwać aparaty albo zerwać biżuterię". Korzystamy z dobrej rady. Nagle do naszego busika podchodzi koleś tak z 20-letni, w bejsbolówce, złoty łańcuszek na ręce, twarz cwaniaka. Trzyma za rękę dziewczynę. "You wannate girl? Good girl! Is cheap!" mówi łamaną angielszczyzną. Dziewczyna ma tak z 16-17 lat, ubrana jest w jakąś powłóczystą białą szatę. Stale zamknięte oczy, kroplisty pot, totalna pustka na twarzy, najwyraźniej na jakimś haju. Ruszamy. "Nie radzę" - mówi kierowca. - "Większość z nich ma AIDS". Przez następne 10 minut nikt nic nie mówi.
      • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 3 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:48

        Wyjeżdżamy z Mombasy. Mile zaskakuje stan dróg - solidny asfalt bez dziur, wyraźnie widoczne oznaczenia. (Co prawda jest tylko po jednym pasie w każdą stronę ale z szerokim i oznaczonym poboczem). Ktoś mruczy "faktycznie jesteśmy 100 lat za Murzynami...". Mijamy kolejne miasteczka, przydrożne stragany, ulicznych handlarzy owocami (i kurami), czasem Masajów wypasających swe stada, czasem gromadkę dzieci idących do szkoły (jak one to robią, że mają zawsze śnieżnobiałe koszule?), czasem jakąś Murzynkę w tradycyjnym stroju, niosącą na głowie baniak na wodę. Masa motocyklistów (z reguły bez kasków) i rowerzystów. Widać biedę ale większość ludzi jednak wydaje się być zadowolona z życia - są energiczni, uśmiechnięci, przyjaźnie machają w naszym kierunku. A ponoć Kenia jest jednym z bogatszych krajów Afryki. Wolę nie myśleć jak żyją obywatele tych innych, biednych...

        Ruch na drodze całkiem spory, ale przez cały pobyt w Kenii widziałem tylko jeden wypadek (leżąca w rowie ciężarówka) a zaliczyłem blisko 900 km jazdy. Czasem trafiają się posterunki policji, przed którymi leżą kolczatki zajmujące cały pas. Przed każdą miejscowością - "martwi policjanci" czyli progi spowalniające. W większych miejscowościach - także przed szkołami i rozmaitymi instytucjami. Nasz kierowca jeździ rozsądnie i bez brawury, choć stopę ma ciężką i zdarza mu się wyciskać w sprzyjających okolicznościach z samochodziku 120-140 km/h. Szybko łapie polskie zwroty i już po paru godzinach można z nim pokonwersować i w naszym języku. "Ni ma problema, jedzieeemy" :)

        Około południa docieramy do Tsavo East. Ogólne podniecenie, ostatnie zakupy (kapelusz z czymś, co trzyma go pod brodą, albo pożegnaj się z nakryciem głowy, dobra rada). Montuję największy obiektyw jaki mam, budząc ogólny podziw i parę komentarzy na temat kompensacji kompleksów. :) Odcinam się, że i tak liczy się technika, a nie rozmiar, po czym lokuję się w podniesionym dachu. Większość safari w Afryce wygląda właśnie tak - nie wolno opuszczać wozu, a jeśli już to tylko w towarzystwie uzbrojonego (zwykle w M-16) strażnika. Samochodom nie wolno zaś zjeżdżać z wytyczonych dróg. (No chyba, że jesteś z Discovery i masz pozwolenie). Z jednej strony troszkę szkoda, z drugiej ma to ten plus, iż zwierzaki przyjęły do wiadomości, że poza drogą są zupełnie bezpieczne, więc po prostu widząc samochody często spokojnie spacerują 2-3 metry od nas, a nie dają dyla gdzie oczy poniosą. A że park wielki, to i wrażenia tłoku nie ma. A jeśli parę samochodów stoi obok siebie, to znaczy tylko, że jest tam coś bardzo ciekawego do obejrzenia i warto dołączyć do grupy.

        Jedziemy, kręcimy głowami jak szaleni. Faktycznie - czerwone drogi, czerwona ziemia, czerwony pył osadza się na twarzach i aparatach. Tylko zwierząt jakoś nie widać. "Spokojnie" - mówi kierowca. - "Zaraz będą. Na razie jesteśmy w tej części parku, gdzie jest bardzo sucho, ale i tutaj będą..." I faktycznie, po jakiś może 500 metrach gość pokazuje ręką w prawo. "Elephants". Są! I faktycznie są czerwone! W samochdzie aż huczy od emocji i trzasku migawek. Stoimy z 10 minut, napawając się widokiem. I co z tego, że są z 300 metrów od nas i mało widoczne wśród zieleni? Ale to nasze pierwsze dzikie zwierzęta "upolowane" na safari. No i pierwsze zwierzę z "wielkiej piątki" (słoń, bawół, lew, leopard, nosorożec), której wyśledzenie jest ambicją każdego uczestnika safari.

        W końcu ruszamy dalej. Nasz kierowca jest niesamowity. Nie dość, że prowadzi samochód, to jeszcze co jakiś czas pokazuje "antylopa oryks", "wężojad sekretarz" (coś w rodzaju orła skrzyżowanego z bocianem, poluje toto na piechotę na węże, a porusza się bardzo wyniosłym krokiem), "strus" (to ostatnie mówi po polsku), "zebras!". I to czasem dostrzega stwora dobrych paręset metrów od nas - a my mimo lornetek i teleobiektów nie możemy go zlokalizować, i dopiero po naprowadzeniu "pomiędzy tymi dwoma akacjami jest taki duży krzak, patrzcie metr w prawo od krzaka, tam w trawie..." nagle ktoś triumfalnie wrzeszczy "jest!!!". Jak on to robi? W pewnym momencie kierowca pokazuje nam leżące tuż przy drodze szczątki antylopy, na której żeruje orzeł. (***). "Tu polował simba". Czujnie kręcimy głowami ale lwa nie widać. Za to nagle widzę guźca, czyli takiego afrykańskiego dzika. Pamiętając "Króla Lwa" wskazuję go palcem i mówię "Ooo, Pumba!!!". Kierowca kiwa głową i mówi "Yes, this is pumba.". Okazuje się, że "pumba" w suahili oznaczna właśnie guźca. A "simba" to naturalnie - lew. Ale "Timon" już nic nie oznacza. :)

        Potem wyczajamy stojącego wśród drzew bawoła. Wow, mamy już dwa z Wielkiej Piątki. W parę minut później widzimy wielkie stado bawołów (ze 100 sztuk) przechodzące przez drogę. Kierowca dodaje gazu, żeby szybko do nich podjechać, zwierzęta przechodzą w ciężki galop, pędząc w poprzek drogi w tumanach czerwonego pyłu. Fantastiko. Coraz więcej słoni i i to coraz bliżej nas. Niekiedy dzieli nas od nich dosłownie parę metrów. Kierowca czujnie je obserwuje, gdyż niektóre z nich lubią pokazać "kto tu rządzi" i gdy uznają, że jesteśmy za blisko, rozpościerają szeroko uszy (co jest ostrzeżeniem) po czym pochylają łeb i szarżują w naszym kierunku. Wtedy bus cofa się o 1-2 metry, a zadowolony z demonstracji siły słoń wraca na posterunek.

