nztsp
10.10.04, 13:21
Poznalem kiedys faceta i mialem w nim najlepszego kumpla. Czlowiek dusza! Byl
ode mnie starszy ale jak z nikim innym doskonale sie rozumielismy.
Widzielismy rzeczy tak samo. Cale noce przegadalismy o zyciu, o smierci, o
milosci...
Byl rozwodnikiem. Odszedl od zony, a pozniej wyjechal za granice. Doszly go
sluchy ze ten jej nowy ja leje. Do kraju nie mial jednak chwilowo powrotu.
Widzialem jak cierpial. Mial ogromne wyrzuty sumienia.
Pewnego dnia powydzwanial do wszystkich znajomych oznajmiajac ze wyjezdza w
dluga podroz. Do mnie oczywiscie tez zadzwonil i pozegnal sie. Powiedzial ze
predko sie chyba nie zobaczymy i .... Ostatnie jego slowa jakie pamietam, to
to, zebym pamnietal o tym, zeby dobrze opiekowac sie Marzena - moja zona.
Po tygodniu znalezli go martwego w mieszkaniu. Nie moglem zrozumiec jak mozna
z takiego powodu targnac sie na zyciu???? A jednak po czasie zrozumialem go.
Sa sytuacje ktore przekraczaja nasza bariere wytrzymalosci...
Jutro tez czeka mnie podroz. Dluga podroz...
Mam pewien problem i probuje z nim sobie poradzic. Jest ciezko. Jestem dobrej
mysli, walcze sam ze soba... Jak bedzie - nie wiem...