Dodaj do ulubionych

Italia 2009.3

IP: *.zwm.osi.pl 25.10.09, 14:42
Uwaga: poprzednie raporty pod "Italia 2009" i "Italia 2009.2".
Następne dni zajęło nam zwiedzanie okolicznych miast, zaczęliśmy od Brescii,
przez którą już raz kiedyś przejeżdżaliśmy, ale bez zwiedzania. Trochę dziwiły
nas bardzo skąpe i jakby lekceważące informacje o tym mieście w
przewodnikach, ale w recepcji znalazłem folder z opisem pięknego opactwa Santa
Giulia, obecnie muzeum miejskiego i kościoła St. Cristo. GPS doprowadził nas
bez kłopotów do zadanej ulicy z parkingiem, oczywiście płatnym. Trochę
zaniepokoiło nas, że bilet parkingowy sprzedał nam Murzyn z plastykową torbą,
ale bilet wyglądał autentycznie i był ważny, a sprzedawca chciał “co łaska”,
przy czym monetę 2 € przyjął z entuzjazmem, chociaż taki nominał miał bilet. W
każdym razie żadnych ujemnych konsekwencji ta transakcja nie miała. Trochę
poszwędaliśmy się po uliczkach starówki szukając tej Julii, w końcu
znaleźliśmy ... Chiesa S. Cristo, z wspaniałymi freskami wewnątrz i
krużgankiem na zewnątrz, też z fragmentarycznie zachowanymi freskami. Potem
trafiliśmy do byłego żeńskiego klasztoru benedyktyńskiego Santa Giulia.
Rzeczywiście to bardzo rozległe i zadbane obejście dawnego opactwa, piękny
wirydarz i wnętrza, nie widzieliśmy jednak wnętrza kościoła (Chiesa S.
Salvatore), bo był zamknięty. Muzeum nie było zbyt ciekawe, więc
przelecieliśmy je fragmentarycznie. W drodze powrotnej GPS uporczywie
wyświetlał “Brak sygnału GPS”, jak się potem okazało po prostu zawiesił się
...(znowu te kaprysy urządzeń elektronicznych), wobec czego jadąc na wyczucie
“we właściwym kierunku” w pewnej chwili spostrzegliśmy, że jedziemy w stronę
Mantui i to drogą bez możliwości zawrócenia, bo ze sporym ruchem i ciągłą
linią po środku. Po dłuższym martwieniu się zobaczyliśmy drogowskaz
“Autostrada” i za 0.80 € pojechaliśmy naprawdę we właściwym kierunku.
Obserwuj wątek
    • linn_linn Re: Italia 2009.3 25.10.09, 15:34
      Po co mnozysz watki?
      • Gość: Maraska Re: Italia 2009.3 IP: *.chello.pl 25.10.09, 19:48
        No wlasnie czytam z zainteresowaniem, ale po co to mnozenie watkow, sam zreszta
        odsylasz do poprzednich raportow w innych watkach. Nie lepiej wszystko w jednym?
        Ciagiem? duzo latwiej tez dla czytajacych.
        pozdrawiam
        Maraska
        • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.4 IP: *.zwm.osi.pl 25.10.09, 22:55
          Ostatnio modne są prowokacje - ja też chciałem sprawdzić czy ktoś to czyta.
          Poprawię się. Pozdrowienia.
          Realizując nasze plany, w następnym dniu, prowadzeni bezbłędnie przez
          zresetowany GPS zajechaliśmy pod kościół S. Zeno w Weronie, a ponieważ na placu
          przed kościołem trwały przygotowania do jakichś uroczystości znaleźliśmy w
          pobliżu miejsce do zaparkowania na ulicy i kupiliśmy w automacie bilet na trzy
          godziny. W kasie kościoła zapytano nas czy chcemy bilety po 2,50 do tego
          kościoła, czy po 4,- upoważniające do zwiedzenia czterech kościołów, oczywiście
          wzięliśmy te drugie i zwiedziliśmy je kolejno, idąc brzegiem Adygi wokół
          śródmieścia. Bazylika San Zeno w przewodniku i w folderze pobranym w kościele
          oceniona jest jako jedna z najpiękniejszych bazylik romańskich Włoch. Początki
          jej sięgają 6. wieku, gdy zbudowano kaplicę dla uczczenia św. Zenona, którego
          relikwie w niej umieszczono, rozbudowywana w kolejnych wiekach m.in. z polecenia
          króla Franków Pipina, uległa w 1117 r. poważnym uszkodzeniom w wyniku trzęsienia
          ziemi i po restauracji uzyskała w r. 1138 prawie dzisiejszy kształt. Fasadę
          zdobi wielka rozeta (“Koło Szczęścia”) i piękne brązowe drzwi. Wnętrze
          trójnawowe, z pięknymi freskami i kryptą w części środkowej będącą prawdziwym
          lasem kolumn, oraz niezwykle pięknym drewnianym sklepieniem. Duży pomnik św.
          Zeno ( “Śmiejący się Zeno”) z kolorowego marmuru. Kilka ołtarzy (renesans i
          barok), obok kościoła piękne krużganki. Idąc nadal brzegiem rzeki oglądamy
          piękny średniowieczny most, będący częścią umocnień wspaniałego zamku obronnego
          Castelvecchio. Za trzecim mijanym mostem docieramy do katedry (Maria Assunta)
          zbudowanej też na miejscu wczesnochrześcijańskiego kościoła romańskiego i
          wcześniejszych rzymskich willi i prawdopodobnie świątyni. Trzęsienie ziemi w
          1117 r. uszkodziło też ten kościół, odbudowa trwała 20 lat i wtedy katedra
          uzyskała dzisiejsze rozmiary, a w roku 2002 ukończono prace restauracyjne nad
          freskami. Wnętrze imponuje rozmiarami i bogatym wystrojem . Dalszy spacer nadal
          brzegiem rzeki prowadzi nas do bazyliki św. Anastazji, gotyckiego kościoła
          zbudowanego latach 1290-1481, dość skromna pasiasta fasada jest podobno
          nienaruszona, chociaż w folderku czytam, że jest właściwie do dziś nie
          dokończona, podobnie piękny portal. Wnętrze znów z freskami, liczne ołtarze i
          kaplice boczne, ołtarz główny w remoncie, liczne dziwaczne postacie podpierają
          plecami chrzcielnice i ambonę. W dalszej drodze zbaczamy nieco z nadrzecznego
          szlaku, aby odwiedzić wspaniały Piazza delle Erbe, po czym wracamy nad brzeg i
          dochodzimy do Chiesa San Fermo, znowu stojący na miejscu zburzonych
          wcześniejszych chrześcijańskich budowli sakralnych, zbudowany w latach
          1065-1143 przez benedyktynów, jako budowla dwukondygnacyjna, dolny kościół
          przeznaczono dla przechowywania relikwii W 1261 kościół przejęli Franciszkanie i
          do roku 1350 nadali mu zachowany do dziś kształt. Fasada znowu pasiasta
          czerwono-biała o oryginalnych wąskich pionowych oknach, wnętrze doskonale
          zachowane, imponujący dolny kościół, duże boczne kaplice. Upał i zmęczenie
          pokierowały nas po dotarciu do zachowanego długiego muru miejskiego w lewo
          zamiast w prawo i dopiero gdy doszliśmy znów do mostu nad Adygą, zawróciliśmy we
          właściwym kierunku, po drodze na skwerku z ławkami zjedliśmy nasze śniadanie,
          mając w zasięgu wzroku mury rzymskiej areny. Miłą niespodzianką okazało się, że
          samochód cały czas stał w cieniu. Nie poszliśmy w kierunku areny, bo znaliśmy
          ją z poprzedniego, jak i kiczowaty "dom Julii" pobytu. Mając jeszcze czas
          pojechaliśmy zwiedzić Lasize. Rzeczywiście jest to prawie bajkowe miasteczko,
          nad samym brzegiem jeziora, otoczone murami obronnymi, zamknięte dla ruchu
          samochodowego, parking po przeciwnej stronie drogi. Tu właśnie siadły
          akumulatory w cyfrze, a filmu w Yashice wystarczyło tylko do sfotografowania
          napisu nad bramą wejściową, zrobiłem więc pięć fotografii telefonem, okazały się
          zupełnie przyzwoitej jakości. W uroczej atmosferze tej miejscowości usiedliśmy
          przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy mrożone kawy (dwie za 11.-€). Nagle
          odkryłem, że rzeka Adyga ma niemiecką nazwę Etsch, a w niemieckim hymnie
          śpiewano “… von den Etsch bis an den Belt…"

          • ennka Re: Italia 2009.4 26.10.09, 00:41
            Witaj Fredziu!
            Jak miło znowu poczytać Twoje relacje.Odżyły wspomnienia ,bo
            niektóre z opisywanych miejsc znam.
            Opisujesz tak barwnie ,ze "oczami duszy" widzę miejsca , o których
            wspominasz.
            Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
            Pozdrawiam.
          • aseretka Re: Italia 2009.4 26.10.09, 09:19
            Mnie w Weronie bardzo podobał się Teatr Rzymski. Czy odwiedziłeś to
            miejsce?
            • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.5 IP: *.zwm.osi.pl 26.10.09, 14:48
              Teatr Rzymski oglądaliśmy za poprzednim pobytem (2001).
              Następnym celem była Vinceza, GPS zaprogramowany z poleceniem “bez autostrad” prowadzi nas bezbłędnie w 40 minutowy korek w Weronie, gdy się z niego wyplątujemy, przez kilka kilometrów jedzie nam na zderzaku niecierpliwy TIR, najwyraźniej nie rozumiejący, dlaczego jadę z nakazaną tu szybkością, wreszcie wyprzedza mnie donośnie porykując. Wreszcie Vicenza, miasto dostojne, piękne pałace. Piazza dei Signori z czarownym ratuszem (Palladio) otoczonym kolumnadą i Torre di Piazza ze smukłą 82 metrową typową "toskńską" wieżą, zdumiewa, że zbudowano ją w XIII w., duże place dziś zaanektowane przez jarmark typu tutti frutti etc: ryby, owoce morza, sery - mozarella al bovino w 10 odmianach - i wszystko inne. Po za tym to co powinno nam już spowszednieć, ale nie spowszedniało: urok bocznych wąskich uliczek. Jak zwykle wspaniałe lody i cappuccino. Wracamy autostradą za 3.40, w domu w lodówce czeka piwo i pitny jogurt.
              Kolejny dzień to bliski wypad do Sirmione, znane nam, ale tym bardziej wymagające zobaczenia.
              Zmyleni tabliczką “Parcheggio centro storico”Zatrzymujemy się na zbyt odległym od centro storico parkingu w rezultacie odbywamy godzinny spacer do tegoż, oglądając po drodze wspaniałe hotele i wille oraz zamglone nieco jezioro. Sirmione cudne, zamek nadal imponujący, ale wszystko bardzo zatłoczone. Siadamy w restauracji, wypijamy kawę i wodę mineralną, potem zjadamy jeszcze lody. W powrotnej drodze w supermarkado kupujemy bitki wołowe (może bawole, bo napisane było “… bovino) - 260 g za 6,19, okazały się bardzo kruche i smaczne. Przygotowujemy się do jutrzejszego wyjazdu do Sarteano.
              • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.6 IP: *.zwm.osi.pl 27.10.09, 16:52
                Wyruszamy ok. 7.30, klucze, zgodnie z umową z rezydentem, pozostawiając w
                drzwiach domku. GPS prowadzi nas potulnie na właściwy szlak. Jedziemy
                autostradą w sporym ruchu, przed Florencją, nieuważnie słuchając GPS’u i zmyleni
                dziwnie małym drogowskazem “Roma“, wjeżdżamy do tego miasta, ale GPS po chwili
                zgłupienia przeprowadza nas z powrotem na A 1 i dalej już bezbłędnie. W pewnym
                momencie spostrzegam, że ruch przed nami znów zagęszcza się, zaczynają migać
                światła awaryjne - CODA ?! - ale co prawda zwalniamy i coraz ciaśniej na
                drodze, ale posuwamy się do przodu. Wreszcie sprawa się wyjaśnia: na przeciwnej
                jezdni wypadek: dwa splecione TIR’y: wygląda jak gdyby wyprzedzający TIR został
                zepchnięty na barierę, na szczęście betonową, przez drugiego TIR’a i zawisł na
                tej barierze, nieznacznie wystając na “naszą” jezdnię. Bezskutecznie staramy się
                zatrzymać się na lunch - wszystkie stacje zapchane do oporu, wreszcie w jednej
                udaje się nam zaparkować dość akrobatycznie, zjadamy nasze kanapki. Pijemy kawę
                w przystacyjnej restauracji-sklepie tak zatłoczonej, że nie możemy znaleźć
                wyjścia - jak zwykle by do niego dojść trzeba przebyć cały lokal labiryntem
                półek - trafiamy na jakieś drzwi wyjściowe, gdy otwieramy je, rozlega się głośny
                alarm, bo okazują się wyjściem awaryjnym. Ponieważ nikt nie zwraca uwagi na ten
                przeraźliwy hałas musi to tutaj zdarzać się często. Po zjeździe z autostrady GPS
                trochę mataczy, w rezultacie nie bez wątpliwości zjeżdżam w szutrową, pylistą
                drogę i jedziemy coraz bardziej przekonani, że trzeba zawrócić, do tego wniosku
                dochodzi też panienka z pudełka, która najwyraźniej czekała aby było to
                możliwe, więc zawracamy i jedziemy dalej pod górę piękną widowiskową drogą,
                wjeżdżamy do Sarteano, dalej zgodnie z drogowskazami “Parccheggio”, aż
                spostrzegamy, że na wprost mamy bramę kempingu. Rejestrujemy się w recepcji,
                kserują mój paszport, dostajemy naklejkę na przednią szybę, idziemy do namiotu
                Eurocampu, tradycyjnie panienka na rowerze pilotuje nas do domku, gdzie akurat
                kończą przygotowania do naszego zakwaterowania i proszą o dokonanie wyboru
                pomiędzy powitalną butelką wina lub szampana, wybieramy ten drugi. Domek znowu
                Venice, ale nie ma (widocznych) elektrycznych grzejników, choć na ściennych
                wyłącznikach są też takie z napisem “Heater”. Szybko spostrzegamy, że w
                Sarteano jakoś niechętnie umieszcza się jednoznaczne tablice informacyjne - np.
                przy bramie kempingu nie było żadnej, tylko rząd flag, przez następne dwa dni
                szukaliśmy supermarketu, który był sprytnie zakamuflowany … 100 m od bramy ,
                drugi nieco dalszy (600 m) blisko wylotu z miasta zupełnie schowany w bocznej
                uliczce. Kemping bardzo przyjemny, rozległy, podzielony na numerowane sektory,
                home’y oddzielone od siebie żywopłotami, nasz stoi w drugim rzędzie od głównej
                alejki, mamy więc coś jakby własne podwórko z tarasem i drzewkiem oraz
                żywopłotową zagrodę na samochód, który tu można postawić przy domku. Za to
                przestrzega się innych zasad regulaminu: pomiędzy 14 a 16 nie wolno wjechać i
                wyjechać z kampingu, szlaban wjazdowy jest zamknięty, nie wolno nawet uruchamiać
                silników, podobnie od wieczora do rana. To tłumaczy nam dla czego Ford , naszych
                przyjaciół którzy przyjechali tu wcześniej, stał przy recepcji. Na terenie
                kempingu jest restauracja, mały sklep, basen kąpielowy i wszelkie inne
                urządzenia przynależne. Tuż obok jest duży park wodny.
                Gdy po 18.00 otwierają restauracje idziemy na obiad do “Da Lorianio”. Gospodarz
                otwiera nam bramkę do ogródka, nakrywa stolik (…"coperto 1.50 €" … dobrze się
                zaczyna myślę ..), z dość obszernej karty zamawiamy primo plato - spaghetti
                pomodoro i secundo plato - pieczeń cielęcą, wodę mineralną (dostajemy litrową
                butlę - okazało się, że wypiliśmy do ostatniej kropli) i małą butelkę piwa.
                Spaghetti doskonałe, miseczka prawdziwego parmezanu i koszyczek pieczywa (…co to
                będzie kosztować ?!…), potem talerze pokryte dużymi, cieniutkim plastrami
                wspaniałego mięsa i, tak jak zamówiliśmy, jedna porcja frytek. Przygotowany na
                koszt tej imprezy w granicach 40-50 € z zaskoczeniem przyjmuję additione na 26
                €, zostawiam 30. Nadal bezskutecznie poszukujemy supermarketu, co zaczyna być
                zabawne, bo wszyscy pytani mówią o 100 m od kampingu.
                Wieczorem błoga cisza, dodatkowo podkreślona odległym szczekaniem psów.
                • aseretka Re: Italia 2009.6 28.10.09, 08:27
                  > Nadal bezskutecznie poszukujemy supermarketu, co zaczyna być
                  > zabawne, bo wszyscy pytani mówią o 100 m od kampingu.

                  I tak jest. Ja po prostu trafiłam bezbłędnie do tego marketu idąc
                  rano po pieczywo za innymi turystami.