        Powoli zbliżamy się do "lodży" czyli miejsca gdzie spędzimy noc. Mile zaskakuje standard pomieszczeń - to po prostu prawdziwy hotel na sawannie, jest nawet nieduży basen. Ale jak tu się kąpać, gdy w okolicy pełno zwierząt - w pobliżu lodży wykopano studnie i stworzono małe sztuczne jeziorko, do którego ciągną stada zwierząt, by ugasić pragnienie. Zmajstrowano nawet specjalny tunel i pomieszczenie, z którego tuż nad ziemią możemy obserwować zwierzęta dosłownie o metr-dwa od nas. Surowo tylko zakazano używania lamp błyskowych. Pocieszne są małe słoniki nurkujące w wodzie i wystawiające nad powierzchnię tylko koniuszek trąby. Tamże bawoły, zebry, marabuty, czaple, rozmaite gatunki antylop i sam już nie wiem co jeszcze.

        W lodżach ostrzegają nas przed pawianami, które potrafią otwierać zamknięte okna (tzn. zasunięte ale nie zablokowane zasuwką) - cwaniaki po prostu opierają łapy na szybach i przesuwają je. Co jakiś czas po dachu przelatuje coś z odgłosem galopującego konia. To one. Obsługa zabrania jeść owoce na dworze - pawiany wyrywają je z rąk i zdarzają się pogryzienia. A że nawet lew czuje szacunek dla szczęk tych małp, to nie ma żartów. Kelnerzy noszą za pasem proce (tak jest, potężne proce, które naprawdę trudno naciągnąć) i gdy tylko jakiś pawian próbuje przekroczyć niepisaną granicę pomiędzy lodżą i sawanną, zarabia pestką daktyla w dupę. Trzeba przyznać, że ci faceci są skuteczni jak snajperzy Zielonych Beretów - trafiają za każdym razem z odległości 15-20 metrów. Pawiany drą ryja, ale nie z bólu - to raczej drwina, albo takie "oj tam, oj tam!". A i tak pod wieczór jakiś Szwed czy inny Norweg chodził klnąc chyba w 10 różnych językach i zbierając z ziemi swoje buty i ciuchy, gdyż zlekceważył dobre rady obsługi i nie zamknął okna... W lodży spotyka się jeszcze "góralki" - coś, co wygląda jak wielka świnka morska (wielkości sporego kota), ale jak się okazuje jest bliskim krewnym... słonia. A nie wygląda. No ale sprawdziłem w wikipedii i faktycznie.
        • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 4 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:49


          Po obiedzie kolejna wyprawa - słoni jest tak wiele, że samochód nawet nie zwalnia, gdy mijamy kolejne stadka. Spowszedniały nam. Teraz wypatrujemy żyraf, ale kierowca kręci głową - żyrafy są tam, gdzie akacje (to te drzewa na sawannie, co wyglądają jak parasole), a tu akacji niewiele, więc i żyraf nie będzie. A hipopotamy? Kierowca śmieje się, że tutaj musiałyby nosić z sobą dużo wody i błota... (Swoją drogą hipka nie widziałem w ogóle... :/). Ale co tam hipek, gdy nagle słyszymy "simba! Lion!". I faktycznie jest, choć dość daleko, gołym okiem ledwo wychyla się łeb lwicy tuż nad zeschłą trawą. Dopiero teraz widać jak znakomicie sierść lwa (tzn. jej kolor) zlewa się z otoczeniem. Doskonały kamuflaż! Znów się zastanawiam jakim cudem dostrzegł ją nasz kierowca. Niby ma CB-radio, przez które wzajemnie się naprowadzają/informują ale przecież tego "simbę" on wypatrzył jako pierwszy... Normalnie Sokole Oko - nadajemy mu takie imię, bo jego oryginalne jest nie do wymówienia bez przynajmniej jednego zadławienia się na zbitkach głosek. No i mamy trzeciego z Wielkiej Piątki.

          Około 10 w nocy wyłączają prąd (bo tu jest z generatorów zasilanych ropą), wentylator robiący za klimatyzację staje, pod moskitierą zaczyna się robić gorąco (ale bez przesady) i ciężko mi zasnąć. Zresztą jak tu spać, gdy po dachu harcują pawiany, z sawanny dobiega kakofonia dźwięków - cykady, słonie, bawoły,w pewnym momencie słychać nawet charakterystyczne pojękiwanie hieny... Wierzyć się nie chce, że to nie jest film dokumentalny na Animal Planet, że ja to widzę, słyszę, czuję, na własne oczy, uszy i nos... Cholera, niesamowite...

          Dzień czwarty

          Pobudka. 6 rano. Wychodzę na dwór - rześki chłodek, tak z 15 stopni góra. W ciemności coś nade mną przelatuje z powolnym furkotem - ptak, czy może wielka ćma? Sawanna świtem pachnie skoszonym sianem, tylko dużo bardziej intensywnie, troszkę słoniowym łajnem, i setką innych tajemniczych zapachów. Niebo lekko pochmurne, nad trawą wisi mgiełka. Powoli zaczynają się budzić ptaki i zwierzęta. Dla takich momentów właśnie warto jechać na safari - zwierzaki można obejrzeć w ZOO czy w TV, ale tego jak pachnie budząca się do życia sawanna - nie pojmiecie, póki sami nie doświadczycie. Po prostu magiczna chwila. W basenie przy brzegu niemrawo przebiera łapami w wodzie jakiś chrząszcz - ma z 10 centymetrów wielkości. W mordę jeża. Po ziemi zaczynają śmigać jaszczurki.

          Naszym następnym celem jest park narodowy Amboseli (w suahili oznacza to "trąbę powietrzną" - hmmm...) leżący w pobliżu Tanzanii, u stóp Kilimandżaro. Jako (w swoim czasie) wielki fan przygód Tomka Wilmowskiego, zawsze chciałem zobaczyć tę górę na własne oczy. Jakoś zawsze ta nazwa kojarzyła się mi się z Wielką Przygodą... Ale od Amboseli dzieli nas dobrych 5 godzin jazdy. W tym czasie robimy kilka postojów, w czasie których doświadczamy tego samego - nasze busiki otacza rzesza handlarzy i handlarek oferujących wszystko, co tylko można - od bransolet z paciorków, po 2-metrowe rzeźby i masajskie dzidy. "For mama, for papa! Luki-luki! Very cheap!". Tu wyjaśnijmy, że każda kobieta powyżej 20-tki to "mama", a facet to "papa", zaś "luki-luki" to po prostu "look" ale w dialekcie angielsko-suahili-masajskim. Pierwsze pięć minut zwykle udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy itd. Ale w końcu ktoś dotrzega coś, co wydaje mu się fajnie i otwiera okienko, pytając o cenę. No się zaczyna wielkie targowanie. Potem drugie okno, trzecie, czwarte...

