xsinksi
31.05.05, 09:28
Może ktoś coś wie na ten temat? Bo jeszcze chwilka i chyba zwariuje. Jestem
już bardzo blisko granicy mojej wytrzymałości. Boję się, że jak ją
przekroczę, to sfiksuję do reszty. Byłem 3,5 roku z dziewczyną. Rozstaliśmy
się w sierpniu ubiegłego roku. Przez te wszystkie miesiące nie było dnia
żebym o niej nie myślał. Nasze kontakty były jednak bardzo rzadkie. Zmieniło
się to przed ponad miesiącem. Zaczęliśmy się spotykać. Wspólne wyjścia na
imprezy, do knajpy, do kina, u niej w domu, zaproszenia do jej rodziców itd.
Chyba aż nadto uwierzyłem, że być może uda nam się zbudować nasz związek od
nowa. Stworzyłem sobie jakąś iluzję, że może uda się naprawić to co się
rozwaliło. Zacząłem w to wierzyć bardzo mocno. I zapewne była to wiara
jednostronna. Pytałem się jej o to i nie odpowiedziała mi wprost ani "nie"
ani "tak". Powiedziała, że musi się zastanowić. Ja jednak nie jestem już w
stanie tego ciągnąć dalej. Z jednej strony ostatnie kilkadziesiąt dni
sprawiło mi nieprawdopodobną radość, a z drugiej jestem zły na siebie, że na
nowo rozorałem swoje serce. Ból jest ogromny. Wiem jedno - kocham ją
nieprawdopodobnie mocno. Nie umiem przestać jej kochać i nie wyobrażam sobie
życia bez niej. Ale też nie jestem w stanie znosić dłużej tego uczucia, które
któregoś pięknego dnia mnie zamorduje.