Gość: myszka
IP: *.CMB2.splitrock.net
10.08.01, 21:04
Wychowywalam sie w domu, w ktorym obowiazywal patriarchat. Kobiety
byly, zyly - aby mezczyznie bylo dobrze.
W XX wieku w Polsce wychowano mnie tak, abym byla "samodzelna"
tj.umiala sprzatac, gotowac, podawac, prasowac koszule....itd.
Otrzymalam wyksztalcenie, czemu nie - ale mialam umiec zyc przede
wszystkim dla meza. Taki mialam przyklad w domu.
"- Cicho dzieci, tata pracuje!"
Jako siedemnastolatka buntowalam sie jak wszystkie dzieci.
Ale gdy wyszlam za maz - balam prawie jak moja matka.
Poniewaz umialam wiele, nie umialam natomiast podejmowac decyzji (to
przeciez meska sprawa) - wybralam sobie na meza "dojrzalego" faceta.
Musial byc dojrzaly, bo byl kilkanascie lat starszy.
Gotowalam, sprzatalam, podawalam, prasowalam, robilam zakupy,
chodzilam do pracy - ale ciagle bylo zle.
Pewnego dnia dowiedzialam sie nawet, ze powinnam znac mysli mojego
meza (to tez moj obowiaze!!!), zeby moc w pelno zaspokoic jego potrzeby.
Moja ewentualna niesubordynacja byla natychmias karana.
Przezylam z nim 12 lat. W koncu nie bylam w stanie wytrzymac obelg, bicia
i ciaglych awantur.
Zdalam sobie sprawe z tego, ze kolejny cios piescia w glowe moze
skonczyc sie dla mnie zle.
Odeszlam.
I co????
Wtedy dopiero zaczelo sie pieklo, ktore trwalo kolejnych pare lat.
Depresja.......i wszystko, co sie z tym wiaze.
Ale po co ja to pisze ??????
Bo mam to wszystko juz za soba.
Przezylam wiele trudnych momentow i udalo mi sie mimo wszystko
przetrwac.
Teraz moje zycie jest cudowne i bardzo sie ciesze, ze nie skonczylam go
wczesniej, choc pare razy mialam na to ochote.
Jesli jestes w gownianym nastroju, to napisz - moze uda mi sie
podpowiedziec Ci , co z tym zrobic.
Podobno tylko ktos, kto sam przezyl "cos" jest w stanie pomoc komus, kto
wlasnie "cos" przezywa.
Mam teraz wiare i optymizm, ale wiem, co to znaczy, gdy nie chce sie zyc,
wiem tez co robic - by chec do zycia wrocila.
pozdrawiam
Myszka