chief_inspector_toschi
08.03.11, 19:31
...czyli z henryką bochniarz na wojnę z wyzyskiem
wygląda na to, że po dwuletnim zawieszeniu broni na czas kampanii parytetowej, w miarę jak na tapetę wracają sprawy mniej z punktu widzenia feminizmu oczywiste, odżywają dawne napięcia i podziały, stanowiska na nowo się polaryzują, a ponieważ sytuacja trochę się przez ten czas zmieniła, dynamika tej rozgrywki może być nowa i całkiem interesująca.
z jednej strony, tegoroczne hasła manifowe kreowały pewną (dla mnie akurat sympatyczną, ale jednak) iluzję - iluzję zjednoczenia ruchu feministycznego wokół postulatów społeczno-ekonomicznych o charakterze tradycyjnie lewicowym i ewidentnie klasowym. a przecież, inaczej niż w przypadku parytetów czy kwestii przemocy, równej płacy, aborcji itp., nie są to rzeczy wśród feministek niekontrowersyjne, delikatnie mówiąc.
z drugiej strony „gabinet cieni”: skład i profil klasowy tego gremium, jego wstępne deklaracje programowe i obecność w nim, w charakterze wicepremierki, henryki bochniarz, która od lat wytrwale pracuje bynajmniej nie na rzecz wyeliminowania, ale właśnie maksymalnego upowszechnienia umów śmieciowych i generalnie rozmontowania kodeksu pracy (narzucane przez pracodawcę „elastyczne formy zatrudnienia”, outsourcing usług pomocniczych w sektorze publicznym) – wszystko to jest kpiną z przesłania ostatniej manify, przynajmniej w części dotyczącej wyzysku i praw pracowniczych.
będzie ciekawie, bo we wszystkich tych mniej oczywistych sprawach próba kreowania się przez burżujki z kongresu na rzeczniczki zbiorowego interesu kobiet musi napotkać opór ze strony feministek zorientowanych bardziej lewicowo, jak autorki głównych sloganów i haseł tegorocznej manify.
i odwrotnie.
a może sukces instytucjonalny kongresu oznacza, że jest już po herbacie, a kasjerki, sprzątaczki i woźne z manify, jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne, będą musiały się teraz zadowolić walką o zwiększoną reprezentację kobiet w zarządach spółek giełdowych?