piataziuta
21.02.24, 16:09
Mój ukochany wieśwagen w heczbeku, dziewiczy, używany od nowości tylko przeze mnie, z maleńkim przebiegiem (mam bardzo blisko do pracy, a na wakacje jeździmy drugim, dużym samochodem), jeszcze nawet nie nastolatek (ale już blisko) - zesrał się.
Stał sobie w ciepłym garażu i z dnia na dzień - jednego wieczoru go przestawiałam, żeby zmieścić obok rowery, a następnego dnia w południe - odmówił posłuszeństwa i nie odpalił.
Co mogło się stać?
Prąd jest, światło jest, obroty po przekręceniu kluczyka są (dziwnie świszczące), tylko się silnik nie odpala. Bezpieczniki pod maską i pod kierownicą nieprzepalone.
Mężczyzna X mówi - to akumulator, na sto procent, miałem to samo i już ci wzywam sratatata.
Mężczyzna Y mówi - to nie akumulator, skoro są obroty przy próbie odpalenia silnika, po prostu nie ma iskry przy odpalaniu, albo coś z wtryskiem paliwa - paliwo nie dochodzi, wiec samochód się nie odpala.
Wtryski są nienajmocniejszym elementem samochodu, bo to silnik TSI. Niemniej, powinnam wymienić olej dwa miesiące temu, ale tego nie zrobiłam, bo bardzo mały przebieg (wymieniałam olej rok temu) i nie mialam czasu. Przy odpalaniu silnika, w feralne popołudnie, ześlizgnął mi się but ze sprzęgła i samochód zgasł (ma funkcję samoodpalenia po wciśnięciu sprzęgła, ale chyba jej nie użyłam), przy następnej próbie już nie odpalił.
Co się mogło stać?
Na ematce macie opinię przegrywów, mizoginów i inceli - ale może chociaż znacie się na samochodach? ;)
P.S. Uprzedzając seksistowskie domysły: po tym jak ześlizgnął mi się but ze sprzęgła, próbowałam odpalić silnik tylko dwa razy, po trzy sekundy - więc raczej nie dobiłam akumulatora.