al.1
12.06.24, 22:34
Jest to obszerne zagadnienie, z którym można się z grubsza zapoznać tutaj.
Osiemnaście lat temu opublikowałem "Definicję czasu". Tytuł przewrotny, bo czasu nie da się zdefiniować klasycznie, gdyż nie ma obejścia jego synonimów. Podpada ona zatem pod łac. określenie idem per idem.
Niemniej, wydaje mi się, że można to uznać za definicję, bo skoro czas nie istnieje, to jego definiens automatycznie musi być abstrakcyjnym synonimem. To nieistnienie należy rozumieć na gruncie fizyki.
No bo jak nie "definicja czasu", to co? Opis? Czy po prostu taka "kulawa" definicja? Chcę temat rozbudować.
Co o tym myślicie?