Dodaj do ulubionych

wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy

    • Gość: m55 Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Wars IP: *.sownet.gliwice.pl 27.02.03, 19:44
      takie opisy mnie kręcą . Brawo !!!!!!!!!
      może jakiś przelot nad morzami np egejskie martwe atlantyk
      powodzenia
      m55@interia.pl
    • windows3.1 Vitkov 28.03.03, 12:31
      Późny wieczor 24 marca 2003 roku. Jan Żiżka patrzy na Pragę ze szczytu pustego
      wzgórza Vitkov. Spogląda na zachód, w kierunku Zamku, skąd pewnego lipcowego
      dnia wiele lat temu nadeszły wojska Cesarza. Imperator nie wiedział jeszcze, że
      Bóg garstki oberwańców będzie silniejszy od jego własnego, cesarskiego Boga.

      Sam Żiżka też nie wiedział, jakiemu bogu przyjdzie mu jeszcze służyć.
      Gdyby na swoim największym na świecie koniu obrócił się na chwilę do tyłu
      zobaczyłby, jak zapomniany miejscowy Ghiberti przeprowadził w 12 obrazach
      egzegezę historii Czech. Od chwili, gdy Jan Hus nadaremnie usiłował odebrać
      władzę uzurpatorom do momentu, kiedy władzę tę przekazali w spracowane ręce
      radzieccy czołgiści.

      Ale Klementa Gottwalda i jego spoczywających tu w grobowych podziemiach
      pomocników nie obronił jednooki rycerz. Owszem, wprowadzili się do
      kubistycznej, kamiennej bryły, skończonej w chwili gdy upadło państwo, na
      chwałę którego ją wznoszono. Cóż z tego, kiedy teraz leżą tam w ciemnej,
      przegniłej samotności, a nikt w wielkim pustym gmachu nie ma odwagi sprawdzić,
      czy aby na pewno przebito ich osikowymi kołkami.

      U stóp wykutego dłutem Kafki jeźdźca gigantyczny, kamienny czeski lew
      nadal dźwiga niepotrzebną już słowacką tarczę; może ciągle liczy, że lipy na
      bratysławskim zamku zakwitną na nowo. Przed nim tajemnicza tablica, sławiąca
      bohaterów poległych za nieznaną bliżej władzę... Samotna flaga Czech na wysokim
      maszcie desperacko powiewa nad zamieszkałym przez duchy pustym kamiennym placem
      i nad parkiem, po którym biegają szaroczarne zdziczałe króliki... Za chwilę
      zniknę w podziemnym pieszym tunelu z Żiżkowa do Karlina, ale już wiem:
      nareszcie znalazłem w Pradze swoje magiczne miejsce.
      • wowa44 ??!!! 29.03.03, 14:42
        no proszę! czy to pastisz czy falsyfikat?

        Jeśli falsyfikat, to świetny.

        Jeśli pastisz, to za mało przerysowany. Ja bym jeszcze bardziej podkreślił moją
        skłonność do melodramatyzmu, historycznych rebusów, pustych placów, samotnych
        wzgórz... no i zapomniałeś podać, jaka była temperatura.

        W każdym razie dzięki za sugestię. Nigdy na tym Vitkowie nie byłem, koniecznie
        wpadnę następnym razem. A co do lip w Bratysławie to wybieram się jutro,
        zobaczę co tam z nimi.

        PS. czekaj czekaj, też Ci zrobię kawał, np. w jakimś wątku na forum dziecięcym
    • wowa44 widok z Góry Zamkowej 24.06.03, 14:44
      ostatnio nie pisałem, niestety miałem kilka wyjazdów służbowych..

      ***

      Na skraju Europy, nad morzem, leży sobie pewien mało znany kraj. Jest
      niewielki, ma zaledwie kilka milionów mieszkańców. Swoją trzykolorową flagę w
      pasy jego mieszkańcy wywieszają tam dopiero od niedawna. Jeszcze kilkanaście
      lat temu w stolicy, która wtedy była zaledwie ćwierć-stolicą, na miejscowych
      urzędach wisiały zupełnie inne flagi. Ta stolica to zresztą żadna metropolia;
      zaledwie kilkusettysięczne, sympatyczne, chwilami żywe a chwilami senne miasto,
      przecięte przez niewielką rzekę. W jego centrum znajduje się park, w tym parku
      wzgórze, na tym wzgórzu zamek, a na tym zamku wieża.

