zbigniew31
21.02.06, 15:22
Kamfora napisała :
Ostatnio sobie myślałam (w kontekście wymiany zdań na temat pomocy)
kiedy (i czy) jeden człowiek ma prawo decydować za drugiego człowieka?
Czy fakt, że ktoś "boi się podjąć decyzję" jest wystarczającym powodem, by
podjąć tę decyzję za niego?
Czy ratując komuś życie poprzez decydowanie za niego nie odbieramy mu w
rzeczywistości życia skazując go na ten sartre'owski niebyt?
Społeczeństwo uznaje ,że osobom chorym psychicznie (zagrażającym sobie lub
innym ) należy się pomoc nawet gdy sobie tego nie życzą i w kontekście
konkretnego wątku (kobiet maltretowanych) uważam ; często jest tak , że takie
kobiety (nie koniecznie i nie tylko kobiety ) są uzależnione od swojego
prześladowcy , który przez lata wykazywał im , że są niczym , nic nie
potrafią i same bez niego nie przeżyją , jeśli to robił dostatecznie długo i
właściwie one w to uwierzą , stają się uzależnione od swego oprawcy .
Uzależnienia jak wiadomo to dział chorób psychicznych (w tym konkretnym
przypadku , zagrażających choremu) z tego powodu należy się im pomoc .
Inną sprawą jest wydatek energetyczny osoby pomagającej w stosunku do efektów
jakie tenże przynosi , nawet jeśli przyniesie on dobry efekt to często nie
trwa on długo , bo uzależnienia nabywane są dożywotnio i często osoba taka
wraca do swojego uzależnienia na dowód czego znam konkretne przykłady .
Czy jednak ta syzyfowa praca ma negować sens pomocy ?
Odchodząc od konkretnego przykładu : czy należy zmieniać stan psychiczny
osoby która w tym stanie czuje się dobrze ?