Mam troje dzieci. Zarabiam ze wszystkim 1700 na rękę i mam jeszcze
800 zł od męża. To od mężą idzie od razu na rachunki - gaz, prąd,
mieszkanie, telefon i inne takie. Zostaje więc 1700. Z tego kupuję
kartę MPK za 87 zł. Do pracy dojeżdżam też busami: 6 zł dziennie. Za
obiady w szole płacę 140 zł - dla 2 dzieci. Mała je mleko bebilon2 -
36 zł raz w tygodniu. Zupki - codziennie około 4 zł. I kaszki - 2
opakowania na tydzień, jedna kosztuje około 6 zł. Poza tym owoce dla
dzieci, jakaś koalcja, śniadanie do domu i do szkoły. W szkole wciąż
jakieś opłaty: a to komitet, a to basen, a to jakaś impreza,
mundurki i to wszystko razy 2! W sumie we wrześniu musiałam pożyczyć
300 zł. Teraz je oddałam, ale na dziś mam już 1500 na życie, a
październik się jeszcze nie rozpoczął i rachunki są nie zapłacone
Boję się, że znów mi się nie uda. Nie chcę wciąż żyć na pożyczkach!
A wczoraj kupiłam sobie spódnicę i bluzkę, bo bardzo potrzebowałam
do pracy - mam w poniedziałek wizytę biskupa. I teraz mam wyrzuty
sumienia. Wydałam na to 120 zł. Dodam, że nie palę, nie piję, nie
kupuję kosmetyków. Tylko mydło, szampon i dezodorant. I tak nie
wystarcza. A co miesiąc któremuś dziecku musze kupić coś do ubrania -
jak nie buty to bluzkę, czy kurtkę. Przeważnie kupuję w odzieży
używanej, ale nie zawsze się tak da. Nie mam tez czasu tak chodzić i
grzebac, bo cały dzień pracuję. Nie wspomnę o cenie leków. A
przeciez dzieci chcą tez coś słodkiego... Jestem załamana tym
wszystkim!