          Ku memu pewnemu zdziwieniu okazuje się, że jestem jedynym w busie, który jako-tako zna angielski. (A siedzi obok mnie pani wiceprezes jakiegoś banku [tzn. regionalnego oddziału] i nawet nie kuma podstawowych liczebników...). Tym samym to na mnie spoczywa obowiazek targowania się za wszystkich. Przyznam, że w pewnym momencie zaczęło mnie to bawić. Co sekundę odwracam się w inną stronę i rzucam kolejną kwotę albo tłumaczę nową ofertę handlarza. A korzystając z braku znajomości angielskiego moich współtowarzyszy, zaczynam dyktować bezczelnie wręcz niskie ceny.

          Ktoś chce za fajną maskę 2000 szylingów? Babka mówi, że da góra 1000. To ja się odwracam do handlarza i mówię "ona mówi, że da ci nie więcej niż 100 szylingów". Gość robi wielkie oczy i załamuje ręce, a ja mówię "no sorry, ja tylko tłumaczę co ona mówi". Przy okazji poznaję nowe słowo "kili-kili". To od angielskiego "kill". Nie, nie oznacza to, że handlarz mi zaraz wsadzi dzidę, którą chce sprzedać, między żebra, a tylko że ta zaproponowana cena jest mordercza, poniżej wartości towaru i w ogóle jak za tyle sprzeda, to umrze z głodu i jego ośmioro dzieci też. (Fani Pratchetta zapewne pamiętają "Gardło sobie podrzynam" Dibblera). W efekcie takich targów maska z 2000 szylingów zjeżdża do 500. Kobieta w busie zachwycona, handlarz też nie wygląda na zmartwionego (znając życie, to pewnie i tak ma z 300% zysku na tym), a ja chrypnę i wypijam kolejną butelkę mineralki.

          Powoli na horyzoncie wynurza się coś wielkiego. Tak, to Kilimandżaro. Niestety jego wierzchołek ukryty jest za chmurami. Ale to ponoć typowe - całą górę widać tylko wczesnym rankiem i czasem pod wieczór. Chmury zresztą zaczynają podejrzanie gęstnieć i nad nami, a po chwili - no proszę, pada deszcz! I to dość intensywnie. Co prawda po 10 minutach nie było już śladu chmur na niebie i deszczu na ziemi...

          Przewodniczka już wczoraj wspominała, że dziś będziemy spać w... namiotach. W czasie jazdy wsiadła do naszego busa i ostrzega, żeby nastawić się na dość "polowe" warunki, jak to na kempingu. Że trzeba będzie je pomóc ustawiać. I że warto sprawdzić czy w namiocie będzie saperka i latarka. Saperka to po to, żeby zasypać w prowizorycznych toaletach to, co się tam zrobi, a latarka, żeby nie zabładzić jak się idzie do tolety ciemną nocą. Do latarki "w razie czego" doczepiony jest gwizdek, żeby móc wezwać pomoc jak się ktoś zabłąka, itd. W busiku zaczyna rosnąć napięcie - wiemy, że nas trochę wkręca, no ale to w końcu Afryka... więc nic nie wiadomo. Co prawda w katalogu pisze coś na temat "luksusowego kempingu" ale pojęcie "luksusu" można rozumieć nader rozmaicie. Dla wielu Afrykańczyków "luksus" oznacza "mieć dużo czystej wody i raz dziennie najeść się do syta". I są to tylko marzenia... Dlatego z pewnym niepokojem oczekujemy na zakwaterowanie.

          No i powiem tak - k... mać!!! W takich warunkach to jeszcze nie mieszkałem. A zdarzało mi się spędzać wakacje w hotelach z 5 gwiazdkami. To, co zobaczyłem... Ludzie. Wyobraźcie sobie dom wysoki na jakieś 3 metry zbudowany z grubego ale przewiewnego płótna, o powierzchni jakiś 60 m2, wyposażony w okna z siatki oraz luksusowe meble w stylu kolonialnym (oczywiście jest elektryczność...) i otoczone moskitierą łóżka, na których można by śmiało rozegrać mecz tenisa ziemnego. Do tego z 20 m2 murowanej łazienki, z wanną w której można by umyć samochód, kibelek, bidet, osobna duża kabina prysznicowa, lustra, 3 umywalki, itd. itp. Krótko mówiąc - szok. Dodam, że latarka z gwizkiem faktycznie była na stanie... Tak na wszelki wypadek. Ogólny zwis szczęki! (Klima niepotrzebna, bo wiaterek fajnie przenika przez płótno).

          Potem safari, ale poza hieną nic nowego ponad to, co już widzieliśmy, nie było. Dostrzegliśmy też lwicę z 4 małymi albo bardzo daleko od nas (jak ten kierowca ją wypatrzył...) jak pociesznie dyrdały za mamą do wodopoju. Była też inna lwica, mająca na szyi obrożę z nadajnikiem radiowym, zapewne założonym przez naukowców. Przewodniczka zachęca do zwiedzania wioski Masajów. Za 30 $ od łba, bo Masajowie się wycwanili. Ponoć za tę kasę chcą sobie zbudować szkołę. Zastanawiam się, bo pachnie mi toto "Cepelią" i ogólnie takim "folklorem pod publiczkę" jak powiedzmy zespół Mazowsze i "łojdiri-u-ha!". Zwycięża ciekawość. No i ponadto w wiosce Masajowie chętnie pozują do zdjęć - a znani są z tego, że albo w ogóle nie pozwalają się focić, albo życzą sobie 10$ od zdjęcia (zwykle da się stargować do 1-2...).
          • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 5 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:49


            Pierwsze zaskoczenie - ta wioska jest dosłownie o kilometr-dwa od lodży. W sumie na logikę - do wody blisko, do turystów blisko... ale jakoś człowiek oczekuje, że oni to gdzieś za górami, za lasami... Najpierw pokazują nam swoje domy. Ja pierd...!!! To, że zbudowane są głównie z wysuszonego krowiego nawozu na drewnianym szkielecie, to wiedziałem. Ale - po pierwsze korytarze są w nim niewiarygodnie ciasne i wąskie. Ponoć po to, żeby dzikię zwierzę nie wlazło. Ledwo się przeciskam, a jak sobie radzą oni, dość słusznego wzrostu przecież (acz szczupli) to nie wiem. Po drugie jest tam przerażająco ciemno, szczególnie jeśli się wejdzie prost ze słońca. Robiłem zdjęcia "na czuja" NIC nie widziałem, póki nie błysnęła lampa. Ponoć po 10 minutach wzrok się przyzwyczaja. Po trzecie - pokoiki są również okrutnie ciasne. Po czwarte - zaskoczenie - we wnętrzu panuje miły chłodek. Po piąte - jest tam MNÓSTWO much i innego robactwa (pamiętajcie z czego są ściany...). Żeby się tego pozbyć, Masajowie palą w domu wysuszony nawóz słonia - efekt jest taki, że najczęstszą chorobą Masajów jest zapalenie spojówek i jaskra. No i zdecydowanie nie pachanie tam fiołkami. Krótko mówiąc - gó...ane te domki...