      Właśnie idę wysypaną żwirkiem alejką, wspinającą się ślimakowym biegiem wokół
      wzgórza. Mimo zaczynającego się lata na trawie leżą jeszcze zeszłoroczne,
      przegniłe, brązowo-bure liście, pokrywające porośnięte bukami zbocze. Między
      mokrymi gałęziami drzew migają fragmenty widoków na miasto i pobłyskuje w
      zachodzącym słońcu rzeka, aż dochodzę pod same mury zamku. Mimo późnej pory i
      zapadającego zmierzchu, na dziedzińcu kręci się jeszcze kilku pojedynczych
      turystów. W kasie na parterze proszę po polsku o bilet, a młody człowiek w
      okienku najwidoczniej rozumie mnie bez kłopotu. Jeszcze kilka pięter schodami
      do góry, po czym wychodzę na taras u szczytu wieży. Jest całkowicie płaski,
      pozbawiony zadaszenia i wspaniale odkryty. Nad głową można podziwiać purpurowo-
      czarne niebo, dookoła rozciągający się na wszystkie strony horyzont, a poniżej
      panoramę czerwonych dachów starówki.

      Bezpośrednio pod zamkiem płynie rzeka, która dała nazwę miastu. Jasno
      oświetlone są mosty, bulwary i knajpki nad jej brzegami, a najjaśniejszy i
      najbardziej zatłoczony jest oczywiście zbieg trzech mostów. Potem rozciąga się
      stare miasto, jak wszędzie splątane w pajęczynie wąskich uliczek, schodków i
      małych pasaży, jak wszędzie pełne turystów, studentów i zakochanych. Dalej
      zaczynają się nowsze kwartały, ale w zapadających ciemnościach nie mogę już
      zidentyfikować najsłynniejszych dzieł miejscowego proroka modernizmu. Jeszcze
      dalej w wysokich biurowcach na peryferiach świecą się ciągle światła. A potem
      jest już tylko przychodząca noc, w której bardziej domyślam się i pamiętam, niż
      rzeczywiście widzę niedalekie skłony Alp.
      • Gość: Peter2715626 Re: widok z Góry Zamkowej IP: *.adsl-wns.paradise.net.nz 25.06.03, 22:47
        Rewelacyjne teksty.

        Minales sie z powolaniem, mistrzu.

        Pozdrawiam
    • wowa44 środek lata na dworcu w Brukseli 30.07.03, 23:33
      Dziś rano nad Brukselą przeszedł niewielki deszcz; kiedy jechałem z lotniska
      pociągiem musiałem zasunąć okna, bo niewielkie ale wścibskie krople uparcie
      packały na psychodelicznie fioletowe siedzenia drugiej klasy. Przez kilkanaście
      minut pozostało świeże powietrze i przyjemny, osiemnastostopniowy chłodek, ale
      już przed południem wróciła duchota, tyle że nieco jeszcze wilgotna. W hali
      głównej centralnego dworca kolejowego jest jeszcze duszniej. Żeńska drużyna
      hiszpańskich skautów w różnokolorowo-kraciastych, plisowanych spódniczkach
      chłodzi się coca-colą, kilku głośnych Amerykanów z plecakami sprawdza przed
      tablicą rozkładów jazdy swoją znajomość francuskiego i flamandzkiego,
      nastoletnie rozchichotane azjatki przed kasami liczą, ile im jeszcze zostało
      pieniędzy, ale generalnie w tym spokojnym, lekko wyczekującym, przedpołudniowym
      środku lata dworzec wydaje się pustawy i cokolwiek znudzony.

      Dopiero kiedy przystaję na chwilę i rozglądam się dookoła widzę, że w cieniu
      pod ścianami kryje się jeszcze ktoś. Jakaś młoda dziewczyna płacze, wtulając
      głowę w bark stojącego obok żołnierza bez nogi i z inwalidzką kulą. Wysoki
      kolejarz w surducie, czapce, chuście na szyi i skórzanych owijaczach na
      łydkach, niesie na ramieniu kolejarską torbę a w ręku trzyma wielki klucz
      francuski. Dwu innych stoi w nastawni; jeden rozgląda się dookoła, a drugi
      czeka na sygnał z rękami opartymi na drągu przekładni. Dziecko, chyba
      dziewczynka, na oko sześcioletnia, opiera się o krzyż. Radiotelegrafistka w
      piwnicy schyla się nad swoim aparatem, przyjmując i odbierając wiadomości. Dwu
      mężczyzn, czyżby sabotażyści, sypie jakiś proszek przed wielkim kołem
      lokomotywy. Robociarze niosący zwój kabla manewrują uważnie na żelaznej
      kratownicy mostu. Odwrócony tyłem człowiek w ach, jakże niezidentyfikowanym
      bliżej mundurze, bije pejczem skutego łańcuchem mężczyznę o atletycznym torsie.
      Inny, równie dobrze zbudowany, mdleje jednak przy słupie kaźni. Ktoś z piłą i
      drugi z łomem zwalają słupy wysokiego napięcia na tor, a ubezpiecza ich kolega
      ze stenem. Ląduje spadochroniarz w charakterystycznym hełmie, pociąg wali się z
      mostu do rzeki, ktoś ciągnie rannego w krzaki, ktoś strzela z półprzyklęku.
      Socbrabancki realizm niemagiczny z połowy XX wieku z kamiennym spokojem kwituje
      moje zainteresowanie, podczas gdy w niewygodnej pozycji, półsiedząc i
      półstojąc, usiłuję odnotować w laptopie jego hieratyczny porządek.
      • Gość: P Re: środek lata na dworcu w Brukseli IP: *.adsl-wns.paradise.net.nz 31.07.03, 00:31
        Dzieki za nastepny odcinek. Warto bylo czekac.

        Czy ty przypadkiem nie pracujesz dla firmy o nazwie B.....?
        • wowa44 na B, mówisz? 31.07.03, 15:26
          Bank Pekao? Bank Przemysłowo-Handlowy? Bank Rozwoju Eksportu? Bank Śląski? Bank
          Zachodni? Bahlsen? Bakoma? BASF? Benckiser? Bartimpex? Bayer? Będziński Zakład
          Elektroenergetyczny? Beiersdorf? Bel Leasing? Bełchatów Kopalnia Węgla
          Brunatnego? Bertelsman? Beskidzka Energetyka? BestFoods? BGŻ? BIG Bank Gdański?
          Billa? Black Red White? BOC Gazy? Bosch? Bosman Browar Szczecin? British
          Petroleum? BRE Leasing? Bristol-Myers? British-American Tobacco? Budimex?
          Budokor? Bumar Łabędy? Bytomska Spółka Węglowa? chyba chodzi Ci o jakiś bank?
          niedaleko dworca centralnego w Brukseli jest przecież Muzeum Pieniądza...

          A może masz na myśli firmę Brauxel & Co. z siedzibą na Elsastrasse, Langfuhr?
          • Gość: Iza Re: na B, mówisz? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.07.03, 21:09
            To jest najlepszy wątek na forum. Gratuluję erudycji i talentu.
          • Gość: P Re: na B, mówisz? IP: *.adsl-wns.paradise.net.nz 01.08.03, 02:41
            Poznalem kiedys goscia z Bobcata, centrala na Europe pod Bruksela. Myslalem,
            zey to Ty.

            Sprobuj wydac kiedys ksiazke. Masz swietny styl. Moze jednak zalozysz swoja
            strone i tam bedziesz umieszczal swoje teksty. Tutaj Cie zasypia.

            pozdrawiam
    • Gość: madrilena Masz talent do pisania ! IP: *.w81-51.abo.wanadoo.fr 31.07.03, 22:43
      wowa44, twoj dar obserwacji powiazany z pierwszorzednym warsztatem literackim
      i to wszystko okraszone eklektyczna wiedza jaka niezaprzeczalnie posiadasz
      daje jedyne w swoim rodzaju opisy, ktore czytam z wieksza przyjemnoscia niz
      wiekszosc nudnych artykulikow "Gazety".
      Masz jak to sie mowi 'latwe pioro' czyli dar pisania. Slowa plyna na potok.
      Jesli posiadasz prywatny blog. mialbys we mnie stalego czytacza:-))

      wszystkiego najlepszego:-)
    • wowa44 Morze Północne na rowerze 28.11.03, 16:58
      Wczorajszy czwartek około ósmej wieczorem. Bajecznie szeroka plaża w
      Scheveningen pogrążona jest w półmroku. Od strony bulwaru oświetlają ją lampy i
      neony ciągnących się wzdłuż wybrzeża restauracji, kasyn i klubów, ale od strony
      morza jest niemal całkiem ciemno. Piasek wydaje się ciągnąć po horyzont i
      trudno byłoby zgadnąć, że w tej ciemności z przodu jest spokojne jak jezioro
      Morze Północne. Trwa chyba odpływ. Nie widać fal, nie słychać szumu wody, nie
      czuć charakterystycznego zapachu. Kiedy idzie się naprzód po coraz mniej
      piaszczystej a coraz bardziej błotnistej plaży trudno nawet wskazać linię
      brzegową, bo ta gubi się pomiędzy licznymi rozlewiskami. A jeśli uda się
      lawirując po bardziej twardym gruncie dotrzeć do brzegu i zanurzyć rękę to
      okaże się, że woda jest zaskakująco ciepła.

      Siedząc cały dzień na 10 piętrze w biurze podziwiałem panoramę miasta i
      daremnie szukałem na horyzoncie morza. A teraz stoję oparty o barierkę na
      skraju bulwaru Strandweg, pijąc kupioną w pobliskim MacDonalds gorącą czekoladę
      i podziwiając wielki miejscowy Kurhaus. Co prawda nie jest zimno, powinno być
      chyba koło 7-8 stopni, ale właśnie odbyłem dwudziestominutową podróż rowerem z
      centrum Hagi i nie zabrawszy rękawiczek, trochę zmarzłem. Granatowy pojazd bez
      przerzutek i na ogromnych kołach wypożyczyłem od zagonionego Molukańczyka pół
      godziny wcześniej w podziemiach dworca Den Haag Centraal, płacąc za ten
      chwilowy kaprys 6 euro i składając kolejnych 50 w depozycie. Początkowo
      planowałem przejść się nad morze pieszo, ale widząc chyba ponad tysiąc
      zaparkowanych na placu przed terminalem rowerów wpadłem na lepszy pomysł.

      Nie żałuję. Na bodaj pięciokilometrowym odcinku ścieżki nie napotkałem ani
      jednego krawężnika. A godzinny przemarsz najpierw Koningskade Raamweg, między
      wyglądającymi jak magazyny biurowcami, a potem Nieuwe Parklaan, przez
      znakomicie sopocką, niską kurortową zabudowę, chyba by mnie znudził. Zamiast
      próbować jazdy bez trzymanki na pustym Strandweg mógłbym wylądować przed
      Pałacem Pokoju, a zamiast przypominać sobie jak pachnie morze na Polance
      Redłowskiej w Gdyni, wspominałbym tak pracowicie i tak daremnie rozwiązane
      problemy prowincjonalnego urzędu pocztowego, jurysdykcji sądów cywilnych czy
      dostępu szarych okrętów do kotwicowisk w pewnym dawno już nieistniejącym
      państwie.
      • peter2715626 Re: Morze Północne na rowerze 01.12.03, 00:22
        dzieki, mistrzu,

        zagladalem tu codziennie przez pare miesiecy czekajac na Twoj powrot.

        Pisz wiecej, to cos niesamowitego
    • wowa44 czwartek tydzień temu 09.04.04, 12:30
      Już kiedy dostałem od koleżanki z Kopenhagi instrukcje co do podróży z lotniska
      do biura, zrobiło mi się nieswojo. Wśród niezwykle skomplikowanego opisu
      przesiadek, stacji i cen biletów, moją uwagę przykuło jedno słowo: Elsinore.
      Cały czas miałem je w głowie kiedy oglądałem z góry Bory Tucholskie, Koszalin i
      wiatraki na Bornholmie, kiedy manewrowałem po ogromnych halach lotniska
      Kastrup, kiedy kupowałem sześciostrefowy bilet za 51 koron i kiedy na peronie
      pierwszym czekałem na swój pociąg. Jadący właśnie tam – do Elzynoru.

      Więc tak wyglądają prawdziwe didaskalia: szare siedzenia w ciapki, automatyczne
      drzwi między wagonami i cicho szumiąca klimatyzacja. Antrakt nastąpił po około
      pół godzinie na stacji Hellerup, gdzie musiałem zdecydować którą sztukę dzisiaj
      wybieram – a wyboru niestety nie miałem. Elzynor był jednak ciągle ze mną w
      pociągi linii B S-Togu, czerwonym na zewnątrz i szaro-niebieskim w środku,
      potem podczas kolejnego antraktu na stacyjce Jægersborg, był wreszcie ze mną w
      przypominającym tramwaj wagoniku kolejki Regiosprinter, cicho szeleszcząc
      przejeżdżającym przez podkopenhaski las. Ale moja stacja końcowa nazywała się
      Nærum: parterowy budyneczek, położony dokładnie wpoprzek dwu kończących się
      torów, rude dachówki, drewniane balustrady, dużo zieleni.

      Tego samego dnia po południu wracałem już taksówką przez autostradę, bo bałem
      się spóźnić na Embraera z godziny 19:30. Ale korki były nadspodziewanie małe i
      w strefie wolnocłowej znalazłem się na tyle szybko, żeby powodowany typowymi
      wyrzutami sumienia podróżujących ojców zajść jeszcze do sklepu z zabawkami.
      Elzynor... tak, oczywiście pojawił się i tutaj. Wielki zamek ze słynnych
      duńskich klocków czekał już na mnie na górnej półce; na wielki pudle napisane
      było coś innego, ale ja oczywiście wiedziałem, jak nazywa się naprawdę.
      Wyszedłem żeby przeliczyć korony, niby pooglądałem jeszcze perfumy, jeszcze
      gazety, ale przecież wiedziałem, że będę musiał tam wrócić. I wróciłem.

      Na Okęciu miałem pod pachą wielkie pudło Lego z lotniskiem, za 399 koron.
      • peter2715626 Re: czwartek tydzień temu 10.04.04, 00:06
        Szkoda, ze tak malo, ale warto bylo czekac.

        Plynalem kiedys promem z Helsingborg do Helsingor i nie zapomne wrazenia jakie
        zrobil na mnie zamek wylaniajacy sie zza horyzontu.




        =====================

        mordor.mds.pl/peter
    • wowa44 Man Utd 2, Charlton Athletic 0 22.04.04, 23:18
      Łuna jupiterów nad Old Trafford, widoczna z odległości kilkunastu kilometrów.
      Megastore z herbem United wydrukowanym nawet na dziecinnych śpioszkach i
      damskiej bieliźnie. Poetyzujący francuski kick-boxer na czele klubowego
      rankingu na najlepszego zawodnika wszechczasów. Fish’n’chips, jumbo hot dog i
      beefburger z otwartych standów. 3 funty na oficjalny program United Review.
      Resztki biletów w osamotnionym i pustym budynku „ticketing office” po drugiej
      stronie parkingu. Pakistańscy, nigeryjscy i azjatyccy porządkowi trzymający się
      osobno w swoich grupach. 67 477 widzów na trybunach. East Stand, blok 334, rząd
      3, miejsce 61 – za 27 funtów. Zmoczone w lekkim deszczu, pochmurne,
      ostatniowtorkowe 10 stopni. Pięć kolejek przed końcem rozgrywek, stracone
      szanse na tytuł w kraju i w Europie, ale nadzieje na FA Cup. Sól ziemi na
      siedzeniach obok, krótko obcięci, postawni, gulgotający charakterystycznym
      północnoangielskim akcentem. Rytualne „by the canal” tłukące się metalicznym
      echem pod dachami trybun. Najdłuższe oklaski dla van Nistelrooya, Ronaldo,
      Keane i Giggsa. Ubrana na żółto drużyna Charlton dzielnie usiłująca stawić
      czoła największej piłkarskiej legendzie świata. Czerwono-czarne ataki najpierw
      w stronę East Stand, po przerwie na West Stand. Wszystkie bilety na sobotni
      mecz z Liverpool wysprzedane. Przeciągłe „uuuu” dla van Nistelrooya przy
      kornerach. Nagłe plecy i ręce sąsiadów przed oczami, kiedy Saha lewą nogą a
      potem Neville prawą puszczają po ziemi długie plasowane piłki. Pomruk
      zadowolenia na wieść, że Chelsea przegrała w Monaco 1:3. Matki i ojcowie z
      dziećmi wychodzący z trybun na 4-5 minut przed końcem. Konni policjanci jak
      skały sterczące w płynącej ludzkiej powodzi. 2.60 funta na powrotny bilet
      kolejowy, najpierw do Manchester Picadilly a potem dalej, do hotelu.

      Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale kryształki magii jakoś nie chcą się
      rafinować. Zamiast nich jest tylko dyskwalifikujące zainteresowanie, żałosny
      spokój ducha, kompromitujące próby kategoryzacji. Magia została między wbitymi
      w ziemię, postawionymi na sztorc betonowymi płytami, nadającymi gliniastej
      ziemi profl trybun; na drzewnym papierze ostatnich stron w poniedziałkowych
      porannych gazetach; w kratkowanych zeszytowych symulacjach rozwoju wydarzeń na
      5, 4 i 3 kolejki przed końcem, zastępujących definiowane w Excelu scenariusze;
      w spoconym tłumie rozlewającym wódkę z gazet, termosów i rękawów; w tekturowych
      teczkach pełnych wycinków z „Przeglądu Sportowego” i „Sportu”; w
      półtorejgodzinnych oczekiwaniach na wyjście obu drużyn na rozgrzewkę; w
      wyczytywanych z rubryk „na zaganicznych boiskach” wzmianek, że w mieście
      Manchester bramki strzelili Sammy McIlroy, Stuart Pearson i Lou Macari.
    • wowa44 dwa cytaty z jednego kraju 13.06.04, 23:39
      Wszystko zaczęło się dobrze. Ulewa, która złapała nas na autostradzie,
      zniknęła; została po niej tylko intensywna zieleń łąk i parujące zagajniki. No
      i wyjątkowo silny wiatr; prowadząc, co chwila kontrowałem kierownicą silniejsze
      porywy. Wjeżdżaliśmy do kraju, którego samo imię było jego pochwałą. Leżał
      przed nami, płaski i tajemniczy, pełen dziwnych nazw i mglistych skojarzeń.
      Przemierzaliśmy go z południa na północ, w górę rzeki. Prowadząca jej prawym
      brzegiem szosa była pusta i prosta.

      Do miasta, które od zawsze rościło sobie pretensje do tutejszej stołeczności,
      wjechaliśmy około południa. Na najważniejszym z jego sześciu rynków poszliśmy
      najpierw na kawę, a dopiero potem zeszliśmy pod poświęconą kalwińską ziemię.
      Tam, wśród sterowanych elektronicznie urządzeń pomiarowych, początkowo dość
      trywialnie podziwialiśmy metalowe okucia i odkurzaliśmy swoją niemrawą łacinę.
      Do czasu. Do czasu, gdy niespodziewanie przyszło nam odczytać:

      ... zacnych rodziców potomostwo
      tu leży pochwycony prze gołej łakomstwo
      a to przed czasem w jednym niecałym roku;
      jakoż tu śmierci nie mieć dojrzałym na oku.

      ... Na wszelki wypadek przejechaliśmy przez most na drugą stronę rzeki, aby
      dalej jechać pod prąd jej lewym brzegiem; odtąd błyszczała czasem w dole, w
      płaskiej i szerokiej dolinie. Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy do wsi,
      gdzie obejrzeliśmy stojący na przydrożnej skarpie, zamknięty na kłódkę kościół
      oraz ukryty w lesie, zamieniony na zakład dla obłąkanych dwór. Zacząłem
      rozumieć, gdzie jedziemy. Znad kierownicy, kalecząc cytat, powtórzyłem z
      pamięci, przywożąc te wersy z powrotem do ich rodzinnego miejsca:

      Przeklinaj śmierć. Niesprawiedliwie jest nam wyznaczona.
      Błagaj bogów, niech dadzą łatwe umieranie.
      Kim jesteś, te trochę ambicji, pożądliwości i marzeń
      nie zasługuje na karę przydługiej agonii.

      Na wysokim brzegu rzeki byliśmy z żoną sami. W nagrzanym od nadchodzącego lata
      powietrzu, w pełnym rozkwitających zapachów czerwcu, w ogarniętym szaleństwem
      owadów zagajniku, na elegancko przyciętej gęstej trawie, wśród rozbuchanej
      zieleni drzew i migającego między liśćmi słońca, stojący w samym środku parku
      nowiutki, pachnący świeżym tynkiem budynek odcinał się z daleka dziwną,
      nienaturalną, trupią bielą.
      • peter2715626 Re: dwa cytaty z jednego kraju 15.06.04, 01:02
        Trudna zagadka.
        Wegry?




        =====================

        mordor.mds.pl/peter
        • Gość: siódmy Re: dwa cytaty z jednego kraju IP: *.adsl.xtra.co.nz 18.06.04, 23:14
          ha, miałem tą samą zagwozdkę, ale chyba sobie tego pucla ułożyłem. Nie napiszę
          oczywiście jaki jest mój typ, ale nie wychodzą mi Węgry.

          Podpowiedzi, które znalazłem w tekście:

          1. samochód. Prawdopodobnie chodzi o podróż związaną z długim weekendem wokół
          Bożego Ciała, a więc nie może być to kraj specjalnie odległy od Polski.

          2. kraj jest płaski, a więc nizinny.

          3. imię kraju jest jego pochwałą. Rebus, do tego wymagający znajomości języków.

          4. pierwszy cytat jest po polsku, a więc nasi jakoś się tu zaplątali.

          5. kalwińska ziemia. Mylący trop. Nie pomoże zidentyfikować kraju, ale miasto
          tak. Najlepiej zabrać się za to już po ustaleniu kraju.

          6. drugi cytat i jego „rodzinne miejsce”. To jest najważniejsza podpowiedź. Nie
          każdy musi mieć doktorat z historii literatury, ale dostęp do wyszukiwarek ma
          każdy. Ale radzę pójśc tym tropem dopiero wtedy, kiedy kombinacja punktów 1-3
          nic nie da. Mi zresztą nic nie dała, wyszukiwarki owszem.

          7. rzeka płynąca z północy na południe, autostrada, wieś z zamkniętym
          kościołem, dziwne nazwy, sześć rynków – to wszystko jest za trudne jako punkt
          wyjścia. Ale na zakończenie, w ramach szlifowania, da się zidentyfikować także
          autostradę, rzekę, miasto i wieś (jeżeli to jest ta co myślę i z tym kościołem
          co myślę).
          • peter2715626 Re: dwa cytaty z jednego kraju 20.06.04, 22:44
            Mysle, ze to miasto to Esztergom, niegdys stolica Wegier, z tradycjami
            kalwinskimi. Opisywana podroz to droga z Rumunii do Polski przez Wegry. W
            Budapeszcie nie zatrzymywali sie, bo juz tam byli pare razy. Droga na polnoc,
            wzdluz Dunaju, w gore rzeki.

            Bylem kiedys na jakiejs konferencji w Budapeszcie, ale poza hotelem i
            restauracjami niewiele zobaczylem. Ale nigdy nie zapomne rewelacyjnego deseru o
            nazwie Makosguba.


            =====================

            mordor.mds.pl/peter
            • wowa44 pozdrowienia 21.06.04, 14:12
              serdeczne pozdrowienia dla obu panów z antypodów i w ogóle dla wszystkich
              (pozdrowienia tym razem z Warszawy).

              Zastanawiam się na programem wakacyjnym. Z powodów finansowych skończy się
              chyba nad polskim morzem.
              • peter2715626 Re: pozdrowienia 22.06.04, 00:11
                Pozdrawiam cieplutko....

                Moze podasz rozwiazanie zagadki.

                To tekst Milosza, ale jaki to kraj i miasto??

                Nie powinienies sie skarzyc, masz przeciez super zycie.



                =====================

                mordor.mds.pl/peter
      • Gość: pidżej Re: dwa cytaty z jednego kraju IP: 80.241.130.* 25.06.04, 19:34
        to ja poproszę telefon do przyjaciela albo pół na pół

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka