bury_111
02.06.11, 11:15
Jezzu, jaki film wczoraj widziałem… „Melancholia” von Triera. Do dzisiaj mam ciarki. A przecież to kiepski film! – kiepska reżyseria, napięcie siada i w ogóle. A jednak ciarki są. Dlaczego? Bo w tym fimie czuć zło.
Ta wyższość bohaterki w końcówce filmu…Bo to nie było współczucie. To był odwet a nie współczucie. Ale nie wziął się z niczego. Zrodziły go lata znoszenia terroru bycia szczęśliwą kiedy nie ma się szczęścia w sercu. Bo serce wypaliła zła matka. Właśnie – matka w tym filmie to chyba źródło zła.
Widać że twórca tego filmu dobrze zna melancholię i umie to wyświetlić na ekranie – nawet światło słoneczne jest tu zimne, kształty zamglone, twarze ludzi są brzydkie. I ta męka – ta męka! – w oczach bohaterki kiedy zmusza się do radosnego uśmiechu wobec oczekiwań bliskich. Czuć że u niej uśmiech waży tonę. Trzy tony przerzuconego węgla. Kurczę, niedobrze że tak dobrze to rozumiem :( Chyba zobaczyłem siebie w lustrze.
Zarezonował we mnie ten film. Poczułem nagle, ku swojemu ogromnemu zdziwieniu, że cały jestem (chcę być) za tymi którzy próbują ŻYĆ, że jestem przeciwko głównej bohaterce. Tak, dla mnie melancholika to wieelka nowość.
Czy jest w tym filmie jakaś nadzieja? Może dzieci - Trier nie umie (nie chce?) dosięgnąć dzieci swoim krzywym spojrzeniem bo tylko dzieci są w tym filmie jasne.
Nie wiem czy polecać ten film innym… Jest w nim coś głęboko…. nie fair. Nie fair wobec nas, wobec ŻYCIA, wobec milionów minionych istot które kiedyś żyły, walczyły, podnosiły się i ginęły – po to żeby mogła powstać bohaterka czy Trier. Jakiś rozbrat tu jest.