ninal5
10.03.14, 15:56
O tym że stawki za lekcje są coraz niższe pisaliście już nie raz. W ostatnich kilku dniach się jednak mocno podłamałam. Jak już kiedyś pisałam uczę dorosłych, praktycznie tylko z polecenia i celuję w kadrę kierowniczą (często firma płaci za lekcje). Po Nowym Roku niespodziewanie wypadło mi kilku głównych uczniów (wyjazd za granicę na kontrakt/ brak czasu na lekcje z powodu nawału pracy itp.) a kilku, którzy mieli zaklepane lekcje od stycznia zrezygnowało, bo firma nie chce płacić za kurs. Przeczekałam 2 miesiące myśląc, że jak zawsze ktoś się zgłosi. Cisza. Zajrzałam więc na gumtree, żeby tam poszukać tymczasowych uczniów. I co widzę? Pan, który pisze, że ma 20 lat doświadczenia w nauczaniu i tłumaczeniu chce 35zł/60 min. Mowa o Warszawie. Inni z mniejszym stażem też około tego albo mniej. 50zł/60 minut się zdarza, ale sporadycznie. Ja biorę więcej. Płacę ZUS. Gdybym teraz zaczęła brać 35zł/ za 60 min, wróciłabym do stawki, którą miałam gdy zaczynałam uczyć 9 lat temu pod koniec studiów. O tym jakie wtedy były zarobki a jakie są dzisiaj, nie muszę wspominać. Oczywiście można powiedzieć, że rynek dyktuje a ja jako mało elastyczna nie chcę się do niego dostosować. No nie chcę. Bo godzina fizjoterapii nie kosztuje 35zł, wizyta hydraulika też nie, fryzjerka mi farby nie położy za tyle, godzina indywidualnych zajęć jogi kosztuje 250zł, a wizyta u ortodonty to 150-200zł miesięcznie. Dlaczego więc uważa się, że uczenie języka to takie nic, uczyć może byle kto i za byle jakie pieniądze. A już nałożenie farby i podcięcie włosów jest niby warte te 100-150zł? Szczerze to kryzys nauczania mam od kilku lat, ale związany był on z różnymi zachowaniami ludzi, rozwalonym dniem, ciągłymi dojazdami. Samo uczenie jednak zawsze lubiłam. Sugestie różne, że taka "inteligentna i ambitna" osoba mogła mieć fajną karierę i pnąć sie do góry zamiast zatrzymać się nauczeniu, puszczałam koło uszu. Stawki jednak zawsze miałam ok, mogłam się z tego utrzymać i chętnych nie brakowało. Teraz jeśli sytuacja się nie zmieni (a nie wiem, ile miałabym czekać na kolejnych chętnych z polecenia) i nie nawiążę nowych kontaktów z uczniami bizensowymi, to chyba będzie koniec mojego uczenia. Czas na coś nowego. Siedzę, szukam pracy i profilaktycznie już będę aplikować. Mam doła, więc szukam może nie wsparcia, ale wygadania się. Jaki wy dajecie sobie limit opłacalności finansowej, oszczędności, organizacji życia, po którym powiedzielibyście sobie "dość" i starali się przebranżowić?