wentyl77
22.05.09, 15:37
W dzisiejszej "Wyborczej" znakomity wywiad z Januszem Głowackim o
polskim alkoholiźmie. Najzabawniejsza anegdota opisuje scenkę z
postoju taksówek: "Kiedyś Himilsbach, zresztą napity, podszedł do
kolejki i się zapytał: 'Kto do Śródmieścia?'. Parę osób się
zgłosiło. Idą, idą i nic. W końcu jeden pyta: 'To gdzie pan ma ten
samochód. - Nie mam - odpowiedział Janek - ale nie chce mi się iść
samemu.'"
Niewtajemniczonym wyjaśniam, że J. Głowacki jest m.in.
scenarzystą "Rejsu" - kultowego, jak się mówi, filmu. I film, i sam
Głowacki na wiele lat ukształtował polskie poczucie humoru, oparte
na kulturze wódczanej, autoironiczne i mocno absurdalne. Pytanie,
jak kultura picia wzbogaca samą kulturę, takie absurdalne już nie
jest. Ja sam do przejawów "kulturotwórczej" działalności Głowackiego
podchodzę z fascynacją, ale też dużym dystansem. Jasne, czasem
wybuchnę śmiechem, ale moja ogólna postawa przypomina zaciekawienie
widza przy klatce z małpami. Otóż porównując kulturę wódczaną
(Polska, Rosja, były blok wschodni) z kulturą winną (wiadomo,
Francja, wybrzeże M. Śródziemnego) czy narkotykową (obie Ameryki),
postawiłbym tą pierwszą najniżej w hierarchii.
Czytając anegdoty Głowackiego, śmiejąc się po raz setny na
filmie "Rejs", powinniśmy też zdawać sobie sprawę z tego, że
stworzony na bazie alkoholizmu etos polskiego inteligenta na wiele
dekad obniżył poziom kultury, zwichnął narodowe poczucie humoru,
wtrącił wiele osób w ciepłe bagienko niemocy i abnegacji.
Żonglowanie cytatami z "Rejsu" ("Seksmisji", "Misia" i innych,
pseudo-kultowych produkcji) jest dziś raczej przejawem umysłowej
demencji, niż poczucia humoru. Zresztą, nie jest to humor
uniwersalny, co można zauważyć, obserwując (chłodne) reakcje
obcokrajowców, którym zdarzy się trafić np. na seans "Rejsu".
Autoironia, w innych przypadkach pożądana, ma tu cechy gorzkiego
szyderstwa, które w rzeczywistości jest objawem neurotycznej
nienawiści do samego siebie.
Wódczane poczucie humoru, stwarzające w sytuacjach towarzyskich
pozory narodowej wspólnoty, nie przynosi duchowej ulgi, nie wzbogaca
w wiedzę o człowieku. Przeciwnie: opary alkoholu mają tworzyć coś w
rodzaju zaciemniającej mgiełki, w której topi się bolesne
wspomnienia i wyrzuty sumienia. Wciągając odbiorców w sytuację
komiczną, przedstawiciel kultury czterdziestu procentów zdaje się
mówić: "Patrzcie, jaki ze mnie palant i niezdara. Ale wy także
jesteście palantami, bo się ze mnie śmiejecie. Wprawdzie i mnie, i
wam nic w życiu nie wyjdzie, ale zawsze możemy zalać pały w
najbliższym sklepie z trunkami.". Wspólnota, której namiastkę można
uzyskać w zbiorowym śmiechu, jest wspólnotą w rozpaczy, komitywą
wzajemnie pogrążających się, neurotycznych nieudaczników.
Ciekawe, że picie w samotności jest postrzegane jako wyraz
ostatecznego upadku. A przecież ma te same funkcje, wyrasta z tej
samej gleby. "W ogólnej frustracji w modzie było marnowanie zdrowia
i talentu - mówi Głowacki. - Większości się to udało. Ale tak się
składa, że więcej świetnych książek albo filmów powstawało wtedy po
pijanemu czy na kacu niż teraz na trzeźwo." Nieszczęściem
filmu "Rejs" (a także jego paradoksalną zaletą) jest to, że stworzył
bardzo sugestywną, całościową metaforę Polski jako wielkiej łajby,
płynącej bez sensu i celu na mielizny absurdu. Wiele osób podążyło
za tą metaforą jak za zmysłową wizją, zasnęło urzekającym i zgubnym
snem pijaka.
Rzeka, po której dryfowała ta łajba, była rzeką wódki. Fakt, że
teraz coraz częściej zastępujemy ją piwem lub winem, jest wyrazem
stopniowego uwalniania się spod władzy dawnych, neurotycznych
kompleksów, oznaką zdrowienia po 40 latach chorego snu. Opuszczając
statek z "Rejsu", zachowuję szacunek dla poprzedników, bo wywiad z
Głowackim to naprawdę kawał dobrej literatury. Ale też odczuwam
cholerną ulgę na myśl, że już nigdy nie zaśmieję się na tym filmie.
Ps. Oglądając kabarety z PAKI, mam wrażenie, że wszystkie skecze są
pisane na ciężkim kacu. Nic, tylko wszyć esperal...