                  Mój opis campingu tu:
                  forum.gazeta.pl/forum/w,184,2843088,29673157,Wycieczka_samochod_Pamietnik_Aseretki_Dz_5.html
                  • Gość: Fredzio Italia 2009.7 IP: *.zwm.osi.pl 28.10.09, 16:54
                    Dziękuję za piękne uzupełnienie, pozwoli mi to skrócić sprawozdanie.

                    Wielokrotnie pojawia się w moim tekście "GPS": po raz pierwszy zastosowałem to
                    ustrojstwo w podróży zagranicznej. Przez wiele poprzednich lat jego rolę
                    spełniał nasz syn z mapą na kolanach, ale teraz względy zawodowe i rodzinne nie
                    umożliwiają mu zabezpieczania nam bezbłędnej nawigacji. Jest to urządzenie
                    rewelacyjne, ale trzeba podchodzić do jego informacji z ogólnie stosowaną w
                    ruchu drogowym zasadą ograniczonego zaufania.

                    Spacer po centro storico Sarteano. Jak zwykle w takich miasteczkach wspaniały
                    labirynt wąskich uliczek i zaułków, rynek mały, ale bardzo miły. Na szczycie
                    wzgórze porośniętego uliczkami i domami, nieco oddalony wznosi się prywatny
                    zamek o typie obronnym chroniony także strzelnicami w bocznych stokach
                    ograniczających wąską dróżkę dojazdową. Z tarasu przed zamkiem ładny widok na
                    miasto i okolicę, w dali widać jezioro. Naprzeciw zamku w ogrodzie za siatką
                    hasa kilka tak pięknych psów rasy husky, że je fotografuję. Jak we wszystkich
                    okolicznych miasteczkach domy zbudowane (odremontowane, odbudowane ?) są tu z
                    kamiennych bloków, a w części wykorzystują w konstrukcji fragmenty dawnych murów
                    obronnych. Sklepy, restauracje i lodziarnie koncentrują się wokół rynku, dalsze
                    uliczki puste, ujmujące stare drzwi wejściowe i koniowiązy. Na półce przed
                    kwiaciarnią wylegiwał się duży wielobarwny kot o diabelskim wyglądzie,
                    prawdziwy Behemot (Jadzia określiła jego kolor jako ”szyldkretowy”).
                    Po południu wycieczka do Orvieto, gdzie byliśmy przejazdem w 2004 r., ale nie
                    mieliśmy wtedy możliwości obejrzenia wspaniałości tamtejszego duomo, bo
                    natrafiliśmy na przerwę obiadową. Bardzo widokowa droga w stylu alpejskim, kręta
                    i stroma. Parking o krok od olśniewającej fasady pasiastej katedry, we
                    wnętrzu dech zapierające niezwykłe freski. Niedaleko od duomo na Piazza della
                    Republica kościół Sant’Andrea z oryginalną “ażurową” dwunastoboczną kampanilą i
                    znów wspaniałymi freskami wewnątrz. Potem zwyczajowy spacer po starych ulicach.
                    Ponieważ na Piazza del Duomo tablice surowo zabraniają jedzenia, robimy to nieco
                    dalej na skwerku przy napotkanej studni. Espresso w kafejce, powrót do domu
                    autostradą.
                    Przed wyjazdem z Sarteano zdarzyła się oryginalna przygoda: chcąc zatankować
                    wjechałem na samoobsługową (bezludną dziś) stację paliw i gdy już zapoznałem
                    się zasadami obsługi (trzeba wsunąć w odpowiednia szczelinę banknot 5, 10 lub
                    20 € i nacisnąć przycisk z numerem odpowiedniej pompy), zaoferowała się mi do
                    pomocy rezolutna Angielka, której mąż przed chwilą zatankował ich skuter. Gdy
                    maszyna połknęła banknot 20 €, dama ta uprzedzając mnie nacisnęła guzik z
                    numerem pompy, a potem niepotrzebnie jeszcze jeden guzik z napisem coś na “Re…”,
                    w rezultacie pompa nie ruszyła. Dalsze rękoczyny na automacie nie dawały
                    efektu, pomimo, że instrukcja obiecywała, że jeśli paliwo nie będzie pobrane, to
                    maszyna zwróci pieniądze i że włączył się do nich jej małżonek, który chyba od
                    razu zorientował się, kto tu narozrabiał. Gdy już zdecydowałem zaksięgować tę
                    transakcję na straty, wsunął do maszyny banknot, nacisnął właściwy przycisk,
                    pompa ruszyła i zatankowałem, ale gdy sięgnąłem do portfela, zaprotestował, co
                    obaj przyjęliśmy z przyjacielskim zrozumieniem.
                    • ennka Re: Italia 2009.7 28.10.09, 18:29
                      Witam!
                      Fredziu , relacja piekna .Czy będzie też można zobaczyć gdzieś
                      zdjęcia z tej podróży?Bardzo bym się ucieszyła taką możliwością.
                      Pozwolę sobie na kilka słów o stacjach i GPS.Proszę o wybaczenie!
                      W tym roku ,chyba po raz pierwszy spotkalismy się z taką ilością
                      samoobsługowych stacjii benzynowych.
                      Tylko na autostradach jest personel.
                      Do tego co stacja ,to nieco inny automat i za każdym razem trzeba
                      studiować instrukcję.
                      GPS to bardzo pomocne urzadzenie,ale były momenty ,że bałam się ,co
                      zrobimy ,jak niespodziewanie odmówi posłuszeństwa.
                      Np. jadąc lokalnymi drogami z Lucci do Vinci ,a potem do Pistoi ,tak
                      nas prowadził przez kręte drogi , z mnóstwem rozgałęzień ,że można
                      było zupełnie stracić orjentację i utknąc wśród oliwek i cyprysów.
                      Pozdrawiam Bożena
                      • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.7a IP: *.zwm.osi.pl 28.10.09, 20:25
                        Do ennki
                        Jako kierowca cokolwiek wiekowy (prawo jazdy w 1953, pierwszy pojazd WFM,
                        pierwszy samochód Trabant 600 LIMUZYNA ( ! naprawdę tak się nazywał ten model))
                        mam nieufne podejście do wszelkich nowinek; aparat cyfrowy mam dopiero od roku,
                        choć fotografuję od 15 roku życia, długo nie miałem kolorowego telewizora, do
                        komputera dotarłem, gdy pierwszy kupił mój syn, a potem zostawił mi kolejny
                        model gdy poszedł "na swoje" itd. GPS kupiłem "za wycinanki" przez Gazetę
                        Wyborczą, a potem go rozbudowałem. Akurat miałem przerwę w wyjazdach
                        zagranicznych, więc trenowałem posługiwanie się nim na trasach do supermarketu
                        itp. a najdalej to do Zakopanego. Doskonale służy w miastach, przy czym
                        zdumiewa, że "zna" poszczególne adresy (numery domów) nie tylko w dużych
                        miastach, ale też w zupełnie małych np. Sarteano. Dobrze sprawuje się na
                        bocznych drogach, przy zbłądzeniu opracowuje nową trasę, w sumie teraz będę już
                        stale z niego korzystał, kupiłem nawet nowa mapę. Zdjęć zrobiłem ok. 300, nie
                        bardzo wiem gdzie by je umieścić.
                        • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.8 IP: *.zwm.osi.pl 28.10.09, 20:42
                          Pouczeni przez naszych współtowarzyszy, że do supermarkato należy zaraz(zaraz
                          !)za bramą kempingu skręcić w prawo, robimy to, jedziemy trochę dziwną drogą w
                          poprzek pola, mijamy napis, że to droga prywatna i … wjeżdżamy do miasta, na
                          rynek itd. Jest jeszcze jedna droga w prawo sprzed kempingu, ale wygląda po
                          prostu na polną dróżkę, więc przezornie idę nią na zwiady i rzeczywiście
                          prowadzi do … świeżo wykopanego dołu. Idę do recepcji i mówiącą po niemiecku
                          recepcjonistkę zapoznaję z naszym dramatem: drugi dzień szukamy sklepu i grozi
                          nam śmierć głodowa ! Wreszcie ona wyjaśnia po ludzku, żadne “w prawo“, trzeba
                          jechać jednokierunkową drogą na wprost bramy i za 100 m popatrzeć w lewo,
                          rzeczywiście, w głębi podwórka stoi prawie schowany budynek z niezbyt
                          wyeksponowanym napisem “COOP“, kupujemy co nam potrzeba, tyle że trzeba płacić
                          gotówką. W rezultacie wyjeżdżamy na wycieczkę około 11.00. Jazda wspaniałymi
                          typowo górskimi drogami prawie stale z ograniczeniem szybkości do 60 km, w
                          zasadzie zupełnie uzasadnionym, przy czym właściwie zupełnie pustymi. Jak
                          wszędzie krajobraz ze wzgórzami na których widać rzędy cyprysów, pinie, gaje
                          oliwkowe, winnice, miejscami zaskakująco strome urwiska skalne, często zrośnięte
                          z murami stojących nad nimi miasteczek, które z dołu wszystkie wyglądają
                          podobnie, kiedyś skojarzyło mi się to z kopcem termitów: stożek wzgórza pokryty
                          gęsto domami, wyglądającymi jak by były zawieszone jeden na drugim, wszystko
                          ukoronowane wieżą zamku lub kościoła - raz nawet widziałem w tej roli wielką
                          antenę. Trochę obrzydzają widoki płachty świeżo zaoranych pól. Cyprysy na
                          wietrze machają swoimi czubami, które nazwałem “ogonami”, pinie zaś mają dwa
                          rodzaje koron: rozczochrane i uczesane na afro. I jeszcze: tutejsze lasy i
                          zagajniki składają się z jednakowych drzew, posadzonych w równe rzędy i mają
                          korony jak gdyby równo podstrzyżone od dołu i góry. Zwiedzamy kolejno
                          Montepulciano, Pienzę. San Quirico d’Orcia i Abb. Sant’Antimo. Wszędzie tłumy
                          turystów.
                          cdn
                          • ennka Re: Italia 2009.8 31.10.09, 23:48
                            Przede wszystkim rumienię się za tęgiego "byka"
                            Oczywiście "orientacja",sorry.
                            Co do nowinek technicznych też staram się nadążać.
                            Moje prawo jazdy jest trochę młodsze ,od 1978 r. ,ale pewnie ja od
                            Ciebie niewiele.
                            W kazdym razie Trabant Limuzyna jest mi dobrze znany, chociaż takim
                            autkiem nie jeździłam .
                            Czekam na cdn , mam nadzieję ,że po niedzieli nastąpi.
                            Pozdrawiam
                            • Gość: Fredzio Italia 2009.9 IP: *.zwm.osi.pl 01.11.09, 22:39
                              Montepulciano to miasto położone jak zwykle tu na szczycie wzgórza, podobno
                              najwyżej w całej Toskanii (650 m npm.). Mamy duże kłopoty z zaparkowaniem,
                              jeździmy trochę w kółko po karkołomnie stromych uliczkach, wreszcie stajemy w
                              podziemnym parkingu, o tyle oryginalnym, że przez jego część prowadzi … droga.
                              Ruszamy w miasto kierując się na duomo o niewykończonej dziobatej fasadzie,
                              wnętrze klasyczne ze wspaniałym ołtarzem głównym. Rynek z ratuszem
                              przypominającym florencki Palazzo Vecchio w miniaturze i wszystkie inne
                              wspaniałości włoskich starych miast. Z położenia miasta wynikają rozległe widoki
                              na toskańskie krajobrazy, tak urokliwe, że zupełnie bez sensu zawiadamiam
                              Jadzię, że mam ochotę pofrunąć nad nimi. Spotykamy też drogowskaz do kościoła
                              Madonna di San Bagio na przedmieściach, mamy go w planie ale spodziewamy się
                              natrafić na niego w dalszej drodze, labirynt ciasnych stromych uliczek nie
                              pozwala nam znaleźć drogi wyjazdowej z miasta, gdyż GPS wyprowadza nas
                              uporczywie na ulicę … zamkniętą z powodu remontu. Kilkakrotnie przejeżdżając
                              przez podziemny parking decydujemy się na wyjazd drogą, którą przyjechaliśmy,
                              potem “panienka z pudełka” prowadzi nas do Pienzy, dokąd dojeżdżamy szybko, bo
                              to tylko 23 km, w rezultacie jednak tracimy możliwość obejrzenia wspomnianego
                              kościoła. “Miasto Piusa II” ma centralny plac … Piusa II , podziwiając jego
                              urodę siadamy na kamiennych ławach i zjadamy nasz lunch. Duomo o rozświetlonym
                              wnętrzu, co spowodowane jest oryginalnymi “witrażami” - w cudzysłowie , gdyż
                              tworzą je jasne płyty szkła z małymi … witrażami po środku. Obok dostojny pałac,
                              też Piusa II. Oczywiście wszystkie piękności miast toskańskich, sklepy,
                              kawiarnie, restauracje e tutti quanti. Jedziemy w kierunku San Quirico d’Orcia,
                              Trochę krążymy znów w poszukiwaniu parkingu, wreszcie stajemy na ulicy i
                              schodami przez przejście w murach miejskich dochodzimy do miasta. Jak w wielu
                              innych miasta trafiamy tu na jarmark, wąskie uliczki są prawie całkowicie
                              zastawione straganami ze wszystkim czym bogata ziemia toskańska, co choć
                              utrudnia chodzenie stwarza dodatkowy nastrój. Wspaniała romańska kolegiata z XI
                              w. z niesamowitymi stworami, dźwigającymi kapitele w portalach. Piękny ogród
                              miejski Horti Leonini przy murach miejskich. Stąd do Abb. Sant’Antimo,
                              wzorcowej bazyliki w rzymskim stylu stojącej w dolinie w oddaleniu od innych
                              zabudowań, wobec czego trudno do niej trafić, a GPS nie potrafi zaprowadzić. Na
                              ulicach pobliskiego miasteczka pytamy o abbazję siedzącego na murku chłopca,
                              wskazuje nam właściwy kierunek, a gdy jedziemy, po chwili dogania nas na rowerze
                              jakimś sobie znanym skrótem i pokazuje, jak dalej jechać, po chwili widzimy
                              opactwo, wspaniale wpasowane w fascynująco toskański krajobraz, naprawdę
                              urocze o surowej dziobatej fasadzie i bajecznym wnętrzu z kapitelami kolumn
                              pochodzącym z rzymskich świątyń i różnymi poczwarami wykutymi w kamieniu. Za
                              wskazaniami GPS’u wracamy niezwykle malowniczymi, z rzadka tylko prowadzącymi
                              przez miasteczka drogami.
                              Przy okazji : polecam miłośnikom Toskanii i okolic niewielką książeczkę pt.
                              "Toskania i okolice -Przewodnik subiektywny", autorzy Anna Maria Goławska i
                              Grzegorz Lindenberg (wyd.2006). Tytuł dokładnie odpowiada treści,
                              bezpretensjonalna i miła w czytaniu apoteoza Italii.
                              • Gość: Fredzio Italia 2009.10 IP: *.zwm.osi.pl 03.11.09, 17:01
                                Następnego dnia znowu do Montepulciano, bo nie chcemy podarować kościoła Madonna
                                San Biagio, jedziemy inną drogą, bo najpierw do pobliskiego Chiusi, zaskakująco
                                interesującego. Tak jakoś realizujemy harmonogram naszych wycieczek, że w
                                każdym kolejnej miejscowości natrafiamy na jarmark, który odbywa się w
                                pobliskich miejscowościach raz w tygodniu, tak jest więc i tutaj. Na niedużym
                                placu duomo, romańskie z rzymskimi kolumnami i kapitelami, wewnątrz oryginalne
                                dekoracje wyglądające jak mozaiki, ale będące XIX wiecznymi malowidłami. Za 50
                                centów wrzucone do maszyny zapalamy wewnątrz światła. Zwiedzamy potem muzeum
                                etruskie, zresztą bezpłatne dla staruszków, pełne pamiątek po tym zaginionym
                                narodzie, gdy chciałem coś dowiedzieć się o ich pochodzeniu, z dostępnej mi
                                literatury dowiedziałem się, że byli to uciekinierzy z Troi, albo może przybysze
                                z za morza, a może zawsze (?) mieszkali w Toskanii, a może … itp., po czym
                                rozpuścili się w ludzie rzymskim, który przyjął od nich podstawowe elementy
                                kultury …
                                Potem do San Biagio, które udowadnia nam, że warto tu (czyli do Montepulciano)
                                było wrócić. Niewątpliwie nadużywam różnych superlatywów, ale znów muszę
                                napisać, że tutejszy kościół, zbudowany na planie greckiego krzyża jest pod
                                każdym względem wspaniały, także to, że jest w stylu renesansowym, a więc inny
                                od pozostałych. a podkreśla to jeszcze jego ulokowanie z dala od innych budowli.
                                Nazajutrz jedziemy autostradą do Sieny. Przegapiam właściwy zjazd i musimy
                                jechać do następnego, ale GPS wybacza nam to i w rezultacie doprowadza nas do
                                miasta. W Sienie wielopiętrowy parking podziemny wypełniony prawie do oporu,
                                stajemy na jednym z dolnych pięter prawie na styk ze złożonymi lusterkami i
                                idziemy w miasto, przez które przewalają się tabuny turystów. Piazza del Campo
                                pełny, na szczęście nadal panuje tu swoboda, ludzie łażą, leżą i siedzą na
                                bruku. Gdy patrzę na tę “muszlę”, przypomina mi się okrzyk Brusikiewicza w
                                jednym z starodawnych skeczy: ”Piękne miasto, chciałbym tu umrzeć” - naprawdę
                                warto by było za ten plac. Ratusz, jak i większość domów okalających plac, jest
                                po remoncie, jeden budynek najwyraźniej na to czekający, jak gdyby podkreślał
                                urok tego miejsca. Zwraca uwagę mnogość różnego wzoru i koloru flag
                                dostosowanych przeważnie do koloru uchwytów lamp ulicznych, najwyraźniej różnych
                                w różnych dzielnicach miasta. Być może to pozostałość po palio, które odbyło
                                się w połowie sierpnia. Do duomo stoimy w półgodzinnej kolejce do kasy (bilety
                                po 6 €), ale w rozległym wnętrzu ten tłum gubi się. Przepiękne stalle i
                                oryginalne posadzki - “inkrustacje w marmurze”, niezwykła kopuła nad
                                prezbiterium. A reszta miasta, jak zawsze - urocza. Trochę błądzimy w drodze do
                                parkingu, na szczęście zapamiętaliśmy nazwę ulicy, życzliwi tubylcy elokwentnie
                                pomagają. Nieco klucząc jedziemy do Abbazia Monte Olivieto Maggiore, najpierw
                                odbywszy żarliwą dyskusję z GPS, który najbliższą temu opactwu miejscowość
                                Asciano zlokalizował w odległości 140 km, ale potem znalezioną na mapie
                                miejscowość Buoncontento rozpoznał prawidłowo i doprowadził nas do granic tego
                                miasta, skąd za drogowskazami, wbrew gniewnym protestom panienki z GPS (“Zawróć
                                w lewo !”, “Za sto metrów zawróć w lewo !”) do opactwa, położonego samotnie w
                                otoczeniu lasów i niezwykłych urwisk skalnych. Rozległy parking, sporo
                                samochodów, idziemy w dół doliny do czynnego benedyktyńskiego opactwa (opactwo
                                założyli oliwietani, kolejny ruch mający, jak cystersi, na celu przywrócenie
                                benedyktynom pierwotnych surowych zasad, jak widać też bez efektu). Kościół
                                barokowy ale godny uwagi, obok niezwykły krużganek z XV w. którego ściany w
                                całości pokrywa kilkadziesiąt fresków ze scenami z życia św. Benedykta.
                                Zwiedzamy też część udostępnionych wnętrz m. in. bibliotekę i aptekę oraz
                                zaglądamy przez otwarte drzwi do refektarza, gdzie jeden z zakonników
                                przygotowuje nakrycia do posiłku, o czym zawiadamiają też smakowite zapachy. W
                                przyklasztornej restauracji bierzemy espresso i bardzo dobrą tartę owocową.
                                Powrót do domu inną droga wytyczoną przez GPS górskimi drogami, prawie w całości
                                zupełnie bezludnymi i pustymi.

                                • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.11 IP: *.zwm.osi.pl 04.11.09, 16:04
                                  W przedostatnim dniu leniwa wycieczka nad jezioro Trazymeńskie (Lago Trasimeno), które kusiło nas swą błękitną barwą nie tylko na mapie, ale też widokiem ze wzgórza zamku w Sarteano (a może to było jez.Chiusi ?), ale po drodze okazało się, że w zasięgu dróg nie ma dostępu do jego brzegów, wobec czego zachęceni drogowskazem “Cortona” pojechaliśmy za jego poradą. I to była kolejna bomba: wprawdzie szukając parkingu zrobiliśmy kilka rund i prawie zdecydowani byliśmy zrezygnować ze zwiedzania, wreszcie stanęliśmy u podnóża stromego wzgórza, którego koronę stanowi to miasto, zdecydowani na uciążliwą wspinaczkę w upale. Ruszyliśmy ku schodom, na ich początku pokazałem Jadzi tabliczkę z narysowanym ludzikiem wspinającym się w górę i zażartowałem, że zaraz będą schody ruchome - i były, uruchamiane fotokomórką w dolnej części także w dół, wyżej druga część tylko w górę. Po chwili byliśmy w centrum (zona pedonale) wśród stromych uliczek, karkołomnych przejść, łączników i schodków, sklepów, restauracji i tłumów turystów. Pominięcie tego miasta, jednego z najstarszych w Italii byłoby naprawdę niepowetowanym błędem (…bo już Etruskowie…). Uroczy Piazza della Signoria, gdzie wypiliśmy nasze espresso i zjedliśmy lody, duomo stojące na placu - jak gdyby tarasie - z rozległym widokiem na okolicę, Obserwujemy tam fragment ślubu, potem na innym tarasie nad stromym urwiskiem na ławeczce (tylko czemu ustawionej tyłem do widoków ?) zjadamy śniadanie. Powtarzam podsumowanie: dla mnie bomba. Przy wyjeździe z parkingu GPS dwukrotnie usiłuje skierować nas na jakieś szutrowe przerażająco strome dróżki, ale nie dajemy się zwariować, potem już prowadzi nas bezbłędnie. Zorientowałem się , że przyczyna leżała w zaprogramowaniu go na “krótką” (w domyśle dowolną) drogę.
                                  Toskania ... a gdzie wycieczka do Florencji ? Mieliśmy ją zaplanowaną pociągiem, bo z poruszaniem się samochodem po tym mieście mieliśmy niemiłe wspomnienia. Z drugiej strony ... przy poprzednim pobycie w ostatnim dniu pogłaskaliśmy po pysku brązowego dzika w hali targowej, co niezawodnie zapewnia powrót do tego miasta.
                                  Ale jakoś tydzień nam zleciał do Florencji pociągiem trzeba było jechać z Chiusi, a tam przydworcowy parking wyglądał dość podejrzanie, w końcu nie pojechaliśmy. A przepowiednia ? Otóż kto czytał to uważnie, to zauważył, że przez zagapienie się wjechaliśmy do Florencji w drodze do Sarteano, a że nie zatrzymaliśmy się , to już nie jest wina Dzika.
                                  • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.11 IP: *.zwm.osi.pl 05.11.09, 21:02
                                    Ostatni dzień w Sarteano przeznaczyliśmy na pożegnanie tego uroczego
                                    miasteczka, gdzie (oczywiście) właśnie odbywał się jarmark, miasto pełne
                                    samochodów. Kupujemy sery, miejscowe wersje salami i szynki, wino. Po za tym
                                    spacer po mieście, fotografowanie miejscowych kotów, w tym znowu tego Behemota.
                                    Po południu pakowanie samochodu, wieczorem wino na tarasie.
                                    Rano wyjazd o 7.30, klucze do home’u zostawiamy na stole, szybko na autostradę,
                                    jedziemy. Po paru godzinach spokojnej jazdy widzę znany niepokojący obraz: ruch
                                    przed zwalnia coraz bardziej, ale na szczęście - trwa. Wreszcie docieramy do
                                    zdumiewającej przyczyny: na przeciwnym kierunku autostrady, w poprzek obu jezdni
                                    leży do góry kołami naczepa TIR’a wśród setki rozsypanych kartonowych pudeł,
                                    ciągnik, też do góry kołami, leży ze zgniecioną kabiną zawieszony na betonowej
                                    barierze, oddzielającej pasy autostrady, nieco wystając na naszą stronę.
                                    Przeciwny kierunek oczywiście zupełnie i beznadziejnie niedrożny, jedziemy
                                    wzdłuż wielodziesięciokilometrowego, ciągle rosnącego korka. Dalsza droga bez
                                    historii, pogodnie, jedno parkowanie, kanapki, kawa w stacji. Nawet bramki na
                                    końcu autostrady zdumiewająco sprawne: wszystkie czynne (!), tak że zjazd trwał
                                    tylko kilka dodatkowych minut. Podobnie w Austrii, a po zjeździe z autostrady
                                    GPS prowadzi nas do hotelu. Idziemy ze znajomymi na spacer i piwo.
                                    Znów wyjazd o 8.15, jazda spokojna, choć z jednym incydentem: w pewnym
                                    momencie rozbiła się na przedniej szybie spora mucha, pozostawiając dość dużą
                                    przeźroczystą plamę, po chwili mam wrażenie, że jedno moje oko akomoduje się na
                                    tej plamie, a drugie patrzy w dal, wobec czego jadące przede mną samochody
                                    zaczynam widzieć podwójnie, na pierwszym napotkanym dozwolonym miejscu
                                    zatrzymuję się i wycieram szybę. Obiad jemy wczesnym przedpołudniem na Słowacji
                                    za 15 €, potem jeszcze niewielkie przepychanki z GPS’em już w Czechach, bo
                                    panienka chce abyśmy spod Czeskiego Cieszyna jechali do Cieszyna przez Ostrawę,
                                    co ignorujemy, potem pod Gliwicach chce skierować nas do Zabrza, co jw.. W domu
                                    o 18. z minutami.
                                    Podsumowanie: przejechaliśmy 4419 km ze średnim zużyciem paliwa 4,6 l/100 km i
                                    to pomimo jazdy autostradami (100-130 km/g) i prawie stale włączonej
                                    klimatyzacji. Wydaliśmy 3836 zł (w tym noclegi ~2500), z pewnym przybliżeniem,
                                    bo notowania euro zmieniały się. Gdzie było to możliwe płaciłem kartą Maestro
                                    “przekierowaną” na euro, więc bez straty na przewalutowaniach, dodatkowo te
                                    euraki na koncie były resztówkami poprzednich wyjazdów, czyli właściwie już raz
                                    zapłacone i zaksięgowane jako koszt. Żywiliśmy się, jak zawsze: w drodze
                                    kanapkami i kawą, na miejscu gotowaliśmy w domu z produktów przywiezionych lub
                                    kupionych na miejscu, z nielicznymi opisanymi wyjątkami.
                                    Podobało się nam .
                                    Miło by było przeczytać uwagi ...


                                    • Gość: orka Re: Italia 2009.11 IP: 77.255.3.* 05.11.09, 21:25
                                      Szkoda, że to już koniec wspomnień... Miło byłoby również obejrzeć foto-relację
                                      z Waszego wyjazdu.
                                      Mam pytanie związane z Monte Baldo: czy tam można pospacerować z wózkiem?
                                      • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.11 IP: *.zwm.osi.pl 06.11.09, 16:25
                                        Na górnej stacji kolejki jest dość miejsca na wszelkie spacery, także z wózkiem
                                        dziecięcym, chyba nie będzie też problemów we "wjechaniu do wagonika.
                                        • Gość: Fredzio Re: Italia 2009.12| IP: *.zwm.osi.pl 09.11.09, 20:04
                                          No to cześć...
                                          • Gość: intruder Re: Italia 2009.12| IP: *.torun.mm.pl 25.11.09, 08:51
                                            Mam pytanie jak wyglada pobyt i spacery zakazy i nakazy w Italii z
                                            psem.Jestem w dylemacie i nie moge zostawic mojej spanielki.
                                            • Gość: Frsdzio Re: Italia 2009.12| IP: *.zwm.osi.pl 26.11.09, 14:42
                                              Na obu kempingach na których mieszkałem w tym roku nie wpuszczano zwierząt, w
                                              innych miejsca i krajach było różnie, często za opłatą można było mieć
                                              przyjaciela, we Francji widywałem pieski w kawiarniach a na kempingach stada
                                              kotów (rezydentów). Ciekawostka :w Neapolu widziałem pieska na linewce w
                                              kościele i to w dniu św. Januarego>

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka