pagaj_75
15.05.06, 21:10
Nigdy jakoś nie byłem ich fanem. Albumu "A Chance to Cut Is a Chance to Cure"
wysłuchałem z pewnym zainteresowaniem, momentami z lekkim obrzydzeniem (ten
kto słyszał, ten wie o co chodzi), doceniłem pomysłowość i kunszt w obróbce
sampli i... odrobinę również poziewałem. "The Civil War" z kolei okazał się
płytą dużo lepszą muzycznie, ale z jakiegoś niejasnego powodu nie mogłem w
niej zagustować w pełni. Kompletnym milczeniem pominę już w ogóle nagrany pod
szyldem Vague Terrain Recordings "A Viable Alternative To Actual Sexual
Contact". Ogólnie rzecz biorąc, miałem zawsze Drew Daniela i Martina Schmidta
za nieszkodliwych świrów, których bardziej się ceni (za bezkompromisowość i
nowatorstwo) niż zachwyca się tym, co robią. A tu proszę - niespodzianka.
"The Rose Has Teeth in the Mouth of the Beast" to kolejny concept album w
dyskografii duetu z San Francisco, będący jednocześnie chyba najbardziej
słuchalnym ze wszystkich ich dzieł. Co nie znaczy, że chłopaki się zeszmacili
i jakąś komerchę popełnili. Co to, to nie. To nadal ten sam kontrowersyjny
Matmos, który na wspomnianym "A Viable..." popełnił muzykę do gejowskich
pornoli. Tym razem postanowili przedstawić nam dźwiękowe portrety dziesięciu
znanych i trochę mniej znanych (choć kultowych w pewnych kręgach) gejów i
lesbijek. I oczywiście nadal robią to metodą znaną z poprzednich płyt metodą,
jakby według zaleceń Herberta z jego PCCOM. Ale tak naprawdę nie trzeba znać
tych wszystkich historii stojących za tą muzyką, żeby cieszyć się muzyką z tej
płyty. Ba, osoby co bardziej wrażliwe pewnie raczej wolałyby nie wiedzieć
dlaczego i w jaki sposób Daniel i Schmidt wyprodukowali sample do takiego
"Semen Song for James Bidgood" na przykład (choć tytuły kawałków niestety mogą
być uznane za spoilery ;))
Po raz pierwszy słyszę na płycie Matmosa jakieś zwodnicze piękno. Zwodnicze,
bo te wszystkie piękne, wysmakowane harmonie, jak choćby we wspomnianym "Semen
Song" czy w "Snails and Lasers for Patricia Highsmith" choć przyciągają uwagę,
to niemalże niczym śpiew syren, wciągają słuchacza w bagno obleśnych skojarzeń
i chorych pomysłów autorów. "Snails and Lasers" po kilku minutach jakby
filmowego tematu odgrywanego przez dęciaki zamienia się w istną orgię
kłujących w uszy elektronicznych efektów wygenerowanych ponoć przy pomocy
tytyłowych ślimaków pełzających w świetle lasera podłączonego do aparatury
dźwiękotwórczej. "Tract for Valerie Solanas" przerywają w którymś momencie
odgłosy... pierdzącej krowy. Itede, itepe. Matmos w życiowej formie ;)
No ale nie pisałbym o tej płycie gdyby nie fakt, że mamy tu do czynienia z
czymś więcej niż wygłupem pary freaków. "The Rose Has Teeth", jak już
wspomniałem, to muzyczne portrety. I to portrety naprawdę oryginalne i
pomysłowe. I tak Joe Meek, legendarny producent hitów z lat 60., doczekał się
niezwykłego pomnika w postaci "Solo Buttons for Joe Meek" będący jakby
zaktualizowaną do wymogów czasów nowej elektroniki wersją jego słynnego
brzmienia. Larry Levan, bodaj pierwszy słynny didżej ery disco, mający duży
wpływ na scenę house, został uwieczniony przy pomocy jednego z najbardziej
przystępnych, ale i najbardziej porywających bitów house'owych jakie Drew i
Martin kiedykolwiek wyprodukowali. Życie Valerie Solanas, wojującej feministki
(znanej najbardziej z tego, że o mały włos nie wyprawiła na tamten świat
Andy'ego Warhola) podsumowane zostało kolażem z pociętych fragmentów jej
manifestu S.C.U.M. i... wystrzału z broni. Ekscentrycznemu królowi Bawarii,
Ludwikowi II, chłopaki wyprawili żartobliwy bankiet z oprawą muzyczną niczym z
Wagnerowskiej opery odgrywanej przez zaćpaną do nieprzytomności primadonnę.
Ale prawdziwy majstersztyk to czternastominutowy "Rag for William S.
Burroughs". Zaczyna się od dawno zapomnianego ragtime'a ala Scott Joplin
(autor "Nagiego Lunchu" pochodził z tego samego miasta - St. Louis), by w
połowie przerodzić się w psychodeliczną jazdę w rytm indyjskiej ragi, rytm
wybijany między innymi przez maszyny do pisania.
Matmosa w ich bezbożnym dziele wspomagają min.: Kronos Quartet, Maja Ratkje
(norweska artystka noise'owa, o której można sobie ostatnio w "Glissandzie"
poczytać), Antony Hegarty (taaa, ten od Dżonsonów), a wśród głosów czytających
Wittgensteina w openerze słychać również Bjork i parę innych mniej lub
bardziej znanych postaci. Jak tak sobie to wszystko dodać do kupy, to wychodzi
mi, że to jak na razie najlepsza płyta (po nowej Ściance) jaką słyszałem z
tych wydanych w bieżącym roku. Idę teraz posłuchać "The Civil War", może tym
razem doznam. Siema.