ankaaa18
27.10.04, 15:04
Opowiadanie Jagi (zapozyczone z www.bajbus.pl):
"Witam,
Taka ciekawostka: mam siedmioletniego syna z poprzedniego związku. Z obecnym
mężem zdecydowaliśmy się na drugie dziecko mniej więcej trzy lata temu
(jesteśmy razem od pięciu lat). Byłam przekonana, że po pierwszej próbie będę
już w ciąży....myliłam się. Próbowaliśmy prawie dwa lata. W końcu - radość!
Pozytywny test ciążowy, szampan, odchodziliśmy od zmysłów ze szczęścia....do
pierwszego USG. Okazało się, że brak jest pęcherzyka ciążowego w macicy.
Lekarz dał mi do zrozumienia, że sobie wymyśliłam tę ciążę w celach
wyłudzenia zaświadczenia do pracy. Pojawiło się brązowawe plamienie, ból
brzucha....już wiedziałam: ciąża pozamaciczna. Kolejne USG (już gdzie
indziej) niestety potwierdziło moje obawy. Jeszcze tego samego dnia
laparoskopia, w całym tym nieszczęściu wspaniały wynalazek, obecnie ledwo
zauważalna maleńka blizna i zaledwie dwa dni rekonwalescencji. Niestety zaraz
po zabiegu pani doktor powiedziała mi, że prawy jajowód został całkowicie
usunięty a w lewym było dużo zrostów, które zostały uwolnione, ale jajowód
jest pokskęcany i nie rokuje najlepiej na zdrową ciążę. Powiedziała, że
jedyne, co może dać nam szansę na dziecko, to zapłodnienie in vitro.
Chwyciliśmy się tej nadziei i po długich sześciu miesiącach od laparoskopii
rozpoczęłam stymulację hormonalną. Pobyt w Klinice Leczenia Niepłodności
wspominam ze wzruszeniem: dziesiątki par pragnących dziecka, atmosfera
oczekiwania, niepewności, łzy i ta ogromna nadzieja. Że się tym razem uda, że
jajeczko się zagnieździ i utrzyma, że znajdziemy się w gronie tych 30%
szczęściarzy...Nie udało się. Pojawił się okres, mimo, że leżałam, mąż
obchodził się ze mną jak ze zgniłym jajkiem, synek troszczył się o mnie,
byłam na zwolnieniu.....
Nie załamałam się. To był przeciez dopiero pierwszy raz. Był wrzesień.
Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz na wiosnę, a teraz zająć się planami
wypadów na narty i szałowego Sylwestra. Tymczasem kolejny okres się nie
pojawił...Zrobiłam test....pozytywny!
I mieszanina radości i strachu: jest ciąża, ale drogą naturalną (byłam
przekonanana, że miałam owulację po stronie brakującego jajowodu, uznałam
więc, że jesteśmy bezpieczni), przed którą mnie ostrzegano z uwagi na
zagrożenie kolejną ciążą pozamaciczną. Baliśmy się i czekaliśmy na USG. To
czekanie...niemal czułam już jajeczko rozpierające mój pozostały jajowód a
chwilami rozpierające też ten nieistniejący. Paranoja. Zmyłam lakier z
paznokci, przygotowując się na kolejną laparoskopię.
USG zrobiono mi w dniu moich urodzin. To co zobaczyliśmy na ekranie monitora
było najpiękniejszym prezentem! Pęcherzyk ciążowy wciśnięty bezpiecznie w
ściąnę macicy!!! Nie mogliśmy w to uwierzyć! To był cud! Od tego momentu
wiedziałam, że już wszystko będzie dobrze. Wiedziałam, że skoro to maleństwo
wbrew wszystkiemu przepchnęło się jakoś przez wadliwy jajowód i utrzymało
przy życiu, to znaczy, że przetrwa i najniebezpieczniejsze pierwsze trzy
miesiące.
W tej chwili jestem w dziewiętnastym tygodniu ciąży. Od kilku tygodni czuję
ruchy, coraz silniejsze, przechodzące nawet w całkiem wyraźne kopniaki....USG
w czternastym tygodniu: maleńki dziesięciocentymetrowy człowieczek wkładający
paluszki do buzi....
Nigdy nie dowiem się, czy stymulacja hormonalna w miesiącu poprzedzającym
zapłodnienie odegrała tu jakąś rolę. Nie wiem też jakie miało znaczenie to,
że przestaliśmy tak intensywnie myśleć o macierzyństwie, a zaczęliśmy się
cieszyć na rodzinno- przyajcielski wyjazd na narty.
Ale chciałabym przekazać innym kobietom starającym się o dziecko: Matka
Natura jest niezbadana i nawet jeżeli wydaje się, że nie ma już szans - nagle
okazuje się, że nie ma dla Niej nic miemożliwego."
Jaga
..............................................................................