Dodaj do ulubionych

już sobie nie radzę (długie)

16.09.03, 01:49
Problem dotyczy mojego ojca. Właściwie nie wiem jak go opisać, do tego
stopnia czuję się bezsilna, że aż się zastanawiam czasami czy to, co widzę
dla innych byłoby tak samo poważne.
Mój ojciec jest od kilku lat bezrobotny, siedzi w domu całe dnie i absolutnie
nic nie robi. Nic, tylko siedzi przed telewizorem w szlafroku i ogląda
wszystko jak leci. Moja mama utrzymuje dom, właściwie dwa, bo rodzice
mieszkają za granicą i ona z tej na prawdę marnej pensji stara się wyżywić i
utrzymać 4 osoby, dwa mieszkania, a do tego jeszcze stale podnosi swoje
kwalifikacje, uczy się jezyka(wyjechała zaledwie rok temu, kiedy sytuacja był
już beznadziejna). Tylko postawa mojego ojca doprowadza ją do rozpaczy.
Odmówiła dawania mu jakichkolwiek pieniedzy, bo do tego jest on alkoholikiem
(jest to raczej alkoholizm ekonomiczny, bo kiedy on nie ma pieniędzy, to nie
pije alkoholu), i on żyje z resztek zasiłku. Nic nie skutkuje jeśli chodzi o
podjęcie przez niego pracy. prośba, groźba, błaganie, szntaż. Nic. Najgorsze
ejst to, że moja mama łamie się kiedy go widzi, w życiu go nie zostawi, bo on
jest taki nieporadny, że nic sam nie zrobi, to jakby trzecie jej dziecko. Nie
wiem czy zdajecie sobie sprawę jaki człowiek od tylu lat na bezrobociu
potrafi być. Z ogromną pretensją do świata, do ludzi, do rodziny, do dzieci,
do wszystkich, ze on nie ma, a oni mają. Mama pracuje pół dnia, potem się
uczy, a on w tym czasie ogląda telewizję, palcem nie ruszy, zeby choć
posprzątać i uważa, że dwa talerze dziennie umyte, to jest sukces
nieprawdopodobny i powinno się go za to głaskać. Najciężej mi patrzeć na ten
kontrast między moja mamą i nim. Z drugiej strony ogromnie martwię się moim
stosunkiem do niego, nie chce podchodzić do mojego ojca jak do
rozkapryszonego dziecka. Ale są momeny, kiedy płakac mi się chce, kiedy on
przychodzi do domu (widzimy się średnio w sumie 2, 3 miesiące do roku) i
momentanlnie idzie do swoich starych kolegów, którzy flaszkę na pewno
postawią i wraca do domu nie trafiając w futrynę. Już na prawdę nie wiem co
robić, jak pomóc mamie, jak naprawić sytuację w rodzinie, co robić, bo
wierzę, ze coś się da zrobić. dodam, ze ja mam 20 lat, studiuję, mam jeszcze
młodszego brata - maturzystę (az nie chce mi się myślec, co za wzór dla niego
stanowi jego włąsny ojciec)

nie wiem czy z teg, co napisałam wyłoni się choć trochę tej całej
beznadzieji, ale licze, że ktoś mnie zrozumie i może uda się komuś świeżym
okiem znaleść jakiś sposób.
Obserwuj wątek
    • Gość: senin Re: już sobie nie radzę (długie) IP: *.193.220.203.acc01-lord-gla.comindico.com.au 16.09.03, 10:22
      A czy ty nie moglabys troche odciazyc mamy, zaczac troche dorabiac?
      • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:11
        w moim mieście znalezienie pracy dla studentki (studia dzienne) jest sprawą
        bardzo trudną, poza tym mam stanowcze przykazanie, że mam się uczyć, a znając
        moją mame, wiem, ze ona chce żeby cały możliwy poświęcić na naukę.

        tak właśnie sądziła, że nie zostane do końca zrozumiana, bo to nie o to chodzi.
        no nic,
        pozdrawiam
        • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:20
          Pomyślcie o terapii, przecież są przychodnie, jeśli nie, to płatny psycholog.

          Jakby tata nie chciał, to zawsze możesz iść po poradę, terapeuta rozezna
          sytuację i może wspólnymi siłami coś dobrego wprowadzicie w życie.

          Ale nikt nie powiedział, że ojciec się nie zdecyduje.
          Trzymam kciuki!
        • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:26
          A przecież możesz z ojcem sama też rozmawiać, ale nie truć, tylko spróbować go
          zrozumieć, zawsze są jakieś przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy.
          Może kupuj gazety z ogłoszeniami i razem przeglądajcie oferty pracy?
          Nie wiem, może popytaj go o coś, co by Was oboje zainteresowało, powiedz, że go
          kochasz, podbuduj go (jeśli uważasz, że jest tego wart... ale nie ma ludzi,
          którzy nie są tego warci, prawda?), zaproponuj ojcu co jakiś czas wspólny
          spacer, wyjście razem do kina - jeśli chce się komuś pomóc, to trzeba poświęcić
          czas. Ale warto, naprawdę!!!
          • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:34
            alfika napisała:

            > A przecież możesz z ojcem sama też rozmawiać, ale nie truć, tylko spróbować
            go
            > zrozumieć, zawsze są jakieś przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy.
            > Może kupuj gazety z ogłoszeniami i razem przeglądajcie oferty pracy?
            > Nie wiem, może popytaj go o coś, co by Was oboje zainteresowało, powiedz, że
            go
            >
            > kochasz, podbuduj go (jeśli uważasz, że jest tego wart... ale nie ma ludzi,
            > którzy nie są tego warci, prawda?), zaproponuj ojcu co jakiś czas wspólny
            > spacer, wyjście razem do kina - jeśli chce się komuś pomóc, to trzeba
            poświęcić
            >
            > czas. Ale warto, naprawdę!!!
            >


            Niestety z ojcem widzimy się rzadko, a ja przyznaję, ze tego unikam za wszelką
            cenę. A jak już sie widzimy, to ostatnio rozmawiamy tylko o pogodzie, a ja
            unikam go za wszelką cenę. Podejmowanie z nim rozmowy o prace jest narażaniem
            się na nagłą agresję, choć mimo gburowatości mój tata zazwyczaj jest bardzo
            łagodny. Myslę, że rzeczywiście terapeuta byłby niezłym pomysłem, w końcu
            widział wiele więcej takich przypadków. Martwie się, zeby mój tata nie popadł w
            ten maraz do utraty człowieczeństwa, na rzecz kontaktu z telewizorem. Bo kto
            widział, zeby człowiek dorosły oglądał telewizor od 8-mej rano - otwarcie oczu,
            do 2-giej w nocy, kiedy idzie spać? dziecku można by było zabronić, a dorsłemu?

            pozdrawiam
            • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:46

              Jak się naprawdę chce komuś pomóc, to najpierw serce na wyciągniętej dłoni, a
              potem zasadnicze tematy - zresztą, co Ci będę marudzić, sama działasz tak samo,
              czujesz tak samo, potrzebujesz bliskich i ich wsparcia i miłości - tak samo...

              A nie odwrotnie - najpierw spełnisz oczekiwania, a potem moze ktoś Ci da trochę
              ciepła.
              Nic tak nie odbiera chęci do życia jak brak szacunku i miłości ze strony
              bliskich. Jeśli to się nie zmieni, to go po prostu stracisz. Daj mu to, czego
              on tak potrzebuje, po prostu nie odwracaj się od niego tylko dlatego, że ma
              problemy. Zobacz świat jego oczami, zobacz, jaki jest samotny.
              Jeszcze możesz mu pomóc, nie trać tej szansy.
              Przynajmniej spróbuj.
            • Gość: emi Re: już sobie nie radzę (długie) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 12:21
              Rozumiem, ze masz dosc tej sytuacji i nie umiesz komunikowac sie z tatą. Mysle,
              ze sa glebokie przyczyny, dla ktorych tata sobie nie radzi. czasem czlowiek tak
              sie zagubi, ze trzeba mu pomoc. on nie chce zle. jesli sie go odrzuca, to nigdy
              sie nie zmieni, tylko czuje sie coraz gorzej sam ze soba. i ucieka w telewizor.

              napisze o swoich odczuciach , no bo oczywiscie nie znam Waszej sytuacji poza
              kilkoma zdaniami, ktore napisalas. MOgę niejako odniesc sie do relacji moich
              rodzicow, poniewaz u nas w rodzinie to mama jest ta zaradniejsza. I w roznych
              swoich relacjach ja bylam ta zaradna, zorganizowana, radząca sobie.

              Męzczyzni sa wychowani w okreslonych oczekiwaniach co do roli , jaka maja
              spelniac. Mezczyzna ma zarabiac na dom, ma byc podpora rodziny, ma byc tez jej
              glowa. Oczywiscie bardzo generalizuje, ale w ogolnym odbiorze i podswiadomym
              wyborze, nawet jesli swiadomie sie taki podzial rol odrzuca, wciaz wiekszosc z
              nas tak wlasnie postrzega roznice miedzy plciami. Mezczyzna ma byc silny. POza
              tym kobiety tworza dom i cieplo domowe, organizuja zycie odmowe, potrafia
              okazywac uczucia, mowic- mezczyzni okazuja swoje zaangazowanie, sprawdzaja sie,
              pokazuja tez milosc, przez dzialanie.
              podkreslam, wiem ze generalizuje.
              Jezeli mezczyzna ma do czyneinia z kobieta silna i niezalezna, ktora sama
              potrafi zarobic, zorganizowac, zalatwic, etc lepiej odn iego, czy tez po porstu
              bez niego, nie potrzebuje go do tego, to jest to sytuacja dla mezczyzny trudna.

              Obserwowalam to u nas w domu. Tata na ogol jest na szczescie bardzo spelniony
              zawodowo, ale czesto osiagniecia nie mialy przelozenia na finanse. Mamie sie to
              nie podobalo, ale komunikowala to w ten sposob, ze okazywala niezadowolenie i
              sama organizowala dodatkowa kase, nie poszukujac pomocy u ojca ani nie okazujac
              zaufania, ze on moze stanac na wysokosci zadania. w ten sposob ustalil sie
              podzial rol- on jest od "celow wyzszych" mama od rzeczywistosci.

              Efekt byl taki ,ze tata po powrocie z pracy chowal sie za gazeta lub chwytal
              zap ilota. nei probowal nigdy nic wiecej z siebie wykrzesac, choc jest
              mezczyzna o ogromnym potencjale. nikt przeciez nie wierzyl,ze on to zrobi.
              oczekiwano , ze to jego powinnosc, ale ot bylo takie negatywne oczekiwanie- no
              oczywiscie, nie ruszy sie z tej kanapy, jak zwykle!

              Tata ma problemy z nadwaga. uciekal tez przed poczuciwm niespelnienia w
              jedzenie. to oczywiscie zamkniete kolo- tyjacy, nie umiejacy zarobic na dom
              facet czuje sie ocraz gorzej sam ze soba i coraz bardziej pograza sie w lodoce
              i telewizorze.

              na szczescie lata mijaja, mama otwiera umysl, tata czuje sie pewniej, bo
              zawodowo jest niezwykle ceniony. moi rodzice sa sobie coraz blizsi, mama
              zrezygnowala z potrzeby kontrolowania wszystkiego - taka postawa u kobiety z
              kolei, mowie na podstawie obserwacji moej mamy, samej siebie, i lektur(
              musialam nad soba bardzo pracowac) - wynika z lęku, ze jelsi saam o wszystko
              nie zadba, to wszystko sie zawali, to nikt o nia nie zadba. taka kobieta boi
              sie zaufac mezczyznie, powierzyc mu swoje bezpieczenstwo finansowe, zaryzykowac
              zaufanie do ukochanego czlowieka, poniewaz nie wierzy, ze on moglby tak
              naprawde szczerze cchiec zrobic dla niej wszystko, co potrzebne, zeby rodzina
              byla zabezpieczona. dlaczego- bo nie wierzy, ze na to zasluguje. w glebi serca
              kobieta mysli, ze musi sobie zasluzyc na milosc i na wszystko dobre, co ja
              spotyka, i ze jak na to zapracuje, a najlepiej sama wszystko zorganizuje to
              przynajmniej bedzie miala pewnosc, ze jakos to dziala.
              Oczywiscie, mozna powiedziec- ale on nic nie robil, jakbym ja sioe za ot nie
              wziela, to co by sie stalo?
              ale tak naprawde zadna z nas nie okazala zaufania. nie dala szansy. z ulga
              dopadlysmy mozliwosci dzialania, przejecia nad wszystkim kontroli, ktora
              zagluszy nasz lek, ze nie zaslugujemy na to, zeby ktos o nas zadbal. my tego
              chcemy, my mamy zal, ze ot sie nie dzieje, czujemy sie niekochane, odbijamy to
              na naszym zwiazku, bliskoci ,zaufaniu do ukochanego, ale my tego tak naprawde
              oczekiwalysmy, my sie balysmy, ze nie zaslugujemy i w sumie od razu
              spodziewalysmy sie, ze tak bedzie. oczywiscie, czujemysie meczennicami, niosac
              na plecach caly bagaz tego swiatas i okolilc, zajmujemy sie dziecmi ,. domem ,
              pracujemy w kilku miejscach, pomagamy staruszkom i domom dziecka, jestesmy
              znanymi aktywistkami w okolicy. co tego?
              czujemy sie wykorzystywane i nie dajemy nikomu szansy, by cos dla nas zrobil.
              moja mama do dzis jest dumna, zep otrafi przepakowac zmywarke, ktora ktos
              zaladowal, tak ,ze wiecej rzeczy sie w niej zmiesci.
              no sorry, to komu by sie chcialo pakowac zmywarke, skoro wiadomo ,ze ona
              opprawi? kazdy pozostawia to jej.
              wie lepiej, jak tata ma zaprakowac, jak ma obiac wlosy, jaki ma zalozyc krawat,
              co ma powiedziec pracownikowi.
              to sie zlagodzilo przez lata, teraz jest duzo lepiej, ale wciaz to mama trzyma
              kase i tata am kieszonkowe.

              jak maksymalnie kastrujaca to sytuacja dla faceta?

              ja teraz zmienilam podejscie i pozwalam mezczyznie dzialac. I widze, ze facet
              jest najszesliwszy, czuej sie najbardziej meski i potrafi gory przenisc, jesli
              po prostu z zaufaniem pozwole mu dzialac. ze trzeba bedzie dwa razy nastawic
              zmywarke, bo nie wszystko sie zmiesci? co z tego, skoro to on ja zaladowal? czy
              wazniejsze, by oszczedzic te lyzke proszku i troche wody, i potem amemu zasuwac
              z naczyniami, a ukochanemu dac poczucie, ze do niczego sie nie nadaje,nawet do
              zapakowania glupiej zmywarki ,weic po co ma w ogole probowac, skoro i tak nas
              nie zadowoli nawet w czyms takim- czy tez wazniejsze dac mezczyznie poczucie,
              ze jego ukochana jest zadowolona i docenia jego gest, jest jej milo ,ze jemu
              sie chce, czuje sie dopiezczona i patrzy na niego pelna zachwytu, ze ma takiego
              faceta, ktoremu sie chce? czy nei lepiej pocalowac sie namietnie nad zmywarka?
              zareczam,ze on wtedy chetnie poleci jeszcze pozakupy i przyniesie baniaki z
              wodą.

              bo mezczyni naprawde lubia nas uszczesliwiac. dajmy im tylko szanse.

              co z tego, ze tata kupil mi perfumy, ktorych nie lubie i dezynfekuje sobie nimi
              nogi po goleniu albo oddam kolezance? czy mam mu okazac, ze zle wybral i zrobic
              mu przykrosci zachwiac jego poczuciem, ze potrafi sprawic radosc corce? czy
              naprawde glupie perfumy sa tego warte? moze nastepnym razem kupi mi takie, jak
              nmu podyktowalam, zeby kupil, ale czuje sie tylko wykonawca mojej woli, a nie
              obdarowujacym i robiacym niespodzianke. czy naprade ludziom, ktorych kochamy
              trzeba odbierac radosc dopieszczania nas, nawet, jesli nie zawsze robia to
              dokladnie tak, jakbysmy se wymarzyly? raz mie wyjdze, ale nastepny tak, bo beda
              mieli ochote to robic, widzac nasza radosc i wdziecznosc.


              wiem, ze odeszlam troche od tematu. pisze o drobiazgach zamiast o sytuacji
              skrajnej, jaka jest totalna ucieczka przed zyciem w ekran telewizora.

              ale jak bardzo musi ten tata czuc sie bezsilny, przegrany, do niczego ,
              niezdoly nic zapewnic swojej rodzinie, bez szans, by to zmienic, skoro uciekl
              tak kompletnie?

              ja tutaj nie winie mamy Bron Boze. przeciez zarowno postawa ojca jak i mamy ma
              zrodlo glebiej niz w tym zwoazku, oni takie pzekonania wyniesli z domu , nie sa
              ich nawet swiadomi,zadne z nich nei chce zle, po prostu oboje sie zagubili i
              kazde radzi sobie jak moze. mama biorac na barki wszystko , tata poddajac sie
              walkowerem.

              zeby ktos sie zmienil, potrzebna mu akceptacja. jesli jestescie w stanie okazac
              ojcu, ze akceptujecie to, ze mogl sie znalesc w takim stanie, ale tesknicie za
              nim , ufacie, ze poradzi sobie, potrzebujecie jego pomocy, juz bez niego nie
              dajecie sobie rady- jesli on bedziem ial przestrzen, zeby przejac
              odpowiedzialnosc za cos, to w koncu ja przejmie. moze z oporami, ale przejmie.
              upadni w tym pare azy, ale jesli nie raucicie sie, by go wyreczyc, to wytrwa.
              bo bedzie mial poczucie, ze jest potrzebny.

              rodzian to organizm, ludzie diz
              • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 12:42
                Gość portalu: emi napisał(a):

                > Rozumiem, ze masz dosc tej sytuacji i nie umiesz komunikowac sie z tatą.
                Mysle,
                >
                > ze sa glebokie przyczyny, dla ktorych tata sobie nie radzi. czasem czlowiek
                tak
                >
                > sie zagubi, ze trzeba mu pomoc. on nie chce zle. jesli sie go odrzuca, to
                nigdy
                >
                > sie nie zmieni, tylko czuje sie coraz gorzej sam ze soba. i ucieka w
                telewizor.
                >
                > napisze o swoich odczuciach , no bo oczywiscie nie znam Waszej sytuacji poza
                > kilkoma zdaniami, ktore napisalas. MOgę niejako odniesc sie do relacji moich
                > rodzicow, poniewaz u nas w rodzinie to mama jest ta zaradniejsza. I w roznych
                > swoich relacjach ja bylam ta zaradna, zorganizowana, radząca sobie.
                >
                > Męzczyzni sa wychowani w okreslonych oczekiwaniach co do roli , jaka maja
                > spelniac. Mezczyzna ma zarabiac na dom, ma byc podpora rodziny, ma byc tez
                jej
                > glowa. Oczywiscie bardzo generalizuje, ale w ogolnym odbiorze i podswiadomym
                > wyborze, nawet jesli swiadomie sie taki podzial rol odrzuca, wciaz wiekszosc
                z
                > nas tak wlasnie postrzega roznice miedzy plciami. Mezczyzna ma byc silny.
                POza
                > tym kobiety tworza dom i cieplo domowe, organizuja zycie odmowe, potrafia
                > okazywac uczucia, mowic- mezczyzni okazuja swoje zaangazowanie, sprawdzaja
                sie,
                >
                > pokazuja tez milosc, przez dzialanie.
                > podkreslam, wiem ze generalizuje.
                > Jezeli mezczyzna ma do czyneinia z kobieta silna i niezalezna, ktora sama
                > potrafi zarobic, zorganizowac, zalatwic, etc lepiej odn iego, czy tez po
                porstu
                >
                > bez niego, nie potrzebuje go do tego, to jest to sytuacja dla mezczyzny
                trudna.
                >
                > Obserwowalam to u nas w domu. Tata na ogol jest na szczescie bardzo spelniony
                > zawodowo, ale czesto osiagniecia nie mialy przelozenia na finanse. Mamie sie
                to
                >
                > nie podobalo, ale komunikowala to w ten sposob, ze okazywala niezadowolenie i
                > sama organizowala dodatkowa kase, nie poszukujac pomocy u ojca ani nie
                okazujac
                >
                > zaufania, ze on moze stanac na wysokosci zadania. w ten sposob ustalil sie
                > podzial rol- on jest od "celow wyzszych" mama od rzeczywistosci.
                >
                > Efekt byl taki ,ze tata po powrocie z pracy chowal sie za gazeta lub chwytal
                > zap ilota. nei probowal nigdy nic wiecej z siebie wykrzesac, choc jest
                > mezczyzna o ogromnym potencjale. nikt przeciez nie wierzyl,ze on to zrobi.
                > oczekiwano , ze to jego powinnosc, ale ot bylo takie negatywne oczekiwanie-
                no
                > oczywiscie, nie ruszy sie z tej kanapy, jak zwykle!
                >
                > Tata ma problemy z nadwaga. uciekal tez przed poczuciwm niespelnienia w
                > jedzenie. to oczywiscie zamkniete kolo- tyjacy, nie umiejacy zarobic na dom
                > facet czuje sie ocraz gorzej sam ze soba i coraz bardziej pograza sie w
                lodoce
                > i telewizorze.
                >
                > na szczescie lata mijaja, mama otwiera umysl, tata czuje sie pewniej, bo
                > zawodowo jest niezwykle ceniony. moi rodzice sa sobie coraz blizsi, mama
                > zrezygnowala z potrzeby kontrolowania wszystkiego - taka postawa u kobiety z
                > kolei, mowie na podstawie obserwacji moej mamy, samej siebie, i lektur(
                > musialam nad soba bardzo pracowac) - wynika z lęku, ze jelsi saam o wszystko
                > nie zadba, to wszystko sie zawali, to nikt o nia nie zadba. taka kobieta boi
                > sie zaufac mezczyznie, powierzyc mu swoje bezpieczenstwo finansowe,
                zaryzykowac
                >

                Masz całkowitą rację, zgadzam się, ze takie życie dla mężczyzny, od którego się
                zawsze oczekuje pewnych zachowań, w momencie, kiedy on nie jest w stanie
                spełnić, czuje się niepewnie i w konsekwencji za wszelkącenę próbuje uciec. tak
                jest i u mnie w rodzinie. Tylko jak przekonać mamę (to ona spędza z nim cały
                praktycznie czas, my mieszkamy daleko), żeby mu zaufała? Już po wzorach z jej
                własnego domu, gdzie ojciec był dokładnie taki sam jak mój, a moja babcia
                musiała sobie sam radzić, moja mama nie potrafi inaczej podejść do tego
                problemu.
                Drugą kwestią jest to, ze jak tu zaryzykować zaufanie, skoro praktycznie
                wszystko się wali na głowę i od kilku lat krawędź jest bardzo blisko? Mama robi
                co może, a on ma tylko pretensje, że nie jest dopuszczany do decydowania. Tylko
                jak go do tego dopuścić, skoro podejmuje zazwyczaj bardzo nieodpowiedzialne
                decyzje (np za dodatkowe grosze kupuje nowy telewizor, bo przecież stary był
                już stary...)


                > zaufanie do ukochanego czlowieka, poniewaz nie wierzy, ze on moglby tak
                > naprawde szczerze cchiec zrobic dla niej wszystko, co potrzebne, zeby rodzina
                > byla zabezpieczona. dlaczego- bo nie wierzy, ze na to zasluguje. w glebi
                serca
                > kobieta mysli, ze musi sobie zasluzyc na milosc i na wszystko dobre, co ja
                > spotyka, i ze jak na to zapracuje, a najlepiej sama wszystko zorganizuje to
                > przynajmniej bedzie miala pewnosc, ze jakos to dziala.
                > Oczywiscie, mozna powiedziec- ale on nic nie robil, jakbym ja sioe za ot nie
                > wziela, to co by sie stalo?
                > ale tak naprawde zadna z nas nie okazala zaufania. nie dala szansy. z ulga
                > dopadlysmy mozliwosci dzialania, przejecia nad wszystkim kontroli, ktora
                > zagluszy nasz lek, ze nie zaslugujemy na to, zeby ktos o nas zadbal. my tego
                > chcemy, my mamy zal, ze ot sie nie dzieje, czujemy sie niekochane, odbijamy
                to
                > na naszym zwiazku, bliskoci ,zaufaniu do ukochanego, ale my tego tak naprawde
                > oczekiwalysmy, my sie balysmy, ze nie zaslugujemy i w sumie od razu
                > spodziewalysmy sie, ze tak bedzie. oczywiscie, czujemysie meczennicami,
                niosac
                > na plecach caly bagaz tego swiatas i okolilc, zajmujemy sie dziecmi ,.
                domem ,
                > pracujemy w kilku miejscach, pomagamy staruszkom i domom dziecka, jestesmy
                > znanymi aktywistkami w okolicy. co tego?
                > czujemy sie wykorzystywane i nie dajemy nikomu szansy, by cos dla nas zrobil.

                Moja mama jest dokładnie tkaim przykładem. Ja nikogo o pomoc prosić nie będę,
                bo po co, skoro sama zrobię najlepiej. Ale jest przy tym bardzo nieszczęśliwa,
                choć nie umie zaufać ojcu praktycznie w niczym.
                Właściwie nie wiem czy można pisac o jakim kolwiek związku, tam chyba poza
                wzajemnymi żalami nie ma już wiele, przyzwyczajenie może też, ale coś w rodzaju
                miłości to już chyba dawno przestało istnieć między nimi.

                • Gość: emi Re: już sobie nie radzę (długie) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 12:55
                • Gość: emi Re: już sobie nie radzę (długie) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 13:13
                  Przepraszam, ze tak sie mądrzę:).

                  Rety ale Wam musi by z tym ciezko, mama juz pewnie stracila nadzieje, nie chce
                  sie z nim rozstac z dobrego serca, ale jak ma zaufac? no wlasnie. ten nowy
                  telewizor. ryzyko jest bardzo duze i niech mama sie nie obwinia, jesli go nie
                  podejmie. z mojego doswiadczenia wynika, ze ono przynosi rezultaty. jesli sie
                  mezczyznie opzostawi odpowiedzialnosc za finanse, za rachunki, nawet
                  zarzadzanie pieniedzmi, ktore samemu sie zarobilo, to on oqwszem, popelni kilka
                  bledow, wyda na telewizor, moze odetna wam telefon, ale jesli mama ise nie
                  zalami, jesli w tym momencie nie zlamie ise i nie pzejmie znow
                  odpowiedizalnosci, to wygraja. Ojciec ja bedzie testowal, czy ona naprawde mu
                  ufa i te testy moga by straszne- wlasnie tkai nowy telewizor, w sytuacji, gdy
                  sa za granica i tylko jej pensja ich utrzymuje i jeszcze uczace sie dzieci.Ale
                  jesli on poczuje,ze rzeczywiscie to on ma odpoweidizalnosc, jesli ona
                  konsekwentnie bedziem owic- juzn ie mam sily, nei radze sobie sama, potrzebuje
                  twojej pomocy, mnie to przeroslo- to on bedzie mial przestrzen, by byc tym
                  bohaterem.
                  mezczyzna , nie znam innych przypadkow, gdy czuje na sobie odpowiedizalnosc za
                  rodzine, ze ta rodzina nim poklada nadzieje i mu ufa, wdraza sie w to i coraz
                  lepiej sie z tym czuje. oczywiscie, bedzie probowal od tego uciec, bo go
                  odpowiedizalnosc, ktorej tyle czasu sprostac nie mogl, bedzie na poczatku
                  przerazac,. ale z drugiej strony jej wszak łaknie.
                  to cudowne, gdy on nagle odzyska wiare siebie i pojdzie na kurs, znajdzie
                  sobie jakies zajecie.
                  nie ulegac pokusie podpowiadania mu, jak i co moglby zrobic, zeby zmienic
                  sytuacje. on to wymysli, moze na poczatku to bedzie dziwne lub smieszne, moze
                  troche mu to zajmie, ale on to wymysli. on nagle odkryje, ze radzi sobie duzo
                  lepiej, bo sie poczuwa. i nagle bedzie umial sie dogadac, bedzie umial zdac
                  egzamin, bedzie umial zarobic.
                  wdzieczne psojrzenie zony, ktora ni powiedizla mu, co i jak ma zrobic, tylko
                  ZAUFALA, dodadza mu tyle sil, ze to az niewiarygodne. jeszcze kariere zrobi za
                  tą granicą.

                  oczywiscie, ja pisze tu scenariusz bardzo optymistyczny, ktory zaklada, ze
                  Twoja mama ma sile na tak trudny okres przejsciowy, ze chce zaryzykowaci widzi
                  sens zaryzykowania z tym czloweikeim. to tak naprawde zalezy od tego, jak
                  ukladalo im sie nap oczatku, keidys.
                  czy sie kochali, czy chcieli byc razem, czy mama byla nim na poczatku
                  zachwycona, czy jej imponowal, czy cieszyla ise, ze ma faceta o takich an ie
                  innych zachowaniach, umiejetnosciach, temperamiencie? jesli kiedys ja oczarowal
                  i zachwycil, jest szansa, zeby w nim o wskrzesic. jesli zacznie na niego
                  patrzec jak na faceta z tamtych lat, to on to natychmiast wyczuje.
                  jesli ona okaze swoja slabosc, okaze tesknote nie stawiajac oczekiania, tylko
                  otwierajac sie na zranienie i pozostawiajac mu decyzje, co on z ta jej nagla
                  bezbronnoscia zrobi, to jest szansa, ogromna moim zdaniem, ze on odpowie na jej
                  potrzebe- pawdziwa wszak potrzebe- i bedzie tym, kim kiedys byl dla niej.
                  moze na poczatku jej nie uwierzyc. moze to byc dla niej bloesne. kluczem tu
                  jest cierpliwosc i konsekwencja.

                  tylko to takie trudne.
                  czy mama bedzie chciala zaryzykowac?
                  czasem sprawy zajda za daleko. i nie mozna siebie za to weinic, ze nie ma sie
                  juz sily probowac i walczyc.
                  tak pisze o tym, bo mama sie z nim nie rozstala- czyli moze jednak zbyt go
                  kocha, moze to co bylo kiedys wciaz ja bardzo przy nim trzyma i bylaby szansa.

                  pewnie mama musialaby najpierw zajac sie soba- tym czego jej potrzeba, czego
                  ona che, czego ona ise boi, co by wolala w przyszlowsci,- uwolnic sie juz od
                  meza na dobre, czy jednak zawalczyc, gdyby miala szanse na sukces?

                  mama potrzebuje wsparcia. jesli jest sama, was przy niej nie ma, moze poszlaby
                  sobie pogadac z terapeuta- ie dlatego, ze cos zn ia nie tak, tlyko dlatego, ze
                  rozmowa z madrym czlwoeikioem, ktory z dystansem patrzy na sprawe, daje tak
                  wielka ulge i tak ulatwia rozeznanie sie, czego tak naprawde pragniemy-
                  rozeznaniem, o ktore czasem trudno w kolowrotku dnia codziennego, i w takiej
                  sytuacji.

                  trzymam kciuki.
                  zebyscie byli szczesliwi.
                  e.



              • Gość: emi cd. IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 12:52
                Rozina to organizm, ludzie dzielą się rolami, i popadają w błędne koło. Im
                bardziej ktos przejmuje odpoweidzialnosc, tym bardziej ten drugi z niej
                rezygnuje, im bardziej ktos rezygnuje z odpoweidzialnosci, tym bardziej tem
                drugi ja przejmuje...
                W istocie czasem podtrzymujemy istniejaca sytuacje, ktora jest nam nieznosna,
                bo jest ona znaan, bo juz wiemy, jak sobie z nia radzic. poza tym, choc nam
                ciezko, to nie my gramy role czarnego charakteru. jeast jakis winny i to nie
                jestem ja. Ten czlownek rodziny to z reguly najslabsze jej ogniwo, ktos kto z
                jakiejs przyczyny radzi sobie najgorzej ze wszystkich. Mamy gotowe wyjasnienie,
                ammy przyczyne, dlaczego zle sie czujemy, dlaeczego oczuwamy negatywne emocje,
                mamy problemy etyc. sama czuje sie lepiej na tle tej osoby- jestem inna,
                lepsza, bardziej odpowiedzialna, lepiej sobie radze.

                to wszystko jest oczywsiscie podswiadome, ja nie obwiniam tu nikogo. czesto
                rodziny trwaja tak latami, i w tej sytuacji ten grajacy role zlego nie ma szans
                sie zmienic. obserwowalam to wielokrotnie.

                Nie mai nnej drogi jak popatrzec na niego innymi oczami, zobazyc to co w nim
                dobrego i tego od niego, konsekwentnie, oczekiwac, z zaufaniem. Im mniej na to
                zaufanie zasluguje, tym wiecej mu go okazywac.

                cuda sie beda dzialy. widzialam, przezylam, bylam swiadkiem.
                zaswiadczam.

                oczywiscie jest to proces, a nie natychmiastowa zmiana. oczywiscie potrzeba
                cierpliwosci, ale postepujace zmiany zasilaja nasza cierpliwosc. I potem nagle
                budzimy sie ktoregos dnia i rozumiemy, ze wszystko jest ZUPELNIE INACZEJ, ZE
                JESTESMY JUZ PO DRUGIEJ STORNIE TEJ RWACEJ RZEKI, ZE PO DRODZE WSZYSCYSIE
                ZMIENILISMY. Dojrzelismy, wyzwolilismy sie z ograniczajacych nas wzorcow,
                jestesmy szczesliwsi, potrafimy okazywac sobie milosc i czuc sie dobrze sami ze
                soba i z innymi ludzmi.

                To mozliwe. Ludzie sie znmieniaja, ludzie sie wyzwalaja, najgorsze rzeczy mozna
                uzdrowic. miloscia, akceptacja, zaufaniem.
                na kredyt.
                nie da sie inaczej.
                na kredyt.


                i nie mowie tu o glaskaniu po glowie. okazywanie potrzeby i zaufania, ze
                zostanie ona spelniona zmusza przeciez ego "zlego" do wsania sprzed telewizora,
                podjecia wyzwania, skoczenia na gleboka wode. dla niego ubranie sie rano
                zamiast siedzenia w szlafroku to juz wyzwanie. poranki sa wazne. pomoc ojcu w
                pieknym przezyciu poranka moze miec ogromne znaczenie- ze wstanie, poscieli
                lozko i pojdzie sie umyc i ogolic, potem zje ladnie nakryte sniadanie, ktore
                pieknie wyglada, nie tylko smakuje, na eleganckiej zadtawie. z wylaczonym
                telewizorem. rozpoczecie dnia jest najtrudniejsze, jak sie ma depresje. ale jak
                sie go ladnie rozpocznie, jeden dizen, drugi, trzeci, to potem juz latiwej.
                potem nagle i dalszy ciag dnia sie niepostrzezenie zmienia.

                prosic ojca o pomoc. zrobic mu rano kąpiel i naszykowacsniadanie, niech sie
                umyje i ubierze, zjedzcie razem i niech Ci pomoze- nie iwem, rpzewozic kartony,
                pojechac po duze zakupy, podczas ktorych poradzisz sie go w jakiejs zyciowej
                kwestii, etc.

                i nie zalamywac ise, jak po powrocie pojdize wiecozrem ise napic z kolegami.
                nie da ise od razu. malymi kroczkami, i podlewac, podlewac. nie od razu
                nasionko wystrzeli w drzewo, ale jak sie bedzie cierpliwym, to i dąb ise
                wychoduje.

                pytanie, czy nam sie chce.
                bo ze warto, to chyba nie trzeba pytac.
                to Drugi Czlowiek, ktory cierpi.
                pomijajac, ze mąz i ojciec.

                i jednoczensie byc dobrym dla siebie, taki plan wymaga duzo energii, a kazda z
                was ma mase na glowie i wlasne problemy. nikt nie oczekuje, ze staniecie sie
                demiurgami. musicie miec przestrzen, by moc ise wyzalic, poplakac, powiedziec
                jak wam z tym ciezko. potrzebujecie wsparcia.
                rozumiem, ze niem ieszkasz z rodzicami, ze mama na codzien jest z tym sama.
                moze ma jakies przyjacolki, moze piszecie do siebie maile i mozecie sie w nich
                wspoera nawzajem? musicie miec gdzie podlaczac ladowarki, gdzie zasilac
                bateryjki, przestrzen gdzie okazujecie sobie milosci znajdujecie naprawde
                glebokie wsparcie.
                bo inaczej proces wyda sie tak zmudny i wykanczajacy, ze zorzumiale bedzie, ze
                sie poddacie.
                A wszak chodzi o to, by odywal sie z radoscia, wiara, nadzieja.

                zebyscie mogly sie tym procesem cieszyc.
                zycie jest tak niesamowicie dziwne...ale tyle cudownych rzeczy czai sie w
                najbardziej zagmatwanych jego przestrzeniach...


                nie dziwie sie, ze stracilyscie nadzieje i czuejcie sie tym zupelnie
                przytloczone.
                ale wierze, ze Wam sie uda.
                w koncu dzielne z Was kobiety.
                Tylko pozwolcie sobie na slabosc. nie bojcie sie jej. to bardzo wyzwalajace
                doswiadczenie, zaakceptowac swoja slabosc.
                latwiej sie zyje.

                rety, ale sie rozpisalam, przerpaszam.
                temat ogromnie mi bliski, dlatego.

                pozdrawiam.
                • jedynataka Re: cd. 16.09.03, 12:57
                  bardzo Ci dziękuję, przemyślę to jeszcze dobrze, bo problem jest trudny, ale
                  chyba coś mi świta jak to rozwiązac, choć sądzę, ze prędzej czy później
                  potrzebny będzie terapeuta, ale sukcesem będzie uświadomienie tego. Zresztą
                  chyba całej rodzinie to by dobrze zrobiło

                  pozdrawiam
                • Gość: Senin emi IP: *.193.220.203.acc01-lord-gla.comindico.com.au 16.09.03, 13:11
                  to bardzo trafne, co napisalas

                  ...i macz racje okazujac innym czulosc milosc i zaufanie "mimo wszystko"
                  wiele mozna zmienic, i cud sie zdarzy...

                  tez tam bylam , i chyba wciaz jeszcze jestem


                  dziekuje, ze napisalas ZA mnie , to co napisalas


                  do autorki watku: podpowiem cize tych rad nie nalezy "przemyslac" sa 100%
                  dobre, takie jakie sa, ale na wszelki wypadek, mozesz zweryfikowac je
                  intelektualnie

                  tylko pamietaj, ze to ty jestes w jakims tam kryzysie, wiec zapewne Twoj
                  oglad sytuacji jest lekko skrzywiony (choc moze i nie)
                  • Gość: emi Re: emi IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 13:23
                    dziekuje, senin:)
                    to cudowne, gdy sie odkrywa, ze czlowiek nie jest sam ze swoimi problemami, bo
                    inni maja podobne i moga nas zrozumiec. dla mnie to tak wielkie wsparcie, ze
                    naprawde latwiej mi ufac i wytrwac i cieszyc sie rezultatami.

                    dziekuje wszystkim tutaj. mozliwosc rozmawiania o rzeczach, ktorymi zyjemy, a
                    ktore nie zawsze da sie powiedziec komus znajomemu przy kawie, mozliwosc ktora
                    daje to forum wciaz tak bardzo mnie zachwyca.

                    dziekuje Wam , Ludzie:)
                    Dobrze, ze jestescie :).
                    nie macie pojecia, ile razy mi pomogliscie.
                    ..........
                    Fajne to zycie.
              • matrek Swietna jestes emi /nt 20.09.03, 08:31

          • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:44
            alfika napisała:
            > A przecież możesz z ojcem sama też rozmawiać, ale nie truć, tylko spróbować
            go zrozumieć, zawsze są jakieś przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy.
            > Może kupuj gazety z ogłoszeniami i razem przeglądajcie oferty pracy?
            > Nie wiem, może popytaj go o coś, co by Was oboje zainteresowało, powiedz, że
            > kochasz, podbuduj go (jeśli uważasz, że jest tego wart... ale nie ma ludzi,
            > którzy nie są tego warci, prawda?), zaproponuj ojcu co jakiś czas wspólny
            > spacer, wyjście razem do kina - jeśli chce się komuś pomóc, to trzeba
            poświęcić czas. Ale warto, naprawdę!!!

            Nie we wszystkich ludzkich przypadkach tak naprawdę warto inwestować tyle
            czasu, cierpliwości. Można próbować wyciągać dłonie, tłumaczyć, oferować się z
            każdej strony, sugerować czy podstawiać pod nos możliwości. A co jak to nie
            skutkuje ? Jestem za radykalnymi krokami. Choć to członek rodziny trzeba
            skończyć z głaskaniem! Zrobić kilka obowiązkowych awantur, każdy członek
            rodziny niech powie otwarcie co myśli o takim postępowaniu. Mama niech
            postraszy go rozwodem... a co, niech dostanie mocnego kopa w tyłek. Może wtedy
            zacznie MYŚLEĆ a nie tylko bez sensu egzystować.
            Jakim jest mężem? jakim ojcem? a niech się uświadomi i wreszcie coś zrobi.
            Nie można stale ciągnąć go za rączke... albo rzucicie go na głęboką wodę i sam
            sobie będzie musiał radzić - i nauczy się ! albo będzie dla Was ciężarem do
            końca.
            • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:47
              Nauczysz w ten sposób pływać swoje dziecko?
              • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 12:07
                Nie, bo między takim dorosłym rodzicem a dzieckiem jest bardzo głęboka różnica.



                • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 14:51
                  Czyli dziecka nie, ale jak to Twoje dziecko będzie dorosłe i nie umiałoby
                  jednak pływać, to już tak? Od razu na głeboką wodę i albo się nauczy, albo
                  utonie?
                  • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 19:29
                    W ogóle nie rozpatruję tej sprawy z punktu widzenia rodzica [matki czy ojca
                    tytułowego ojca]. Autorka tego tematu jest CÓRKĄ i z tego siedzenia pisane są
                    moje posty.
                    Tytułowy ojciec nie jest już dzieckiem, jest dorosłym człowiekiem. On w swych
                    latach młodości już wypłynął na szerokie wody... Żyje, więc nie utonął -
                    logiczne. Nie został dopuszczony raz, dwa do rodzinnego basenu i przestał
                    pływać; teraz wygodniej mu się lenić [i nie pływać], boi się gdy widzi innych
                    pływających nowymi stylami [on nawet nie stara się uczyć]. Skoro nie skutkuje
                    zapraszanie do wody to chlas go w tą wodę, niech przypomni sobie jak się pływa.

                    Natomiast dziecku czy mojemu czy kogokolwiek, które wkracza w życie należy
                    wiele pokazywać, uczyć jak się pływa. Tylko los i okrutni rodzice rzucają takie
                    dzieci od razu na głębokie wody.

                    • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 20:34
                      vaunti napisała:

                      >
                      > Natomiast dziecku czy mojemu czy kogokolwiek, które wkracza w życie należy
                      > wiele pokazywać, uczyć jak się pływa. Tylko los i okrutni rodzice rzucają
                      takie
                      >
                      > dzieci od razu na głębokie wody.
                      >

                      A tak jak piszesz powyżej jest ze wszystkimi i w każdej kwestii, z którą sobie
                      nie radzą.
                      Ojciec autorki wątku może wkroczyć w inne życie, jeśli ktoś będzie miał dla
                      niego wystarczająco dużo miłości, uwagi i zrozumienia.
                      Hukiem można się jedynie pozbyć problemu, a to nie jest w porządku.
                      Tutaj, gdyby wrzasnąć, ojciec po raz kolejny ucieknie od takiej rodziny.
                      Ja nie piszę, ze jest święty, ale jest człowiekiem, który zasługuje na uwagę,
                      szacunek i miłość.

                      I bardzo mu tego brakuje - o czym swiadczy sposób na życie.

                      Boże, gdyby mój Tata żył - niechby sobie robił, co chce!!!
                      Oni nigdy nie są wieczni.
                      • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 17.09.03, 12:20
                        Może nie zauważyłaś ale mój pierwszy post odwoływał się do Twojego. Napisałam,
                        że jeśli nie pomoże [miłość, wyrozumiałość, pomoc] głaskanie, zachęcanie,
                        wyciąganie rączki czy podsuwanie pod nos ofert to należy zastosować radykalne
                        kroki. Ile czasu można poświęcać nie widząc efektów? Rok, 3,5 lat? Do końca
                        życia? Nie wszyscy są tacy sami i nie wrzucaj ich do jednego wora. Może jednemu
                        człowiekowi potrzeba miłości, zrozumienia...ale drugiemu mocnego kopa w tyłek,
                        trzeciemu lekarza, silnego przeżycia w życiu, a czwartemu sprzejającego losu
                        czy Bóg wie czego, by wreszcie ruszył. A to jest zależne od cech
                        indywidualnych, psychospołecznych etc. My nie znamy Ojca autorki. Jedyne
                        iformacje jakie mamy to od niej samej, w dodatku niekompletne, bo ile można
                        powiedzieć o człowieku, którego widzi się co 2-3 miesiące?
                        Ja tylko rozpatruję sprawę, domniemywam i opiniuję z mojego siedzenia. Daleko
                        mi od wysuwania odważnych porad co dla ojca i córki może być najlepszym
                        wyjściem.
                        Już sam fakt, że dziewczyna tu napisała i tytuł topiku "już sobie nie radzę"
                        świadczy o tym, że to co do tej pory robiła [albo nie robiła] spełzło na
                        niczym. Niech ona sobie odpowie czy stać ją na okazywanie większej miłości, czy
                        ma jeszcze siły ... czy może czas się już zbuntować [?]

                        Człowiek już zgodnie z zasadą humanitaryzmu powinien szanować drugiego
                        człowieka, a członek rodziny kochać drugiego [choć przecież Przykazanie Miłości
                        nakazuje kochać każdego...], więc nic nowego nie odkryłaś, a piszesz tak jakby
                        zastosowanie radykalnych kroków eliminowało te podstawy!
                        I dalej uważam, że między młodym człowiekiem, który wkracza w życie a takim
                        ojcem jest szalona różnica.Po pierwsze nawet gdyby obydwoje jednakowo się bali,
                        byli bezradni to ojciec przecież posiada bagaż doświadczenia! A nad resztą sama
                        rusz głową.
                        • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 17.09.03, 13:28
                          Co ty powiesz?
                          To im człowiek starszy, tym zdrowszy, silniejszy i lepiej sobie z życiem radzi?
                          Popatrz, popatrz...
                          A o depresji, zwątpieniu, apatii, bezsilności - wszelkich stanach psychicznych,
                          niezależnych dotychczas od wieku - to panienka nie słyszała?

                          Może ty już lepiej nie ruszaj głową, bo śmiesznie ci wychodzi :)
                          A takiego kopniaka może tobie dzieci kiedyś zafundują - w ramach pomagania - i
                          fajnie będzie? Na pewno, na pewno...

                          Mam wrazenie, że chodzi jedynie o natychmiastowe zmuszenie ojca o zmianę jego
                          sposobu życia - nieważne, jak on się czuje, czego potrzebuje - córka żąda, ma
                          być!
                          I to bez gadania.

                          Właściwe pytanie tu brzmi: jak zmusić ojca do..., nie licząc się z nim ani
                          trochę.
                          • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 17.09.03, 17:04
                            alfika napisała:

                            > Co ty powiesz?
                            > To im człowiek starszy, tym zdrowszy, silniejszy i lepiej sobie z życiem
                            radzi?
                            > Popatrz, popatrz...
                            > A o depresji, zwątpieniu, apatii, bezsilności - wszelkich stanach
                            psychicznych,
                            >
                            > niezależnych dotychczas od wieku - to panienka nie słyszała?
                            >
                            > Może ty już lepiej nie ruszaj głową, bo śmiesznie ci wychodzi :)
                            > A takiego kopniaka może tobie dzieci kiedyś zafundują - w ramach pomagania -
                            i
                            > fajnie będzie? Na pewno, na pewno...
                            >
                            > Mam wrazenie, że chodzi jedynie o natychmiastowe zmuszenie ojca o zmianę jego
                            > sposobu życia - nieważne, jak on się czuje, czego potrzebuje - córka żąda, ma
                            > być!
                            > I to bez gadania.
                            >
                            > Właściwe pytanie tu brzmi: jak zmusić ojca do..., nie licząc się z nim ani
                            > trochę.
                            >


                            W żadnym wypadku nie o to mi chodzi!!! Skoro ja widze, ze jest nieszczęśliwy,
                            wszyscy z tego samego powodu są nieszczęśliwi, tylko nie bardzo wiadomo co z
                            tym zrobić, bo nikt nie chce się przyznac, ze mu źle (szczególnie tata). Nie
                            sądze też, żeby nikt się z nim nie liczył, to raczej on się nie liczy z nikim
                            sądząc, ze wszystko jest jak wiele lat temu, czyli ok. To on sie nie
                            zastanawia, a nie my. Daleka jestem od wmuszania mu czegokolwiek na siłę,
                            raczej zależy mi żeby on sie odważył sam miec ochote na coś więcej niż tv i
                            piwo, skoro do tego ogranicza sie jego zycie, a znając jego dawną postać, wiem,
                            ze taki nie jest.
                            Przykro mi, że zostalam w ten sposób zrozumiana, najwyraźniej nie umiem
                            wszystkiego przekazać tak jakbym chciała.


                            a co do dotychczasowych sposobów,to jest tocoś w rodzaju miotania się od
                            miłości do lekkiego mniej przyjacielskiego poszturchiwania, poprzez pretensje i
                            udawaną obojętność. Przede wszystkim uderza brak konsekwencji, ale to naprawdę
                            z bezsilności.

                            pozdrawiam
                            • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 18.09.03, 07:55
                              jedynataka napisała:

                              >
                              > W żadnym wypadku nie o to mi chodzi!!! Skoro ja widze, ze jest nieszczęśliwy,
                              > wszyscy z tego samego powodu są nieszczęśliwi, tylko nie bardzo wiadomo co z
                              > tym zrobić, bo nikt nie chce się przyznac, ze mu źle (szczególnie tata). Nie
                              > sądze też, żeby nikt się z nim nie liczył, to raczej on się nie liczy z nikim
                              > sądząc, ze wszystko jest jak wiele lat temu, czyli ok. To on sie nie
                              > zastanawia, a nie my. Daleka jestem od wmuszania mu czegokolwiek na siłę,
                              > raczej zależy mi żeby on sie odważył sam miec ochote na coś więcej niż tv i
                              > piwo, skoro do tego ogranicza sie jego zycie, a znając jego dawną postać,
                              wiem,
                              >
                              > ze taki nie jest.
                              > Przykro mi, że zostalam w ten sposób zrozumiana, najwyraźniej nie umiem
                              > wszystkiego przekazać tak jakbym chciała.
                              >
                              >
                              > a co do dotychczasowych sposobów,to jest tocoś w rodzaju miotania się od
                              > miłości do lekkiego mniej przyjacielskiego poszturchiwania, poprzez pretensje
                              i
                              >
                              > udawaną obojętność. Przede wszystkim uderza brak konsekwencji, ale to
                              naprawdę
                              > z bezsilności.
                              >
                              > pozdrawiam


                              Wyłażą pretensje do ojca. Możesz je sobie mieć do końca życia -
                              najrawdopodobniej jego życia - i nic sie nie zmieni.
                              Po co on ma się przyznawać, że mu źle?! To warunek konieczny, mimo że ponoć
                              wszyscy widzą jego nieszczęście???
                              Konieczny chyba do tego, żeby usłyszeć, że jak mu źle, to niech coś zrobi - i
                              tu ewentualnie litania tego, co ma zrobić!
                              Oficjalnie będzie można już na ojcu psy wieszać albo sterować nim jak kukłą.


                              I wciąż podkreślasz, że to raczej on nie liczy się z innymi. Aż tak zależy Ci
                              na tym, żeby żył tak jak matka? Matka podkreśla krzywdy, jakich doznaje,
                              zapewne poprzez baaardzo głośne, wyraziste milczenie. Zwariować można.

                              Ja Twojemu ojcu współczuję.

                              I co najlepsze - nie ma sposobu na wymuszenie na ojcu waszych wizji.
                              Jest za to sposób, by poczuł się kochany, szanowany i nabrał chęci do życia.
                              • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 18.09.03, 11:29
                                alfika napisała:

                                >
                                >
                                > Wyłażą pretensje do ojca. Możesz je sobie mieć do końca życia -
                                > najrawdopodobniej jego życia - i nic sie nie zmieni.
                                > Po co on ma się przyznawać, że mu źle?! To warunek konieczny, mimo że ponoć
                                > wszyscy widzą jego nieszczęście???
                                > Konieczny chyba do tego, żeby usłyszeć, że jak mu źle, to niech coś zrobi - i
                                > tu ewentualnie litania tego, co ma zrobić!
                                > Oficjalnie będzie można już na ojcu psy wieszać albo sterować nim jak kukłą.
                                >
                                >
                                > I wciąż podkreślasz, że to raczej on nie liczy się z innymi. Aż tak zależy Ci
                                > na tym, żeby żył tak jak matka? Matka podkreśla krzywdy, jakich doznaje,
                                > zapewne poprzez baaardzo głośne, wyraziste milczenie. Zwariować można.
                                >
                                > Ja Twojemu ojcu współczuję.
                                >
                                > I co najlepsze - nie ma sposobu na wymuszenie na ojcu waszych wizji.
                                > Jest za to sposób, by poczuł się kochany, szanowany i nabrał chęci do życia.
                                >
                                >

                                zostałam nazwana egoistką (nie życze takiej sytuacji, najłatwiej kogoś tak
                                nazwać w podobnej sytuacji)

                                wymuszam ( nie mam w zwyczaju niczego wymuszac na ludziach)

                                ale alfiko dziękuję za mądre słowa, które porządnie przemyślalam i zabieram sie
                                do działania

                                pozdrawiam
                                • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 18.09.03, 11:35
                                  jedynataka napisała:

                                  > zostałam nazwana egoistką (nie życze takiej sytuacji, najłatwiej kogoś tak
                                  > nazwać w podobnej sytuacji)


                                  Nie wiesz, jakie sytuacje mają za sobą inni.
                                  Powodzenia.
                                • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 18.09.03, 11:42
                                  Acha, do egoizmu zawsze każdy ma prawo, wolna wola.
                                  Ale pytanie, czy to zawsze dobra droga?
                                  Jednego stać jeszcze na jakiś wysiłek, a inny już po prostu czuje się pokonany.
                                  Ty piszesz, więc jeszcze możesz pomóc.
                                  Naprawdę powodzenia.
                          • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 20.09.03, 08:12
                            A co Ty byś zrobiła, by wyciągnąć ojca po LATACH siedzenia w tym fotelu?
                            Nadal bez skutku otaczała TYLKO miłością, wyrozumiałością po to by BYŁ,
                            ISTNIAŁ? Czekając kolejne lata, aż mu się zechce ruszyć, aż zaskoczy i przyjmie
                            tą miłość, którą go otaczasz? Bo tak wynika z Twoich wypowiedzi, a ja oprócz
                            tego co Ty zaproponowałaś zaleciłam bardziej radykalne zmiany, decyzje... nie
                            odrzucając szacunku, miłości czy pomocnej dłoni. I tak było już w pierwszej
                            mojej wypowiedzi...

                            Ty brniesz do przodu wyciągając coraz dalej negatywne interpretacje z moich
                            postów, a ja ciągle muszę Cię odsyłać do tego pierwszego, napisanego zaraz po
                            Tobie.
                            Skoro śmiesznie ruszam głową to po co odpisujesz ? Chcesz pokazać, że potrafisz
                            to robić śmieszniej...

                            Kółeczko.
                            • alfika Re: już sobie nie radzę (długie) 20.09.03, 10:12
                              vaunti napisała:

                              > A co Ty byś zrobiła, by wyciągnąć ojca po LATACH siedzenia w tym fotelu?
                              > Nadal bez skutku otaczała TYLKO miłością, wyrozumiałością po to by BYŁ,
                              > ISTNIAŁ?


                              Problem w tym, że to wyciąganie z fotela na razie nie ma miejsca w ogóle,
                              kochana, bo kończy się na rozmowach o pogodzie i pretensjach.

                              A Ty miłość okazujesz do pewnego czasu, a potem konieć limitu? A to ciekawe
                              masz podejście :)


                              Czekając kolejne lata, aż mu się zechce ruszyć, aż zaskoczy i przyjmie
                              >
                              > tą miłość, którą go otaczasz? Bo tak wynika z Twoich wypowiedzi, a ja oprócz
                              > tego co Ty zaproponowałaś zaleciłam bardziej radykalne zmiany, decyzje... nie
                              > odrzucając szacunku, miłości czy pomocnej dłoni. I tak było już w pierwszej
                              > mojej wypowiedzi...
                              >
                              > Ty brniesz do przodu wyciągając coraz dalej negatywne interpretacje z moich
                              > postów, a ja ciągle muszę Cię odsyłać do tego pierwszego, napisanego zaraz po
                              > Tobie.
                              > Skoro śmiesznie ruszam głową to po co odpisujesz ? Chcesz pokazać, że
                              potrafisz
                              >
                              > to robić śmieszniej...
                              >
                              > Kółeczko.

                              Nie podobało mi się uprawianie wycieczek osobistych - "rusz głową".
                              Chcesz pokpić z kogoś - to pozostaje życzyć dobrej zabawy.
                              A wydawało się, że nie o to chodzi. Dlatego odpisuję - nie tyle Tobie, co liczę
                              na zmianę sytuacji w domu autorki wątku.

                              A swoją drogą - tez sobie porozważaj fakt, że ludzie przed śmiercią z reguły
                              żałują -jak to napisano ostatnio w którymś wątku - że okazali w życiu za mało
                              miłości.
                              Hej.
                              • Gość: emi własnie tak, alfiko! IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 20.09.03, 11:44
                                moja babcia umierala majac prawie 90 lat... i ostatni rok jej zycia to byl
                                wielki rachunek sumienia. byla trudna, zagubiona kobieta. I cały ten czas
                                wspominala, ile jej ludzie okazali milosci, a ona nie miala docenic. To bylo
                                niesamowite, zmienila sie z "buki" na kochaną starszą panią, a miala na swoim
                                koncie naprawde mase intryg, uwieszania sie na innych etc.
                                nigdy nie jest za pozno. ona zdąrzyla sie uwolnic od swojej wlasnej glowy zanim
                                umarla. Odeszla w spokoju. odeszla w milosci. to byl cud.

                                naprawde nigdy nie jest za pozno.

                                rozumiem, ze to moze zniechecac- ze i z tatą tutejszym trzeba będzie czekac tak
                                długo, cierpliwie okazując miłośc...
                                ale babcia miala TAK pokreconą historię zycia, dziecinstwa, przezytej wojny
                                etc, ze naprawde zrozumiale jest, ze potrzebowala 90 lat...
                                inni zwykle potrzebuja mniej.. :)
            • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 11:52
              ale czy przez taką regularną wojnę da się cokolwiek osiągnąć? zresztą groźba
              rozwodu już była (choć on chyba nie do końca zdawał sobie sprawę co to by dla
              niego znaczyło), a mój tata stwierdził, że jakis zasiłek dostanie i jak dla
              niego to nie ma spprawy. Horror, tylko dobrze wiem, że jemu wcale nie jest
              dobrze, tylko on się boi, że nigdy już nie będzie pracował normalnie, że nie
              zna języka dostatecznie i czegoś nie zrozumie (kursy nie wchodzą w grę,
              skończył dwa i dalej nic z tego, a on nie wierzy, żeby mężczyzna przed 50-
              dziesiątką mógł się jeszcze czegoś nauczyć)
              Mam wrażenie, ze ten strach go tak przytłacza, a alkohol i telewizor zabił
              myslenie. To potworne kiedy na widok własnego ojca czuje się takie obrzydzenie,
              a jednocześnie tak bardzo chce się go kochać
              • vaunti Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 12:00
                Jest niedowartościowany i boi się podjąć prace bo pewnie myśli, że z góry
                skazany jest na porażke. Tyle się teraz mówi o bezrobociu, o konieczności bycia
                na wyższym poziomie intelektualnym by mieć godziwą pracę...
                A co z jego zainteresowaniami? przecież na pewno je miał nim zasiadł na
                wieczność w tym fotelu przed telewizorem.
                • jedynataka Re: już sobie nie radzę (długie) 16.09.03, 12:12
                  vaunti napisała:

                  > Jest niedowartościowany i boi się podjąć prace bo pewnie myśli, że z góry
                  > skazany jest na porażke. Tyle się teraz mówi o bezrobociu, o konieczności
                  bycia
                  >
                  > na wyższym poziomie intelektualnym by mieć godziwą pracę...
                  > A co z jego zainteresowaniami? przecież na pewno je miał nim zasiadł na
                  > wieczność w tym fotelu przed telewizorem.

                  Kiedys bardzo dawno temu był szalenie towarzyskim człowiekiem, dom był wiecznie
                  nawiedzany przez różnych znajomych itd, ale ludzi na poziomie, wyykształconych.
                  Normalne życie. Potem tata znalazł sobie znajomych do picia, a przykrywką tego
                  stała się piłka ręczna, tylko, ze chodziło o pijaństwo i nic więcej. Na tym się
                  skończyły jakiekolwiek aktywne zainteresowania. Teraz pozostały tylko seriale
                  sensacyjne i eurosport.
                  Pytałam się kiedys o czym marzył, kiedy był dzieckiem i on nie mógł sobie
                  przpomnieć! Dopiero po porządnym namyśle stwierdził, ze chciał podróżować.
                  Gdyby to było takie proste mógłby zostac kierowcą albo coś takiego, ale żeby
                  mieć prawo jazdy, trzeba je zrobić (też w obcym języku), co wydaje się dla
                  niego nie do przejścia.
                • wlooczykoj vaunti madre slowa! 18.09.03, 02:57
                  BEZROBOCIE!
                  FAcet czuje ze nie sprosta, jest w depresji!
                  Wstaw sie corko w jego sytuacje.
              • wlooczykoj Re: już sobie nie radzę (długie) 18.09.03, 02:58
                autorko a ja do Ciebie czuje obrzydzenie wstretna egoistko!
    • komandos57 Re: już sobie nie radzę (długie) 17.09.03, 17:07
      zglos sie do mnie.I twojego ojca tez przyslij.Mam azbesta do wyciagniecia.Od
      kilku dni mam zatwardzenie.Mysle ze to azbest utkwil mi w tylku!
      • wlooczykoj emi BLAGAM nie pisz juz NIC 18.09.03, 02:56
        nawijasz bez konca! Chyba wpadlas w samouwielbienie wypisujac tutaj rozne nie
        na temat glupoty.won!
        • Gość: emi Re: emi BLAGAM nie pisz juz NIC IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 18.09.03, 13:03
          hihihi, wlooczykoju, hihihi
          oczywiscie, ze samouwielbienie

          a Ty?

          co tutaj robisz?

          "pupu forward!" - jak mawiala moja pani od baletu
          hihi

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka