no_entry
21.04.06, 12:24
Kocham Ją bardzo. Bardzo. Bylo cudownie, nawet w marzeniach tak nie jest jak
bylo...
Zaczelo sie od mojej zazdrosci, od sprawdzania Jej, kontroli ,wypytywania,
zalu , od wzajemnego niezrozumienia , do dzis nie rozumiem...
Mysle, ze mialem podstawy ,zeby byc zadrosnym, nie bylo i nie ma szans ,zebym
byl jedynym facetem w Jej zyciu, jest superatrakcyjna i korzystala z tego i
korzystac chce nadal, innym sie to podoba i nie protestują, gdyby nie to ,ze
tak Ją kocham też nie protestowalbym, przyslonila mi caly swiat i nie zwracam
uwagi na atrakcyjnosc innych.
Bylem juz zdradzony... choc nie do konca wiem jak i z kim , moze
inaczej-oszukany, chyba stad to wyczulenie i niepokoj.
Wystarczylo kilka gestow, usmiechow z Jej strony do innych i sposob
przyjmowanie adoracji innych, zebym zrozumial ,ze nie ma szans ,zebym byl
jedynym w Jej zyciu, zauroczenie mna trwalo krotko, intensywnie ale krotko,
moje Nią trwa nadal.
Jestem przez to niedojrzaly? Ze chce inaczej, normalnie tylko dla Niej,
zycie... pokazuje ,ze nie mozemy egzystowac bez innych, nie mozemy sie chowac
i udawac ,ze plec przeciwna nie istnieje, ale czy musi sie to wizac z dawaniem
szans innym na pojscie krok dalej? na dawanie im szansy i nadzieji na wiecej,
dla naszej radosci i egoistycznego potwierdzania swojej atrakcyjnosci?
Tak,znam to, bylo mi to potrzebne kiedy bylem sam we dwoje,musialem to robic
,choc wiedziale ,ze to kogos rani, wazniejsze bylo to potwierdzenie wlasnego
ego niz uczucia jej-eks. Ranilem bo nie zalezalo mi ,zeby jej bylo dobrze,
wiedzialem ,ze mimo wszystko zaakceptuje, bedzie cierpiala ale wezmie to co
daje , chocby to byl raz za razem, ale mialem pewnosc ,ze zniesie wszystko
,zebym byl blisko, posuwalem sie coraz dalej i dalej, raz za razem, cios za
ciosem, ranilem z usmiechem od czasu do czasu smiejac sie w twarz i myslac-
naiwna, jak ona to znosi, glupia, jestem dla niej najwazniejszy wiec i tak
konsekwencji od niej nie poniose, i dalej i dalej, bez samokrytyki kolejne
romanse i koniec z mojej strony... Podłe i wstydze sie siebie.
Zrozumialem to teraz, kiedy bol jest silniejszy niz radosc, kiedy rozumiem
dlaczego. Mam byc przy Niej, patrzec spokojnie jak pojawia sie nastepny i
nastepne zachwyty, adoracje , radosci , nie z tego ,ze ja jestem, ja to za
malo, sa inni,nowi, ciekawsi, fresh, nieznani, moze znow poczuje ten
dreszczyk...to takie przyjemne, istotne, potrzebne.
Mam zal, do uczuc, do siebie,ze pozwolilem na tak glebokie uczucie, mozna bylo
inaczej lecz wtedy bylby szablon, nie byloby "cudowniej niz w marzeniach".
Tak, rozumiem, ze cos za cos, ze za ten raj trzeba zaplacic, ze jestem na
chwile, narzedzie do radosci, wierne, zapatrzone, zasluchane, oddane,
przyjemne, tylko Jej, za malo atrakcyjne intelektualnie, towarzysko, fizyczne,
spolecznie i zyciowo. Musialo sie znudzic, nawet przy wielkich checiach to
wazniejsze jest egoszczescie- ja nie wystarczalem.
Teraz rana rozdrapana, cuchnaca kupa miesa bez uczuc, bez dawnego wsluchiwania
sie, bez niczego, jak sie jej pozbyc? sumienie nie pozwala, pozwolic zeby
rozpelzla sie sama, zeby odplynela bez zalu, niech tylko nie smrodzi dalej,
niech nie mowi i nie zajmuje stanowiska.
Ona powie- chcialam go uszczesliwic na sile a z gowna bata sie nie ukreci, nie
doceni tego co ma, ma duzo, ma to o czym inni moga marzyc i ciagle mu malo...
malo...
Jak pozbyc sie tego uczucia,niepewnosci,jak uwierzyc ,ze inni to tylko
dodatek, ze ja jestem najwazniejszy patrzac na Nią w ramionach innych???