            Widziałem też masajskie dzieci. Te starsze wiedzą już, że turyści rozdają cukierki oraz długopisy i zeszyty. Dobra rada - dajcie gifty jakiemuś Masajowi, on rozdzieli je sprawiedliwie, a dzieci będą wówczas grzeczne. W innym wypadku, gdy sam/a będziesz chciał/a je rozdysponować, zobaczysz co czuję człowiek zaatakowany przez stado piranii albo powiedzmy gromadę wściekłych hien. Jedyna rada - udawać martwego. :) A propos martwego - Masajowie mają tabu (czytaj: boją się) martwych. Nie boją się śmierci - ani swojej ani cudzej, ale boją się martwych ciał. Zatem gdy któryś z nich jest ciężko chory, a ich czarownik nie daje rady go wyleczyć, albo jest stary i ma "trzy ćwierci do śmierci", to takowego się po prostu wynosi poza wioskę (otoczoną wałem kolczastych gałęzi) i... zostawia na żer hienom. Serio! Widziałem też może 2-3 letnią dziewczynkę, której twarz była żerowiskiem dla much. Ani ona, ani jej matka, ani otoczenie nie zwracało na to uwagi... Będzie silna, to przetrwa, a jak będzie słaba... patrz wyżej. Niezła "Cepelia", prawda?

            Co jeszcze? Troszkę pytań do wodza na tematy rozmaite (wiecie, że żywią się głównie mlekiem i krwią krów? A krowa to dla nich jedyny wyznacznik majątku i prestiżu - zarabiają kasę głównie po to, żeby kupować więcej krów), pokaz rozniecania ognia a'la Bear Gryls (dwa patyczki, wysuszona słoniowa kupa i sucha trawa - to działa!), pokaz tańców, błogosławieństwo, a na koniec zostaliśmy podzieleni na czwórki, każdemu trafił się masajski nadzorca i bardzo sprawnie zapędzono bydło (tzn. nas) do sklepiku z pamiątkami pod gołym niebiem, gdzie "luki-luki". A spróbuj nic nie kupić, gdy obok ciebie stoi moran (czyli wojownik) z pałą i dzidą w ręce. :)

            Choć z drugiej strony targowanie wyglądało dość pociesznie - wybrałem sobie jaką maskę. Nasz "nadzorca" nie znał angielskiego, ale znał cyfry, więc paluchem stopy na ziemi nakreślił "200" [szylingów]. W tym momencie podszedł inny Masaj, popatrzył na cenę i dał mu dyskretnego kopa (acz nie na tyle dyskretnego, bym go nie zauważył), w efekcie czego szybko dopisano jedno zero na końcu. Skoro tak, to zamazałem ziemię swoją stopą i napisałem 500. Gość dopisał "1" na początku, ja przerobiłem "5" na "0" i targu dobito. (Co prawda potem w sklepie obok hotelu trafiłem na bardzo podobną za 700, ale niech tam - liczy się przecież, że od Masajów kupiona. A że mimo starannego oglądania nie znalazłem "made in China" (czego nie mogę powiedzieć o bransoletce, którą kiedyś moja żona kupiła w Tunezji od Beduinów jako ich rękodzieło :P) to jest szansa, że nawet sami ją zrobili. W sumie więc owa "cepelia" warta była uwagi jak najbardziej.

            W lodży rozkoszuję się kąpielą w wannie (od biedy dałoby się w niej nawet popływać, tylko po co skoro basen też jest na stanie lodży. Ech te spartańskie warunki...).Nastawiam sobie budzik na 6 rano, no bo rozumiecie - Kilimandżaro...
            No i było warto wstać, bo faktycznie widać całą górę. Niestety znacząco zmniejszyła się ilość śniegu na szczycie, więc góra nie wygląda już tak malowniczo jak na starych zdjęciach z czasów kolonialnych. Ale tak czy siak - wow. A sawanna z Kilimandżaro w tle o poranku - bardzo duże WOW.

            Dzień szósty

            Po szybkim śniadaniu pakują nas do busów i wiozą po rezerwacie Tsawo West. Mieści się ono na dnie dawnego w większości wyschłego jeziora - wszędzie więc unosi się miałki, alkaliczny, biały pył, dużo bardziej dokuczliwy niż czerowny. (Czerwony też jest, a jakże). Najpierw wjeżdzamy do czegoś, co przypomina wrocławski Ogród Botaniczny. Mnóstwo roślin, dużo wody, dużo zielni. Pod eskortą uzbrojonego żołnierza (bardzo chętnie pozował do zdjęć) łazimy w poszukiwaniu hipopotama, ale niestety bezskutecznie. Są tylko krokodyle, marabuty i sporo dużych ryb. Pod względem zwierząt - nędza, ale widoki fajne i no i zregenerowaliśmy siły przed dalszą podróżą.

            Jedziemy dalej, mijając wielki obszar zalany czarną lawą, efekt działalności wulkanu Chiulu (czytaj: Cziul), którego nazwę rzecz jasna każdy Polak wymawia nieco inaczej. Widok dość imponujący. Potem zaczyna się równina, gdzie teoretycznie powinny być nosorożce (taki rezerwat wewnątrz rezerwatu). Niestety, kolejne rozczarowanie - ni cholery. Są naturalnie słonie, są żyrafy, antylopy rozmaite, nawet lwy są... ale nosorożca nie ma. Pech. Troszkę się nam humory zwarzyły, ale mówi się trudno. Po prostu te zwierzęta powoli robią się rzadkością, nawet w rezerwatach... Przewodniczka pociesza, że jedziemy do lodży gdzie warunki bytowania są dużo skromniejsze niż poprzednio, ale za to niemal na 100% jest gwarancja zaobserwowania lamparta.

            Ta ostatnia lodża jest faktycznie dość skromna - o ile jeszcze jadalnia czy recepcja są na poziomie, to w pokojach (a szczególnie w łazience) wyraźnie widać upływ czasu. Nie, żeby było źle, ale po komforcie poprzedniego noclegu ten wydaje się... no powiedzmy jak w domu wczasowym z czasów Gierka - widać, że wszystko jest już mocno zużyte. A co najgorsze - jest tu mnóstwo komarów. Wcześniej przez kilka dni widzałem ich słownie TRZY. Tu w samej łazience wieczorem latało ich KILKADZIESIĄT. Jak sie okazuje lokalne sk..syny są na tyle małe, że przeciskają się przez siatki w oknach - trzeba je szczelnie zamykać (okna znaczy się). Spryskany repellentem przez dobry kwadrans czyniłem im apokalipsę zrolowanym ręcznikiem, potem właczyłem do prądu takie cosik na komary i rozpiąłem moskitiery nad łóżkami - pamiętajcie, że największym zabójcą (ludzi) wśród zwierząt jest własnie komar (roznoszący malarię), który ma na koncie więcej ofiar niż wszystkie możliwie dzikie zwierzęta razem wzięte... Więc nie ma żartów!

            Ruszamy na safari - jest wszystko, ale nadal nie ma nosorożca. No i lamparta. Co z nim i ową niemal 100% szansą na jego obejrzenie? No cóż, jak się okazuje lodża ma niepisaną umową z pewnym kotem, którego rewir łowiecki jest w pobliżu. Jak mu nie wyjdzie polowanie, albo jak po prostu mu się nie chce polować, to zwierz przychodzi wieczorem do lodży na małą przekąskę - do specjalnego rusztowania przywiązuje się mu solidny kawał mięcha. Przywiązuje po to, żeby go nie zabrał do legowiska, a żarł na miejscu. Najpierw lekkie rozczarowanie, bo to nie to samo co wypatrzyć lamparta samemu, ale z drugiej strony - zawsze to dziki lampart, a nie rozleniwione kocisko z ZOO.
            • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 6 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:50



              Od 18 czyhamy więc w odpowiedniej odległości z teleobiektywami i lornetkami. Robi się ciemno, a kociska nie widać... Hmmm. Nagle - jest. Jak podszedł (podpełzł?) niewidoczny do owego rusztowania, tego wam nie wyjaśnię. Nie było, a potem nagle jest. Zwinne cętkowane cielsko jednym susem lokuje się na rusztowaniu, a potem słychać tylko trzask kości i chrzęst mięsa w potężnych szczękach. Ludźmi w ogóle się nie przejmował. Nawet flesze lamp go nie płoszyły. W międzyczasie do pobliskiego wodopoju podchodzi stado bawołów, jeden czujnie staje w połowie drogi i obserwuje drapieżcę, lampart równie czujnie łypie na bawoła (widać wzajemny szacunek) ale żreć nie przestaje. Po 10 minutach z paru kg mięsa nie ma nic prócz strzępów sznura na rusztowaniu i lampart jednym susem znika już w mrokach nocy, a ja sobie mruczę początek mego ulubionego wiersza Williama Blake'a

              Tyger! Tyger! burning bright,
              In the forests of the night,
              What immortal hand or eye
              Could frame thy fearful symmetry?

              Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
              W jakim to nieśmiertelnym oku
              Śmiał wszcząć się sen, że noc rozświetli
              Skupiona groza twej symetrii?

              Naturalnie wstawiając "leopard" w miejsce tygrysa...

              Potem wracam do lodży, zabijam kolejnych 3000 komarów (no dobra, niech będzie, że z 10, resztę zmogło antykomarze urządzenie) i pogrążam się w lekturze książ... O JASNA CHOLERA!!! Jak mi coś nagle zaryczało tuż za oknem!!! Normalnie serce w gardle, a zza okna dobiega jakieś sapanie, charczenie, szuranie (dodajmy, że pokój mam na parterze). Łapię latarkę w ręce, wpadam na balkon, zataczam ręką krąg i nagle widzę sporo błyszczących zielonych ślepi o 3-4 metry ode mnie. Aj, aj, aj... No, ślepia okazały się bawolimi ślepiami, ryk też był bawoli, a owe odgłosy to po prostu dźwięk jaki wdaje 6 bawołów intensywnie żrących trawę, ale co mi gul skoczył, to moje. :)

              Wraca moja żona, wręczam jej latarkę i zapraszam na balkon "bo fajne widoki są". Muszę przyznać, że bardzo szybko wróciła i to dużo bledsza niż była minutę wcześniej. Po 5-10 minutach bawoły sobie poszły spać nad wodopój - a my do łóżek, choć przyznam, że spałem dość czujnie. Ale żaden lew czy leopard jednak nie miał ochoty na przekąskę z wazungu.

              Dzień siódmy

              Szybkie poranne safari - poza pawianami, orłami, jedną pełznącą po drodze żmiją oraz antylopami dik-dik (najmniejsze antylopy, wielkości królika, albo dużego kota, bardzo płochliwie i arcyzwinne, więc trudne do sfotografowania) nic wartego uwagi. Pogodziliśmy się z myślą, że nie zaliczymy Wielkiej Piątki, no ale 4 z 5 to też dobrze. Potem kilka godzin jazdy do Mombasy i powrót do hotelu. Przewodniczka namawia by zapisać się na wycieczkę po mieście następnego dnia, ale że wyjazd jest o 6 więc pobudka musiałaby być o 5, odmawiamy. Chcemy się wyspać...

              Zmęczeni, brudni, marzymy o prysznicu i basenie. W hotelu zakwaterowują nas po powrocie w innym pokoju niż byliśmy wcześniej. Takie są tam zwyczaje. Wchodzę więc do nowego pokoju, z ulgą ciskam wszystkie klamoty na podłodze i wydaję z siebie radosny ryk "pryyysznic!". Po czym widzę wpatrzone we mnie wieeeelki oczy bardzo grubej Murzynki leżącej sobie na łóżku z komórką w ręku. Łotdefak?! Numer pokoju się zgadza z numerem klucza, klucz jest elektroniczny więc innych drzwi nie otworzy... Patrzymy na siebie z wielkim zdzwieniem, zbieram walizki, mamrocząc coś o nieporozumieniu, Murzynka nadal tylko wytrzeszcza oczy. Wracam na recepcję, gdzie mnie przepraszają i dają klucz do innego pokoju.

              Okazuje się, że mam tam świetny widok na ocean. Ciskamy klamoty, prysznic i na basen, zrelaksować się. W dwie godziny i dwa piwa poźniej wracamy i następne dwie godziny się rozpakowujemy. Wtedy słyszę stukanie do drzwi. Otwieram, widzę kolesia z wózkiem. "Czy jest pan już gotów do przeprowadzki?". Jak przeprowadzka - warczę. - Wprowadziłem się tu 4 godziny temu, a ty pewnie masz zlecenie od poprzedniego lokatora, który się wyprowadzał ale RANO. Gość robi wrażenie zmieszanego. Zamykam drzwi i tłumaczę żonie, że jakiś palant chciał nas - hahaha! - przeprowadzić.

              W pięć minut potem dzwoni telefon. Recepcja. "Bardzo pana przepraszamy, ale musi się pan wyprowadzić z tego pokoju". Czuję jak zalewa mnie tzw. "jasna krew". NIE ZAMIERZAM SIĘ NIGDZIE PRZEPROWADZAĆ!!! - ryczę. "Bardzo mi przykro ale mu się pan przeprowadzić, mamy pewien problem z kanalizacją w tym skrzydle i ten pokój będzie wyłączony z ekploatacji". Jasne - na pewno przez pomyłkę dali mi pokój w dobrym miejscu i uznali po czasie, że on się bardziej przyda temu, co dał recepcjoniście w łapę! Schodzę do recepcji z zamiarem powalenia pieścią w blat i zrobienia tzw. "dymu". Ale tam już stoi kilka osób, klnących w rozmaitych językach. Chyba faktycznie mieli tę awarię, bo przesiedlali z 20 osób...

              No nic, następny pokój miał ciut gorszy widok na ocean, ale i tak dużo lepszy niż ten pierwszy, więc niech tam, spakowaliśmy to, cośmy rozpakowali, przenieśliśmy walizy, znów rozpakowaliśmy... i jest 12 w nocy. No to spaaaać...

              Dzień ósmy

              Drńńńńńńńńńńń!!!! 5 rano, telefon dzwoni, co znowu, k*** mać? Może pożar?

              ...HALO!!!

              "Good morning, sir. Przypominam, że zamawiał pan budzenie na 5 rano, gdyż wybiera się pan na wycieczkę po Mombasie". NIE!!! - ryczę. NIE ZAMAWIAŁEM ŻADNEGO PIERD*** BUDZENIA, NIE WYBIERAM SIĘ NA ŻADNĄ CHOLERNĄ WYCIECZKĘ!!! Chwila milczenia. "Bardzo mi przykro za to nieporozumienie". Eeeech. Wiem, że już nie zasnę, więc idę sobie na plażę, żeby ochłonąć, gdzie zostaję nagrodzony bardzo pięknym wschodem słońca. Niestety wraz ze słońcem budzą sie handlarze, więc dopada mnie jeden ranny ptaszek, imieniem Moses. Z czystym sumieniem mogę mu powiedzieć, ze NIE MAM PIENIĘDZY.
              "Nic to, mój przyjacielu, teraz wybierzesz towar, zapłacisz potem." Wiesz, ale ja dziś wyjeżdżam, nie mam czasu by "przyjść potem". (Ściemniam, bo wyjazd dopiero następnego dnia). "Hmmm... ale wiesz co, masz piękne buty. Dam ci za nie o te bransoletki". Buty mi są potrzebne na podróż. "Ale czapka przeciwsłoneczna nie będzie ci potrzebna?" No faktycznie, nie będzie, szczególnie że miałem na głowię taką, którą i tak zamierzałem wywalić przed wyjazdem. bo swoje już przeszła. Po kwadransie wracałem bez czapki ale z paroma bransoletkami w ręku. :). Resztę dnia spędziłem na pływaniu i trwonieniu kasy.

              Dzie dziewiąty i ostatni

              Pobudka, pakowanie... Potem jeszcze basen, ocean, spacer po okolicach i zakup pamiątek w ilościach hurtowych (raz, że musiałem się pozbyć resztki szylingów, dwa że moja żona zawsze ma dłuuuugą listę rodziny i znajomych, którym "wypada coś przywieść"), potem finalne pakowanie. Wieczorem wykwaterowanie, jazda na lotnisko, szybka jak na Kenię (bo góra godzinna) odprawa, plus wypełnianie jeszcze raz (!) wniosku wizowego (tzn. że wyjeżdżam), potem samolot - tam awanturują się ludzie, bo każdy nakupował masę pamiątek, które usiłuje wcisnąć do schowka na bagaż podręczny, tamże upychają też zimowe ciuchy do przebrania, a przecież jest jeszcze zasadniczy bagaż podręczny. Dodam, że jeden koleś w jego ramach wtaskał na pokład walizkę o rozmiarze chyba 0,75 x 1 m... (Nie żeby sam był całkiem bez winy, bo mój bagaż podręczny zawierający sprzęt fotograficzny był 2x cięższy niż powinien, ale za to zajmował normalną ilość miejsca.). Ale w końcu jakoś sie wszystko poukładało i wystartowaliśmy o czasie.

              Po 4,5 godziny jesteśmy w Hurgadzie (Egipt), gdzie samolot tankuje paliwo. Z niejasnych przyczyn kazano wszystkim na ten czas opuścić pokład. Okazuje się, że Egipt w styczniu i w środku nocy to jakieś 10-12 stopni i porywisty wiatr. Dawno nieodczuwane wrażenie - chłód... Zawieźli nas do jakieś poczekalni, gdzie spędziliśmy z pół godziny (palacze byli uszczęśliwieni), a na koniec przepuszczono nas przez bramki wykrywające metal, a niektórych pobieżnie zrewidowano. Bez sensu...
              • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 19:51



                Od 18 czyhamy więc w odpowiedniej odległości z teleobiektywami i lornetkami. Robi się ciemno, a kociska nie widać... Hmmm. Nagle - jest. Jak podszedł (podpełzł?) niewidoczny do owego rusztowania, tego wam nie wyjaśnię. Nie było, a potem nagle jest. Zwinne cętkowane cielsko jednym susem lokuje się na rusztowaniu, a potem słychać tylko trzask kości i chrzęst mięsa w potężnych szczękach. Ludźmi w ogóle się nie przejmował. Nawet flesze lamp go nie płoszyły. W międzyczasie do pobliskiego wodopoju podchodzi stado bawołów, jeden czujnie staje w połowie drogi i obserwuje drapieżcę, lampart równie czujnie łypie na bawoła (widać wzajemny szacunek) ale żreć nie przestaje. Po 10 minutach z paru kg mięsa nie ma nic prócz strzępów sznura na rusztowaniu i lampart jednym susem znika już w mrokach nocy, a ja sobie mruczę początek mego ulubionego wiersza Williama Blake'a

                Tyger! Tyger! burning bright,
                In the forests of the night,
                What immortal hand or eye
                Could frame thy fearful symmetry?

                Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
                W jakim to nieśmiertelnym oku


                Potem znów do samolotu, kolejne 5 godzin... i witaj Warszawo, o poranku. Temperatura z 7 stopni, czyli prawie jak w Egipcie. :) A tydzień temu leżał śnieg... Po dwóch godzinach jesteśmy na dworcu kolejowym, po następnych 6 - a była to już 15 po południu - wróciłem do domu. Zmęczony jak cholera, ale bardzo szczęśliwy. I tylko żal, że wszystko tak piorunująco szybko minęło i że w Afrykę zanurzyłem się może na głębokość czubka palca, a to przecież wielki ocean...
                Wiem jedno - ja tam jeszcze kiedyś wrócę...



                Podsumowując - prościej powiedzieć czego NIE widziałem: hipka, nosorożca i geparda.





                (*) Tusk to po angielsku kieł. Na etykietce piwa widać zaś słonia z 2 imponującymi kłami. Zastanawiałem się jak spolszczyć jego nazwę (Tusker... Kiełce? Kłacz? Kliskie?) i w końcu wymyśliłem swojsko brzmiący dla Polaka "Kielonek". Tenże Kielonek smakuje całkiem nieźle, choć to raczej piwo "obiadowe" niż do picia celem delektowania się smakiem. Tym niemniej polecam.

                (**) Kultura jazdy kierowców kenijskich miło zaskakuje, moim zdaniem są lepsi niż ci w Egipcie. Choć naturalnie pogarda dla rozmaitych zygazków i kresek wymalowanych na jezdni jest, migacze są używane "gdy się chce" (szczególnie poza miastem), a niektórzy jeżdą sobie na migających światłach awaryjnych, co ponoć oznacza "się spieszę, więc nie pchajcie się pod koła". Jedyni, których należy się naprawdę obawiać to kierowcy "matatu" czyli takich busów-taksówek. Do busów wchodzi teoretycznie 13 osób, w praktyce 2x tyle, a kierowcy jeżdżą jak szaleńcy, nawet wedle kenijskich standardów. A to dlatego, że żaden z nich nie jest właścicielem samochodu, który prowadzi. Oni go dostają od bossa i muszą mu dziennie za to odpalić 20.000 szylingów. Na nasze to ok. 800 zł, a trzeba pamiętać że typowy Kenijczyk zarabia tak z 600 zł MIESIĘCZNIE (czyli jakies 15.000 szylingów), zaś za 1 kilometr jazdy w matatu płaci się bodaj 20 szylingów. Dopiero to, co zarobi ponad owe 20.000 należy do kierowcy. Zatem nic dziwnego, że takowy stara się łapać możliwie dużo pasażerów i jeździć najszybciej jak można, także po prąd i w poprzek drogi (sam widziałem!)... Jeśli wam życie miłe, nie korzystajcie z matatu!

                (***) Afrykańska sawanna zawsze kojarzyła się z czujnie krążącymi w powietrzu sępami. Tymczasem nie widziałem ANI JEDNEGO sępa (choć ponoć są), a za padlinożerców robią orły. Dziwne.


                • Gość: ania Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.leon.com.pl 20.01.11, 21:06
                  Jestem pod wrazeniem Twoich opowiesci.Czytalam je z zapartym tchem.Za pare dni tez tam bede,nie moge sie doczekac.Jeszcze raz pochwaly i podziekowania za swietne i tak dokladne relacje.
                • roxy361 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 20.01.11, 21:10
                  Lifter-REWELACJA. Nic więcej nie dodam. Jade na takie samo safari 13 lutego i potem tydzien lenistwa na plazy. Dłuzszy czas mentalnie przygotowuje sie do wyjazdu ale Twoja opowieśc spowodowała, że baaardzo bedzie mi sie dłuzyło do wyjazdu.
                  Napisz prosze w jaki hotelu byłes.
                  pozdr. Roxy
                  • Gość: Kurde Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.dynamic.chello.pl 20.01.11, 21:17
                    Polski frustrat na baseonowych wakacjach - NIE TO FORUM!!!!!!!!!!!!!
                    • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 21:25
                      LOL, widać w kim frustracja kipi :)
                  • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 21:24
                    Mombasa Continental Resort
                    • annia251 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 20.01.11, 22:03
                      Continental Resort - no tak, nazwa mowi za siebie, prawdziwa Afryka przy basenie za 2 metrowym murem - big LOL. I pewnie all inclusive?
                      • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 22:42
                        Nie bylo inclusive, a w hotelu spedzilem 2 noce, do tego sam go nie wybieralem. ALe jesli masz sie ochote powyzywac, to prosze bardzo, nie zaluj sobie. Pojechalem na urlop i na safari, a nie na survival, czy samotna wedrowke z plecakiem w poszukiwaniu sensu zycia i PRAWDZIWEJ Afryki. W czym problem, dziewczyno?

                        PS. Muru tez nie bylo, tylko budka straznika przed wejsciem, ale za nia tez przepraszam, wiem ze prawdziwy turysta powinien spac na kartonie na chodniku, ale coz, ja pojechalem sobie odpoczac po prostu. Nawet nie mialem malarii, wstyd po prostu...
                • Gość: ooonaa Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.ssp.dialog.net.pl 20.01.11, 22:53
                  rewelacja ,rewelacja,rewelacja
                  zajebist rewelacja
                  czyta się jak książkę
                  jeszcze tylko fotki ........ i jakby się tam było;-)))))

                  pzdr.D.
                  • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 22:59
                    Chcesz - masz :)

                    klubkm.pl/forum/showthread.php?t=8755&page=99
                    od strony 99
                    • voyager747 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 20.01.11, 23:07
                      fotki super, może na jakiegoś Kolumbera wrzucisz, tam można opis dać i fotki, lepiej niż na forum.
                      • roxy361 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 20.01.11, 23:19
                        Lifter fotki tez super, proszę o wiecej. A takie opowiesci to sie czyta jednym tchem, nie przejmuj sie "ambitnymi" nic nie widzieli, nic nie maja a duzo piszą. Nie bedę uzywała mocnych slów ale zawiśc ludzka nie zna granic.
                        • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 20.01.11, 23:36
                          Ja sie nie przejmuje - pretensje albo maja ci, ktorych na takie wycieczki nie stac, albo ludzie, ktorzy uwazaja, ze prawdziwa wyprawa do Afryki jest wtedy, kiedy sie ja przejdzie w poprzek na wlasnych nogach, spi sie wylacznie pod golym niebem, a zywi tylko tym, czym pogardza hieny. :) Pierwszych olewam, drugich podziwiam ale nie zamierzam nasladowac :P
                          • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 21.01.11, 14:15
                            Dla zainteresowanych - ta sama relacja ale z fotkami (bede tam dorzucal ich wiecej, w miare wolnego czasu)

                            klubkm.pl/forum/showthread.php?t=36207
                    • Gość: kolo Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.dynamic.chello.pl 21.01.11, 00:21
                      Nie przesadziles troche z obróką?Kolory mocno nie naturalne?
                      • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 21.01.11, 00:28
                        Przy Masajach zaszalalem, ale tam nie zalezalo mi na "dokumentalizmie", przy zwierzetach nie kombinowalem w ogole, poza drobnymi korektami kontrastu itd.
                        • Gość: Ewa Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 195.205.24.* 21.01.11, 09:39
                          Świetna lektura. Oby więcej takich relacji . Też wybieram się do Kenii i właśnie takie "sprawozdanie" było mi potrzebne. Proszę się nie przejmować kąśliwymi uwagami. Każdy spędza tak urlop jak mu to odpowiada. Jedzie się za własne pieniądze i nic nikomu do tego jak się chce wypocząć. A wszyscy ci którzy lubią ekstremalne wypady to ich sprawa i ryzyko.
                          Mam jedno pytanko , jeżeli może Pan odpowiedzieć, ile ta wycieczka kosztowała i z jakim biurem Pan był. Pozdrawiam.
                          • r16c Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 21.01.11, 10:14
                            Świetna relacja. Gratuluję. Jakie szczepienia i profilaktyka antymalaryczna? Pozdrawiam.
                            • Gość: Kika Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.ups.com 21.01.11, 10:53
                              Super relacja, masz talent do pisania! Czytalo sie jak ksiazke podroznicza:)
                              Tez jestem ciekawa kosztow podrozy, mozesz zdradzic ile wyniosla cie calosc?
                              Czy safari miales wykupione juz wczesniej czy szukales oferty u "tubylcow"?
                              Szkoda ze dluzej cie tam nie bylo, byloby wiecej do czytania:)
                              • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 21.01.11, 12:11
                                W oferciu biura taka wycieczka kosztuje ok. 5000 zl na glowe, w last/first minute da rade wyrwac o ok. niemal 1000 zl taniej. Do tego trzeba doliczysz ew. szczepien, koszt safari (u nas wynosilo to ok. 250 $ od glowy ekstra), no i kieszonkowe, ktore tez wynosi jakies 300-500 $. Trzeba sie wiec nastawic na laczne wydatki rzedu 12-15.000 zl na dwie osoby.

                                Ja mialem wycieczke objazdowa, z wliczonym safari. Wiadome jest, ze jak sie kupuje na miejscu w biurze to jest drozej, a do tego placisz za pare dob w hotelu, w ktorym nie mieszkasz w tym czasie. U kenijskich posrednikow (polecam Pollmans) jest o polowe taniej, bo polskie biura przeciez i tak kupuja od nich uslugi, dorzucajac tak 100% marzy - za 2-dniowe safari chcieli bodaj 400 $, a u Pollmansa niecale 200.
                            • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 21.01.11, 12:06
                              Szczerze mowiac zaszczepilem sie na wszystko, co tylko sie dalo - ale glownie po to, ze takowe szczepienia wazne sa od 3 do 10 lat i bede mial to juz glowy na zapas. :P No i oczywiscie bralem malarone (na szczescie nie doswiadczajac zadnego z wielu mozliwych skutkow ubocznych). Mysle, ze gdyby myslec tylko o samej Kenii (i wyprawie pod Kilimandzaro) to wystarczy szczepionka na zolta febre i profilaktyka antymalaryczna.
                          • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 21.01.11, 12:04
                            Z Itaka. Ile kosztowala... ech... wydalem tyle, ze moglbym przez rok splacac kredyt mieszkaniowy i jeszcze by zostalo na powiedzmy dwudniowy wypad do Londynu... ale bylo warto.
                            • matanzas Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 21.01.11, 18:03
                              Super fajnie się czytało :))
                              • Gość: Ewa Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.xdsl.centertel.pl 22.01.11, 15:42
                                Wierzę , że warto było. Ja dużo podróżuję i nigdy nie żałuję wydanych pięniędzy.Jestem już osobą w średnim wieku i cieszę się z każdego wyjazdu bo w moich latach młodości nie było takich możliwości wyjazdu. Komuna szczelnie zamknęła granice, więc Wy teraz młodzi macie komfotrowe warunki.Ja muszę nadrabiac zaległości, a przed Wami już cały świat stoi otworem. A jest piękny i to co zobaczymy to pozostaje w pamięci na całe życie.Serdecznie pozdrawiam i życzę wielu wspaniałych podróży i wrażeń.
                                • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: 213.231.192.* 22.01.11, 16:58
                                  Tak miedzy nami to zapewne jestesmy w podobnym wieku, bo ja tez nadrabiam lata, gdy wyjazd na wczasy do Bulgarii byl szczytem marzen. :)
                                  • logopeda9 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 23.01.11, 19:46
                                    fajnie się czyta te Twoje wrażenia, miło dzięki nim "wrócić",byliśmy na tej wycieczce rok temu,byliśmy w Kenii też dwa lata temu i w tym roku znowu lecimy..eh, wreszcie ktoś komu nie trzeba odpowiadać na pytanie "a Wy znowu do tej Kenii?";ps pięęękne zdjęcia,dla mnie szczególnie to masajskiej kobiety z dziećmi,nie znam się na fotografii, nie wiem coś Ty z nimi zrobił ,ale mało mnie to interesuje, cud miód malina:)))pozdrawiam serdecznie,Asia
                                    • Gość: bibi333 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.11, 15:04
                                      Fantastycznie się czytało Twoją relację!:)
                                      Marzę o takiej podróży, jak mi tylko jeszcze trochę dziecię podrośnie, to z pewnością też się wybierzemy.
                                      A tak na marginesie, lepiej było by chyba umieścić Twoją relację na forum "Turystyka zorganizowana", bo tutaj większość, to same "makgajwery", co to tik-takiem i nicią do czyszczenia zębów bawoła na lunch upolują i lwa od ścierwa odgonią, a człowieka, który jedzie z wycieczką dla przyjemności i odpoczynku uważają za gorszy gatunek....
                                      Pozdrawiam serdecznie - z bliskich okolic Wrocławia:)
                                      • Gość: Lifter Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.01.11, 15:58
                                        Pewnie ze tak - pewnie stad niektorzy sie ciskali, ze w hotelu mieszkalem i wlasnorecznie nie upolowywalem jedzenia :P.

                                        • Gość: gość Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.14-2.cable.virginmedia.com 26.01.11, 23:04
                                          Bardzo ciekawa relacja.Kenia jeszcze przede mną,wiem zatem gdzie szukać informacji.I choć na nie jednym forum turystycznym piszą różnie o Kenii to jednak nie wszędzie można znaleźć tak szczegółowe i jakże cenne informacje.
                                          • ikp6 Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 27.01.11, 23:42
                                            Nieźle - tak sie uśmiałam że odechciało mi się spać. Żona ma z Tobą chyba wesoło :) pozdrawiam
                • Gość: Majla Re: Kenia - moje wrażenia cz. 7 IP: *.ip.netia.com.pl 04.02.11, 12:43
                  Rewelacyjna opowieść :) Co Ci mogę doradzić, to napisz książkę. Świetnie się czytało :)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja